niedziela, 18 sierpnia 2019

Od Mercedes cd Auguste i Maximiliana

- Tu jest mi bardzo wygodnie. - Gus oparła się w biurowym fotelu, na którym siedziała, lekko odpychając się stopami od podłogi. - Ale możecie mi coś przynieść.
- Nie ma takiej opcji - oznajmił Archie. - Wstajesz i wychodzimy.
Auguste posłała mu spojrzenie, po którym większość osób zapewne zebrałaby grzecznie swoje rzeczy i jak najszybciej opuściła studio. Tyle, że Max nie należał do tej większości i zamiast wyjść schylił się, podnosząc stojący obok biurkorecepcji plecak i wetknął go w ręce swojej znajomej.
- Arrow, nie puść salonu z dymem - rzucił jeszcze, otwierając drzwi i czekając aż kobieta wstanie. Ta zaś jedynie z irytacją wypuściła powietrze z płuc, by po chwili faktycznie dołączyć do blondyna. Czasem naprawdę nie mam pojęcia jak on to robi.
- Mercedes, nie będziemy na ciebie czekać - zaśmiał się jeszcze, gdy Gus go mijała.
- Idę, idę. - Dogoniłam ich.
- To gdzie idziemy? - Auguste założyła ręce na piersi, wbijając w nas wzrok.
- Przejść się? Zobaczyć co znajdziemy? - Archie wyszczerzył się w niewinnym uśmiechu. - Spieszysz się gdzieś?
- Niektórzy z nas pracują - syknęła. - Wiesz, przychodzą do pracy, żeby zarabiać pieniądze.
- W takim razie może pójdziemy gdzieś blisko? - zasugerowałam. - Kawałek stąd powinien być McDonald.
- Niech będzie. - Kobieta przewróciłą oczami.
****
Stanęłam obok szatynki, która wpatrywała się w gablotkę przeznaczoną na zabawki dodawane do zestawów dla dzieci.
- Nie żartowałaś, prawda? - upewniłam się, widząc jej skupioną minę.
- Nigdy nie żartuję, gdy w grę wchodzi pluszowy Iron Man - oznajmiła. - Chcecie oddać mi Lokiego i Czarną Wdowę. 
- Pójdę zamówić - westchnął Archie, jednak zanim zdążył się ruszyć, Gus znów się odezwała.
- Zaczekaj. - Zmrużyła oczy. - Jednak chcę wszystkie.
- Okej, okej. - Blondyn podszedł do kasy.
Auguste odwróciła się do mnie, teraz będąc w zdecydowanie lepszym nastroju niż przed wejściem do restauracji.
- To skąd znasz Maxa? - spytała, opierając się o ścianę.
- Byliśmy w tym samym czasie na wycieczce w Meksyku. - Zrobiłam dwa kroki wstecz, by umożliwić dojście do gabloty ojcu z dzieckiem. - Można powiedzieć, że mieliśmy małą sprzeczkę. A ty? - Spojrzałam w kierunku szatynki z zainteresowaniem. 


Gus?

Od Maximiliana cd. Mercedes i Auguste

- Odświeżamy jelenia. Na razie nie chce robić innych tatuaży. - Westchnąłem, podciągając rękaw swojej białej koszuli, aby móc ujrzeć podstarzałe dzieło Gus. Chociaż rogacz prezentował się imponująco, to miał już swoje pięć lat, przez co zaczął przeraźliwie blednąć.
- Spodziewałam się czegoś kreatywniejszego. - Zajęła się wymianą igły, która jeszcze nie tak dawno wbijała się w bok zadowolonej Marii.
- Kreatywniej już było. - Mruknąłem, wracając myślami do swojego miejsca pracy. Zapewne będę miał wpierdziel za opuszczony dzień pracujący, ale kto by się przejmował takimi pierdołami? Pracowałem, gdzie pracowałem, a jeden dzień nieobecności raczej nie powali firmy na kolana.
- Nie marudź. - Rzekła Cesarzowa, pochylając się nad moją ręką. - Znieczulenie? 
- Chciałabyś. Czemu ciągle o to pytasz? - Usłyszałem cichy warkot maszynki, która po chwili zanurzyła się w moim przedramieniu. Nie odczuwając ogromnego dyskomfortu, zerknąłem w stronę ubranej już Cortezy. Eh, zdecydowanie lepiej wyglądała w samym staniku.
- Bo liczę, że się kiedyś zgodzisz. Bądź cicho i się nie ruszaj. - Zarządziła, skupiając się na swojej robocie. Nie chcąc jej denerwować, postanowiłem zachować magiczne milczenie, ułatwiające pracę nie jednemu artyście.

*****
Po skończonym zabiegu odczułem lekki głód. Cóż, przygotowane przeze mnie śniadanie nie było jakieś rewelacyjne, dlatego nic dziwnego, iż starczyło to mojemu żołądkowi jedynie na kilka godzin. Mając ochotę na dobry posiłek, spojrzałem wymownie na Merci, która skinęła na to jedynie głową.
- Idziemy na obiad. - Stwierdziłem, opierając się o blat drewnianego biurka. - A ty idziesz z nami. Nie możesz siedzieć ciągle w studiu. - Zwróciłem się do Gus, która raczej nie była chętna wychodzić do innych ludzi. 


Merciiiii? :3 

Od Auguste do Maximiliana i Mercedes

Rzadko kiedy moje klientki nie chciały znieczulenia. Co prawda, małe z reguły go nie wymagały, ale tego konkretnego nie nazwałabym “małym”. Ale to jej wybór. Sama skupiłam się na pracy, chociaż Archie, jak miał w zwyczaju, zaczął coś mówić. Starałam się go ignorować, z resztą jak zawsze. Prawdopodobnie sam sobie odpowiadał. O ile skóra, którą tatuowałam się nie ruszała, nie miałam obiekcji. A to konkretne się nie ruszało, więc byłam bardziej niż zadowolona.
- Gus?! - Coś dotknęło mojego ramienia i gdyby nie to, że akurat igła nie dotykała skóry Mercedes, byłby problem.
- Nie! Dotykać! - Zagroziłam maszynką przed twarzą Archie’ego. - Bo inaczej wsadzę ci tą igłę w dupę! I mi za nią zapłacisz!
- Spokojnie, Gus! - Uniósł ręce. - Pytałem, czy chcesz tęczową, pluszową alpakę do salonu?
- Czy ten salon wygląda jakby potrzebował tęczowej lamy? - Uniosłam brwi.
- Pytam o alpakę, a nie lamę. - Archie założył ręce.
- To teraz rozejrzyj się po salonie i mi odpowiedz. - Nachyliłam się, by wrócić do tatuażu. - Nie uznaję innej odpowiedzi niż nie.
- Nie lubię cię von Lothringen! - Założył ręce.
- Lepiej dla mnie, nie uważasz? - Uniosłam brwi i wróciłam do tatuażu.
Co prawda podobno czerń pasowała do wszystkiego, ale nie bez powodu zakład nazywał się Helheim. Czy w Helheimie byly tęczowe lamy, czy tam alpaki? Odpowiedź brzmiała: nie. Myślę, że Hel, lub Hella nie gustowała w żywych, pluszowych i tęczowych maskotkach. Pokręciłam głową i powoli zaczęłam kończyć tatuaż.

***
- Chociaż jeden tatuaż masz zrobiony tak, jak powinien być. - Zakleiłam tatuaż specjalną formą. - Formułkę mam powtórzyć, czy Archie ci pomoże?
- Damy radę. - Wstała i podeszła do lustra.
- Jesteś pewna, że nie chcesz, żebym ci tego nie poprawiła? - Uniosłam brwi. - Archie potwierdzi, że dam radę.
- Nie. - Pokręciła głową. - Na pewno.
- Okej. - Uniosłam ręce w czarnych rękawiczkach. - Archer teraz, czy jutro, czy kiedy?
- Jak uważasz panno Auguste. - Zaśmiał się.
- Jeszcze jeden raz i kolejny tatuaż uniemożliwi ci rozmnażanie i czerpanie przyjemności z doznań damsko-męskich. - Pogroziłam mu igłą.
- Gus? - Arrow popatrzył na mnie. - Pani Leighton chce dzisiaj wejść na małą poprawkę.
- Jak małą? - Uniosłam brwi.
- Podobno kilka linii? - Popatrzył na mnie.
- Zapisz ją na jutro na szesnastą, w jej przypadku na paru liniach się nie skończy, a ja chcę dzisiaj mieć życie. - Oparłam się o blat. - Załatwisz to?
- A czy punkt w mojej umowie: dodatek za wytrzymanie narzekania klienta jest aktualny? - Zaśmiał się.
- I za to cię lubię. - Puściłam mu oczko. - No dobra panie prezesie, co dalej?


Maximilian?

piątek, 16 sierpnia 2019

Od Anastazji CD Michaelax

Przechadzałam się ulicą, nucąc sobie jedną z rosyjskich piosenek ludowych. Tu, w Nowym Jorku nikt nie zorientował się, że jestem przyjezdna, dopóki nie usłyszał, jak się nazywam. Uwielbiałam uczyć się innych języków i miałam do tego pewien talent, szczególnie do podłapywania akcentów. Jedyną do tej pory napotkaną przeze mnie barierą był niemiecki. Pamiętałam z niego tylko jedno słowo. 
Poprawiałam lekką spódnicę w romby khaki, gdy usłyszałam znajome mi dźwięki. Gitara elektryczna, gdzieś za rogiem. Przypomniała mi, że tego dnia miałyśmy z dziewczynami przygrywać w jakimś pubie, bo ciężko nazwać klubem niewielkie miejsce w stylu western czy country, które znalazła Wera. Nie spieszyło mi się jeszcze, więc poszłam w miejsce, z którego dochodziły dźwięki gitary i zobaczyłam młodego chłopaka, grającego jakąś piosenkę. Wyciągnęłam z kieszeni spódnicy kilka dolarów i wrzuciłam do futerału. Przeszłam kilka kroków, ale zatrzymał mnie melodyjny głos.
– Przepraszam, ale weź pieniądze - krzyknął do mnie chłopak, szybko podchodząc. Przyjęłam banknoty z powrotem. 
– To dlaczego grasz na ulicy, jak nie dla zarabiania pieniędzy? - zapytałam. Do tej pory nie spotkałam się z takim "oporem", a i zawsze lubiłam w pewien sposób docenić umiejętności muzyka. 
– Tak dla przyjemności w sumie, powracanie do starych nawyków czy coś takiego - powiedział, wzruszając ramionami.
– Rozumiem.
Uśmiechnęłam się pod nosem, odwracając wzrok od rudowłosego. Nie ruszył się z miejsca, choć sprawiał wrażenie, że dziwnie mu było rozmawiać z obcą osobą. A może po prostu z człowiekiem? Cóż, ja miałam czasem fazy siedzenia w samotności i nawijania tylko do Boo, bo Minerwa sama do mnie "mówiła" . Rzadko rozmawiałam z nieznajomymi, z którymi nie spotkałam się przy barowej ladzie i nieco się spięłam. Mój wzrok powędrował na gitarę elektryczną. Przypominała mi jedną z tych od Gibsona, czyli niezły towar.
– Marty'ego Robbinsa raczej na tym nie zagrasz, co? – zaśmiałam się cicho. Lubiłam różną muzykę, a tego pana fanką byłam od dłuższego czasu. Anna miała różne gitary, pamiętam minę jednego taksówkarza, który pakował je wszystkie do bagażnika - na jednym z jej banjo umiałam zagrać parę piosenek Robbinsa. 
– Nie tym razem – chłopak uśmiechnął się lekko. Nie oczekiwałam, że słyszał jakąś jego piosenkę i byłabym nieźle zaskoczona, gdyby naprawdę wiedział, o czym mówię. – Ale jeśli trafisz na mnie, gdy będę miał ze sobą inną gitarę to może zagram coś na życzenie – ten uśmiech był nieco szerszy. 
– Zapamiętam ci to – uniosłam lekko brwi i kącik ust. – Anastazja jestem, tak żebyś mógł później zweryfikować czy coś – zażartowałam. Naprawdę się zastanawiałam, dlaczego aż tak często się uśmiecham i czasem można ze mną pożartować. Nawet na wyrost. A śmiejący się Kurt Cobain? Zastanawiające, nieprawdaż?
– Michael – wyciągnął do mnie rękę, ściągając mnie tym na ziemię.

(Michael?)

czwartek, 15 sierpnia 2019

Od Zoe

Przez sen przedarł się do mnie dźwięk budzika oznajmiając wczesną porę dnia. Jak na zawołanie po chwili czułam jak dwie puszyste kulki depczą po łóżku a następnie zaczynają lizać mnie po twarzy i ręce. Otworzyłam oczy i roześmiałam się lekko patrząc na Ace'a i Ruby. 
- Dzień dobry kochani, co powiecie na śniadanie a następnie spacer?
Ruby od razu się ożywiła i niezdarnie zeszła z łóżka, a Ace, cóż on woli sobie poleżeć. Wstałam z wygodnego mebla i skierowałam się do kuchni by napełnić miski dla psiaków Jedzeniem i świeżą wodą. W ciągu kolejnych 15 minut obskoczyłam łazienkę i byłam prawie gotowa do wyjścia. Ruszyłam w stronę drzwi wejściowych i zanim przez nie przeszłam założyłam swoje różowe trampki jak i przypielam smycze do obroży najedzonych szczeniąt. Ruszyliśmy do pobliskiego małego parku, gdyż porankami nie miałam dużo czasu na dłuższe spacery, trzeba na siebie zarabiać w końcu. Spacer trwał może dwadzieścia minut po czym skierowaliśmy się z powrotem do domu. Tam zjadłam szybkie śniadanie i zabrałam kubek termiczny z herbatą przygotowany przez moją matkę. Zawsze rano zostawiała mi herbatę, a Vistorie'i śniadanie do szkoły. Kochamy ją ale widzimy jak bardzo jest przepracowana. Niestety nie możemy za dużo zrobić. Założyłam torbę na ramię i wyszłam zostawiając dom w rękach zwierząt i śpiącej jeszcze siostry. Wsiadłam do samochodu i pojechałam okrężną droga do pracy, o tej porze zawsze są korki na mieście, w sumie zawsze są. Dotarłam w końcu do kwiaciarni. Weszłam do środka i odłożyłam swoje rzeczy na zaplecze po czym wzięłam się za ustawianie wszystkiego w środku. Po kilkunastu minutach pojawiła się reszta pracowników i od razu wzięli się do roboty. Odsłonili okna i wystawili parę kwiatów na zewnątrz na parapety okien i chodnik. Podeszłam do drzwi i odwróciłam kartkę z napisem "Zamknięte" na "Otwarte". Oficjalnie rozpoczęły się godziny pracy. Niektórzy poszli na zaplecze napić się porannej kawy, a reszta, w tym ja, przygotowywała zamówienia na dzisiaj jak i następne dni, a nawet tygodnie. Po godzinie przybyli pierwsi klienci, których szybko obsłużyłam. Tak czas zleciał aż do końca mojej zmiany po czym zanim wróciłam do domu pojechałam zrobić zakupy, dzisiaj moja kolej przygotować obiad. Zaparkowałam na sporym parkingu i ruszyłam do wnętrza supermarketu biorąc po drodze koszyk. Przechodziłam z alejki do alejki szukając odpowiednich produktów, gdy nagle na zakręcie ktoś na mnie wpadł przez co upuściłam trzymaną przeze mnie paczkę makaronu, którą miałam włożyć do koszyka. 
- Ah przepraszam.
Wiem, że to nie ja na kogoś wpadłam ale nie mogłam się powstrzymać od przeproszenia. Schylilam się po opakowanie, ale wtedy zderzyłam się ponownie z tą osobą. Najwidoczniej chcieliśmy zrobić to samo. Wyprostowałam się i pomasowałam głowę.
- Jejku, naprawdę bardzo przepraszam nie chciałam..

(Tajemnicza osobo?)

Od Jodissela CD Erica

Rano obudziłem się około godziny piątej. Słońce już powoli przebijało się przez rolety w moim oknie, które zajmowało całą ścianę, więc musiałem zasłonić swoje wrażliwe na światło oczy poduszką. Dobrych kilkanaście minut siedziałem rozczochrany w pościeli, starając się zorientować, gdzie jestem, dlaczego i w ogóle KIM jestem. O dziwo nic mnie nie bolało, choć czułem tępy ucisk w lewym przedramieniu wciąż poznaczonym siniakami. Krew jeszcze nie do końca się wchłonęła, ale i tak nie zamierzałem zmieniać swoich przyzwyczajeń w związku z ubiorem koszul z długimi rękawami nawet podczas lata, także nie musiałem się tym martwić. A może raczej po prostu mi się nie chciało.
Pół godziny później stałem już przed lustrem zajmującym całe jedno skrzydło mojej szafy, usiłując przekonać samego siebie, że zwrócenie jedynego posiłku, jaki wmusiłem w siebie od ostatnich 24 godzin, jest złym pomysłem. Ostatecznie udało mi się pokonać mdłości i poprawić swój strój należycie. Przez myśl mi przeszło, że dokładnie tak samo wygląda praktycznie każdy mój poranek — nic dodać, nic ująć.
Przez moment zastanawiałem się, czy wziąć krawat, ale zrezygnowałem, ani nie czując się na siłach, aby się z nim użerać, ani nie będąc przekonanym, czy nie wyglądałbym zbyt formalnie. Bądź co bądź, byłem z Erikiem prawdopodobnie w tym samym wieku, wyśmiałby mnie chyba, jakbym się ubrał jak na galę. Zabrałem zatem ze sobą moją nieodłączną torbę, pamiętając o notatniku spod stolika do kawy, po czym wyszedłem z mieszkania, starannie zamykając za sobą drzwi na klucz. Drogę do pracy pokonałem na autopilocie, nie zastanawiając się nawet, jak się tam znalazłem, dopóki nie stanęła przede mną Gina z wielkim kubkiem kawy, który następnie wcisnęła mi w dłonie.
- Znowu na piechotę, co? - zapytała, unosząc brwi.
Powąchałem mechanicznie podarowaną mi kawę, po czym skrzywiłem się, gdy dotarło do mnie, że jest parzona. Zerknąłem w głąb kubka. Ciecz w środku była prawie wrząca, czarna jak smoła i wydawała się równie gęsta, dlatego też otrząsnąłem się i spojrzałem na Ginę.
- Najwyraźniej. Nie opłacało się jechać, bo później idę do tej kawiarni niedaleko. Mam spotkanie.
Ostatnie zdanie wyraźnie zelektryzowało rudowłosą. Poprawiła okulary, ujęła mnie pod ramię, po czym ruszyła w sobie tylko wiadomym kierunku, ciągnąc mnie za sobą.
- Spotkanie?
- Tak. - mruknąłem tylko krótko, w biegu zostawiając kubek z kawą na biurku pokazującej mi uniesionego kciuka Jeanette, a chwilę później Gina wepchnęła mnie do mojego własnego biura. Na moim krześle, gapiąc się w mój monitor, podżerając moje biurowe płatki i trzymając nogi na moim biurku — siedział Jeal. Uśmiechnął się na mój widok, przełknął kolejną garść płatków i łaskawie zdjął nogi z blatu.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę.
Jakoś nie podzielałem jego hurraoptymizmu, więc tylko założyłem ręce na piersi, czekając. Najwyraźniej Jeal miał mi coś do powiedzenia, ale zanim zdążył choćby otworzyć usta, wcięła się Gina.
- Zostaw swoje żale, czy cokolwiek nie chciałeś mu tam powiedzieć, na później, bo ja mam lepsze rewelacje. Jodi ma jakieś spotkanie w kawiarni!
- Ja tu stoję, wiesz? - mruknąłem żałośnie do siebie, ale ku zdziwieniu rudowłosej, mój przyjaciel nie podłapał jej entuzjazmu.
- Tak, wiem. Spokojnie, nie ekscytuj się tak, on jest dalej tak samo aspołeczny, jak był, po prostu teraz pracuje nie z nami, tylko obok nas. - Jeal przewrócił oczami, patrząc na mnie z góry nawet pomimo tego, że on siedział, a ja stałem.
- Czyli to tylko jakiś klient? - Gina wyraźnie się zawiodła. - Ueee, w takim wypadku nie jest to ciekawe.
Odwróciła się na pięcie, aby wyjść i zająć się ponownie swoją pracą — lub parzeniem niemożliwej do wypicia kawy — ale ją zatrzymałem.
- Obiecuję ci, że będzie to ciekawsze. Wiem, że to nie żaden duży projekt, po prostu zgłosił się do mnie młody chłopak z prośbą o pomoc, a — jak już mówiłem Jealowi — skoro nie pozwalacie mi pracować w mojej własnej firmie, bo "jest zbyt gorąco", to łaski bez, będę pracował tak, jak mi się podoba. - wbiłem w nią wzrok, ale nic nie mówiła, więc żachnąłem się. - Daj spokój, przyda mi się trochę praktyki, wariuję bez pracy, a tak to się przynajmniej czymś zajmę. Dobrze mi to zrobi. Przecież nie będę się przemęczał.
Gina wciąż się nie odzywała, kalkulując coś w myślach, więc zerknąłem na Jeala, szukając poparcia. Mlasnął co prawda z niezadowoleniem, ale po chwili wzruszył ramionami i ponownie zajął się płatkami.
- Dopóki będziesz dawał znać, czy wszystko jest w porządku, no i zawsze wtedy, gdy tak nie będzie, to dla mnie bomba. Przynajmniej nie będziesz się tu plątał bez sensu. - Wiedziałem, że już po stokroć wolałby, żebym plątał mu się pod nogami, niż żeby coś mi się stało, gdy jego nie będzie w pobliżu, ale nie zamierzałem się kłócić, bo jeszcze mógł zmienić zdanie. Nikt jednak nie wspominał o zaniechaniu negocjacji.
- Ale tylko SMS-y. Nie będę przecież dzwonił co pięć minut, szczególnie podczas spotkania. A wieczorem mogę być zajęty. - skłamałem szybko, doskonale wiedząc, że będę się tylko nudził sam w domu, ale nie miałem ochoty być znów dla odmiany dręczony ciągłymi telefonami moich przyjaciół, więc już wolałem nudę. Przynajmniej będę miał spokój. Na szczęście Jeal przełknął moje kłamstwo bez jednego mrugnięcia. Na pewno i tak mi nie uwierzył, ale chyba sam pojął, że nieco zbyt mocno mnie osacza razem z resztą i musi dać mi trochę luzu, bo wkrótce z czystej przekory bym im się urwał.
- Tak czy inaczej... - zwróciłem się ponownie do Giny po dłuższej chwili mierzenia się z Jealem wzrokiem; to ja przegrałem. - Chciałem z tobą porozmawiać jeszcze wczoraj, ale było już późno. Jaka byłaby szansa na zarezerwowanie studia fotograficznego w ciągu najbliższych trzech-czterech dni?
Rudowłosa uniosła brew z tak bazyliszkowym spojrzeniem, że aż poczułem się jak uczeń proszący nauczyciela o odrobienie za niego jego pracy domowej.
- A po co ci studio...?
- A jak myślisz, po co mogłoby mi być potrzebne studio...?
Kolejne kilka minut mierzenia się wzrokiem. Miałem ochotę uciec przez okno, ale wytrzymałem. W końcu to czwarte piętro.
- Zobaczę, co da się zrobić. Dam ci znać jeszcze dzisiaj. Ale jeśli w najbliższym czasie nie powiesz mi dokładnie, ze wszystkimi szczegółami, na jaką robotę się tak właściwie zgodziłeś, sabotuję tabelki Jane.
- Jeal ci może powiedzieć. - wymamrotałem, ale zdrajca tylko się zaśmiał.
- Tak, ale co to byłaby za zabawa. Ja wiem tylko, jak tak właściwie doszło do tego, że przyjąłeś to zlecenie, ale Gina chciałaby wiedzieć wszystko, łącznie z efektem końcowym. Poczeka, to się dowie.
Gina pokazała Jealowi wiadomy palec i wyszła.
Zerknąłem na przyjaciela niepewnie.
- A ty tak właściwie czegoś ode mnie chciałeś czy tak sobie, po prostu, zaanektowałeś moje biuro?
- Chciałem cię poinformować, że bierzesz urlop do końca tego tygodnia. - iście wężowy uśmiech pojawił się na twarzy blondyna, podczas gdy ja wpatrywałem się w niego, nie wiedząc, czy to żart, czy właśnie powinienem kogoś zwolnić.
- ...dobrze się czujesz?
Nie odzywałem się, więc Jeal na moment się zaniepokoił, ale musiał zobaczyć wściekłość w moich oczach, bo wstał, złapał mnie za ramiona i zdecydowanym ruchem zaczął prowadzić mnie do drzwi.
- Nie wściekaj się na mnie, to dla twojego dobra. Właściwie ty powinieneś tu być tylko od podejmowania decyzji, więc nawet mógłbyś pracować zdalnie, odpoczywając w domu czy gdzieś na Hawajach, a tymczasem robisz wszystko to, do czego zatrudniłeś nas. Ale żeby jeszcze tylko to. Pomoc w naprawie komputerów nie należy do twoich obowiązków, Jodi, od tego mamy Randa.
- Zawsze chciałem się tego nauczyć... - wymamrotałem, ale jako iż wciąż byłem w szoku, Jeal z łatwością wypchnął mnie na korytarz.
- Przemęczasz się, nawet jeśli tego nie zauważasz. Dlatego twoje zdrowie się pogorszyło. Nie mówię, że masz leżeć i nic nie robić, ale lepiej będzie, jeśli odpoczniesz kilka dni. Jeśli po tym czasie zrobi ci się lepiej, bez żadnych oporów z naszej strony wrócisz do pracy, zgoda? - Jeal uśmiechnął się do mnie promiennie, a choć nie popierałem jego optymizmu, niechętnie skinąłem głową. Może i miał trochę racji. Nie mnie oceniać. W gruncie rzeczy w szpitalu wmawiali mi to samo, ale miałem to do siebie, że rzadko kiedy udawało im się mnie przekonać. Przystałem jednak na propozycję Jeala, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko ruszyć z powrotem do domu.

***

Kilka wolnych godzin spędziłem w swoim apartamencie, czytając wszystko, co wpadło mi w ręce i okazjonalnie sprawdzając telefon, aby upewnić się, czy Eric nie chce przełożyć spotkania.
O trzynastej z cichym westchnieniem odłożyłem "Inwazję jaszczurów" na stolik do kawy i zerknąłem na powieszony na wieszaku strój.
Piętnaście minut później stałem już gotowy w wejściu, upewniając się, że zabrałem wszystko, czego potrzebowałem.
Za dwadzieścia czternasta siedziałem w tej samej kawiarni co wczoraj, przy tym samym stoliku, międląc w dłoniach serwetkę w oczekiwaniu na Erica. Zamówiłem tylko zieloną herbatę, choć powoli zaczynałem być głodny — ostatecznie mój ostatni posiłek składał się tylko z nieco czerstwego bajgla rano. Wolałem jednak siedzieć głodny, niż później walczyć z mdłościami, więc upiłem tylko kolejny łyk herbaty, czekając.

<Eric?>

środa, 14 sierpnia 2019

Od Michaela

Odkąd wylądowałem na nowojorskim bruku, gdy wróciłem z Kanady, trudno było z jakimkolwiek dorobkiem, by mnie było stać na, chociażby obiad i wtedy przydała się moja stara pasja. Muzyka w sumie rozpoczęła moje dłuższe bytowanie w mieście. Ja, gitara akustyczna i stanie pod jakimś w wielkim wieżowcem, zarabiając pieniądze jak zwykły grajek, od świtu do zmierzchu. Po miesiącach z gitary przerzuciłem się na łażenie po różnych opuszczonych miejscach poza Nowym Yorkiem, by zdobywać pieniądze w mniej legalny sposób. Czasem wracałem do muzyki tak jak dzisiaj, podjechałem samochodem pod wysoki budynek jakiegoś banku, ustawiając mały wzmacniacz i podpinając gitarę tym razem elektryczną. Dawno już nie dotykałem strun, pasja, która myślałem, że będzie ta, w której zabłysnę w karierze, od kilku miesięcy stała zakurzona w szafie z brakiem dostępu do świata zewnętrznego. Przewiesiłem pas gitary przez ramię i zacząłem grać swoje stare utwory, które jeszcze pamiętałem. Nie chciałem nawet grać dla pieniędzy, których po tym wszystkim akurat mi starczyło na najpotrzebniejsze rzeczy i jeszcze oszczędzałem, by pojechać do Nashville, spędzić tam kilka dni, a potem przywieźć swój stary gruchot, który zbudowałem z tatą. Wrócenie do starych śmieci to jedno z moich największych marzeń, obiecanki, że będę tam zawsze, sypnęły się jak domek z kart. Nawet nie zwracałem uwagi, jak do futerału poleciały pierwsze dolary, już minął u mnie ten czas zarabiania na muzyce jako zwykły uliczny grajek. Zanim oczywiście ludzie odchodzili, gdy rzucali mi pieniądze, szybko im je oddawałem, nie chciałem już brać od kogoś pieniędzy z ulicy. Kończyłem właśnie już piosenkę, gdy ponownie ktoś rzucił mi dolary do futerału
- Przepraszam, ale weź pieniądze - krzyknąłem do postaci, szybko podchodząc, oddając rzucone pieniądze prosto do dłoni właściciela
- To dlaczego grasz na ulicy jak nie dla zarabiania pieniędzy? - zapytał, w sumie sam nie wiem, chyba po prostu, żeby zagrać czy coś. Wzruszyłem ramionami
- Tak dla przyjemności w sumie, powracanie do starych nawyków czy coś takiego - powiedziałem. Dziwnie mi było grać już od dawna, też rozmawiać było dziwnie, bo gadanie z psami to nie to samo co z ludźmi, chyba to mogła być pora by wreszcie otworzyć się do ludzi.
(ktoś?)