Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jodissel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jodissel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 września 2019

Od Jodissela CD Alexa

- Wiesz co... - odezwał się po chwili Alex, co zmusiło mnie do przeniesienia wzroku na niego. Pytająco uniosłem brew, czekając na to, co miał do powiedzenia. - W sumie to ja już wracam do domu, więc mogę cię podrzucić. Do domu, czy gdzie tam chcesz. - wzruszył ramionami, jakby to nie było nic wielkiego dla niego, ale ja natychmiast poczułem się zażenowany tym, że ktoś, kto nie ma takiego obowiązku względem mnie, miałby zmieniać swoje postanowienia, aby coś dla mnie załatwić. Natury nie zmienisz. Zanim zatem zdążyłem przemyśleć to, co chciałem powiedzieć, już wypaliłem:
- Nieee... To znaczy... Nie chcę się narzucać. Pewnie i tak masz jakieś swoje obowiązki, czy coś... - ostatnie zdanie bardziej wymamrotałem, niż powiedziałem na głos, ale byłem pewien, że i tak mnie usłyszał. Szczególnie że zaczął się ze mnie śmiać, co tylko jeszcze bardziej wybiło mnie z rytmu.
- Jak już mówiłem, wracam do domu, tak więc mogę cię podrzucić. Raczej nie sądzę, abyś chciał patrzeć na tutejsze dramy.
- No dobrze, skoro proponujesz... - uśmiechnąłem się do niego blado, wciąż nie do końca przekonany. Naturalnie, jak to ja, pomimo faktu, że Alex sam zaproponował mi podwózkę i zapewnił, że nie jest to dla niego problemem — ja tak nie uważałem. Nie chciałem przeszkadzać. Zarówno samym "podważaniem" mnie, jak i tym, że z chwilą, gdy tylko zdołałem się choć trochę przekonać, że to nie jest nic wielkiego, przypomniał mi się charakterystyczny ubiór chłopaka. Jakby czytając mi w myślach, Alex w tym samym czasie powiedział:
- Tylko jeśli to nie problem, zawiózłbym cię motocyklem.
Gdybym miał czym, to bym się zakrztusił, ale nie miałem, więc tylko wybałuszyłem niegrzecznie oczy, zupełnie nie w moim stylu.
- Słucham? To chyba nie najlepszy pomysł... - wymamrotałem, starając się wziąć się w garść. Cudownie. Nie dość, że ogólnie nie lubiłem się nikomu narzucać, ani w jakikolwiek inny sposób przeszkadzać swoją osobą, to jeszcze przez kilkanaście minut będę musiał siedzieć niekomfortowo blisko innej, w dodatku praktycznie kompletnie mi nieznanej, osoby. Nienawidziłem, kiedy ktoś mnie dotykał. Wyjątkiem była Jeanette, która co jakiś czasu uwielbiała robić sobie sparringi z Jealem i używała mnie wówczas podczas rozgrzewki jako worka treningowego. Poza tym preferowałem, żeby nikt nie naruszał mojej przestrzeni osobistej — no i ja nienawidziłem naruszać jej u innych.
Widząc moją minę, tak przerażoną, jakbym niechybnie szedł na ścięcie, Alex zachichotał, choć nie widziałem w tym nic śmiesznego.
- Spoko, nie ma o czym mówić. Mam drugi kask. Chodź.
Nie czekając na moją odpowiedź — ani jakikolwiek ruch ze strony spetryfikowanego strachem mnie — wstał z krzesła i natychmiast ruszył w stronę wyjścia. Chcąc nie chcąc, wziąłem kilka głębszych oddechów, samemu do końca nie wiedząc, dlaczego wiadomość o motocyklu tak mną wstrząsnęła, po czym wstałem i chwiejnie ruszyłem za Alexem. Nie bardzo mi się to uśmiechało. Myśląc intensywnie o całej sytuacji, doszedłem do wniosku, że to głównie nieznajomość Alexa i jego stylu jazdy jednośladem oraz moja wątpliwa chęć znajdowania się tak blisko kogokolwiek spowodowała, że gdy tylko znalazłem się już na zewnątrz, pośród wszechobecnej duchoty, po prostu stanąłem jak słup soli, niezdolny do żadnego ruchu, a co dopiero do wejścia na maszynę Alexa. Dlatego też nie zareagowałem, ani gdy chłopak wcisnął mi zapasowy kask w dłonie, ani gdy mi go ponownie z nich wyjął, zakładając mi go na głowę jak dziecku, gdy okazało się, że dalej się nie ruszam, ani nie odzywam. Pewnie wyglądałem, jakbym miał paść na zawał ze strachu. Otrząsnąłem się, zażenowany spuszczając wzrok na chodnik, kiedy Alex znów zaczął się ze mnie śmiać, ale potwierdziłem, że jestem gotowy i przez chwilę obserwowałem, jak chłopak wsiada na motocykl, zanim nie dotarło do mnie, że akurat takim modelem nigdy nie jeździłem nawet sam, a co dopiero z kimś. Budowa mojej Dyny wymagała, aby pasażer trzymał się kierowcy, jednak nie byłem nawet w stanie powiedzieć, jak nazywa się maszyna Alexa — nie mówiąc już o tym, jak mam się na niej utrzymać tak, aby nie spaść.
- Wsiadasz czy jednak cię strach obleciał? - odezwał się nieco zniecierpliwiony Alex, przez co poczułem się jeszcze gorzej, jakbym zabierał mu czas. Nie namyślając się więc dłużej, wdrapałem się jakoś na motocykl, przytrzymując się ramienia chłopaka, po czym zawahałem się, nie wiedząc, czy Alex nie rzuci mną o jezdnię, jeśli złapię się jego kurtki podczas jazdy. Na wszelki wypadek wolałem jednak zapytać.
- Um... Alex? Nie miałbyś nic przeciwko, gdybym... Nie wiem, przytrzymał się ciebie? Mam kiepski zmysł równowagi, jeśli to nie ja kieruję, w dodatku kręci mi się lekko w głowie...
Alex na szczęście nie miał nic przeciwko, więc złapałem się jego kurtki, starając się nie spaść, gdy chłopak ruszył sprzed szpitala.
Ostatecznie jazda nie była tak zła, jak myślałem, że będzie. Zanim wyjechaliśmy spod szpitala, podałem Alexowi adres mojego apartamentu i wskazówki dotyczące miejsca, w którym mógłby zaparkować. Jechaliśmy jakieś piętnaście minut, podczas których nie mogłem się oczywiście czuć mniej komfortowo, nie tylko przez wzgląd na to, że siedzenie tak blisko kogokolwiek, a co dopiero prawie obcej osoby, było dla mnie wątpliwą przyjemnością, ale także i huk silnika oraz gorąc dawały mi się we znaki. Coraz silniej kręciło mi się w głowie, a gdy Alex zaparkował swoją maszynę pod apartamentami, dłuższą chwilę zajęło mi zgramolenie się z motocykla tak, aby nie musieć potem odklejać twarzy od asfaltu. Wystarczyło mi jednak zrobić dwa kroki przed siebie, a już nagły zawrót głowy sprawił, że świat zatańczył mi przed oczami i gdyby Alex mnie w porę nie złapał, jak nic przywitałbym się pięknie z glebą.
- Co ci jest? Jesteś pewien, że rzeczywiście cię wypisali, a nie się urwałeś na własne życzenie? - wydawał się lekko zaniepokojony, ale zanim zdołałem mu odpowiedzieć, musiałem przeczekać spazm ostrego bólu i falę gorąca, jaka przetoczyła się przez moje ciało, co z pewnością nie pomogło w przekonaniu go, że wszystko ze mną w porządku.
- Po prostu jestem delikatnie odwodniony, to wszystko. No i powinienem coś zjeść. Wiesz, jakie jest to szpitalne jedzenie... - machnąłem ręką lekceważąco, ale Alex chyba mi nie uwierzył, więc ostatecznie zgodziłem się, aby pomógł mi dojść do mojego mieszkania. Winda oczywiście nie działała, więc wtarabaniłem się jakoś po schodach, starając się nie nadużywać uprzejmości Alexa, który minę miał taką, jakby nie wiedział, czy mnie łapać w razie, jakbym spadał ze schodów, czy też może raczej wziąć mnie za kark jak szczeniaka i po prostu mnie na górę wciągnąć. W moim apartamencie było już jednak chłodniej, więc westchnąłem z ulgą, zapalając wszystkie światła i przez moment nie ruszałem się z przedsionka, czekając, aż całe mieszkanie wypełni się białym światłem żarówek.
- Bogato mieszkasz. - odezwał się Alex od progu, rozglądając się po wielkim apartamencie. Zaprosiłem go do środka i natychmiast zdjąłem marynarkę, bo czułem się, jakbym się rozpływał. Bawełniana koszulka, którą dano mi w szpitalu, wisiała na mnie jak worek, przez co sprawiałem wrażenie sieroty wojennej, ale stwierdziłem, że przecież nie będę się teraz przebierał, więc tylko spojrzałem na Alexa, zamykając za nim drzwi.
- Przyjaciel z pracy stwierdził, że w razie, gdybym przyjmował jakiegoś klienta w domu, wstyd by było, gdybym jako projektant mieszkał w byle czym. - rozejrzałem się po mieszkaniu. Było w porządku, lubiłem je, ale jak dla mnie samego zdecydowanie było zbyt przestronne. - Więc oto jest.
Alex pokiwał głową, przyjmując to do wiadomości.
- Projektant? - zagadał jeszcze.
- Ano. Być może słyszałeś o mojej firmie, Blowesome. - zerknąłem na niego, po czym dodałem szybko. - Jak nie słyszałeś, też jest w porządku. Ale jakbyś znał, mógłbym ci dać rabat. - zażartowałem, ale zamiast się zaśmiać, uśmiechnąłem się tylko blado, bo moją głowę przeszyła ostra igła bólu. Zanim jednak Alex zdążył odpowiedzieć, ktoś zapukał do moich drzwi. Nieco zdziwiony, poszedłem otworzyć, uprzednio przepraszając Alexa, po czym z jeszcze większym zdziwieniem odsunąłem się na bok, unikając staranowania przez wysoce czymś podekscytowanego Jeala, który okazał się osobą pukającą do moich drzwi.
- Hej, Jeal, co ty tu robisz? Miałeś jakieś spotkanie, gdy dzwoniłem do ciebie, tak jak zresztą kazałeś mi zrobić. - z lekkim niepokojem obserwowałem, jak mój przyjaciel wchodzi do mojego mieszkania jak do siebie i natychmiast usadawia się na stołku przy wyspie kuchennej. Jego wzrok padł na Alexa, ale odezwał się do mnie:
- No, wyskoczyło mi jedno znienacka, ale szybko się z tym uporałem. Wiedziałem, że cię tu zastanę, ale nie wiedziałem, że z kimś. - nie odrywając wzroku od Alexa, wstał i podał mu rękę. - Nazywam się Jeal Ferann, jakby coś.
- Alex. - przywitał się chłopak. Ja cały czas tylko przeskakiwałem wzrokiem od jednego gościa, do drugiego, nie będąc w stanie wymyślić, co mógłbym w takiej sytuacji powiedzieć. Zwróciłem się zatem do Jeala.
- To znowu ten twój radar? Najpierw dzwonisz sekundę po tym, jak mnie wypisano, teraz pięć minut po tym, jak wszedłem do mieszkania. Słowo daję, idź z tym gdzieś wyżej, zbiję na tobie fortunę, jako na człowieku-radarze.
- Po pierwsze, matka Giny jest pielęgniarką w tym szpitalu i to ona nakablowała, że cię wypuścili, a po drugie — Randall właśnie skończył naprawiać nasze komputery i pięć minut po tym, jak odjechał, zadzwonił z wieścią, że jesteś cały i zdrowy pod swoim apartamentem, tyle że najwyraźniej ukradłeś komuś motor albo przehandlowałeś Dynę. No więc jestem. Kogo zatłuc? - rzucił mi krzywy uśmieszek, po czym spojrzał na Alexa, nie dając mi dojść do słowa. - Jakiś szpitalny znajomy?
Alex wzruszył ramionami.
- Podwiozłem go, ale nie był w stanie wejść po schodach.
- Kapuś... - syknąłem do chłopaka, ale — tak jak myślałem — Jeal już się zdążył zaniepokoić tymi słowami.
- W takim razie muszę ci podziękować, że udało ci się go tu jakoś odeskortować, bo przypuszczam, że on tego nie zrobił. - spojrzał na mnie wymownie. Nie patrząc na niego — ani na Alexa w sumie też nie — syknąłem:
- Dzięki...
- Wpadnę do ciebie wieczorem. I nie ma wymigiwania się. Mam nadzieję, że nie padniesz przez te kilka godzin, kiedy nikogo z tobą nie będzie. - posłał mi znaczące spojrzenie, które mnie jednak nic nie mówiło, po czym wyszedł, na odchodne rzucając jeszcze do Alexa: - Miło poznać. No i fajną masz maszynę. Lepszą niż Jodi. - po czym wyszedł, nie fatygując się nawet, żeby zamknąć za sobą drzwi. Wzdychając, spojrzałem na Alexa, milcząc przez chwilę.
- Naprawdę dziękuję za podrzucenie mnie. Mam nadzieję, że nie zabrałem ci zbyt dużo czasu. I przepraszam za niego.

<Alex?>

środa, 4 września 2019

Od Jodissela CD Alexa

Byłem wdzięczny, że chłopak — Alex, jak zdążyłem zarejestrować — zaproponował, żebyśmy usiedli, gdyż przypuszczalnie nie ustałbym długo. Siedząc już na plastikowym krześle, wziąłem ponownie łyka chłodnej wody i wyrzuciłem pustą butelkę do stojącego obok kosza na śmieci.
- Co tu robisz? - odezwał się po chwili Alex, więc podniosłem na niego wzrok. - Odwiedzasz kogoś?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, że niestety (lub na szczęście?) nie, gdyż sam dopiero wychodzę — wokół wybuchła panika. A przynajmniej mnie się tak przez moment wydawało, ale gdy zaalarmowany głośnymi dźwiękami i podniesionymi głosami zacząłem się rozglądać, dostrzegłem tylko grupę ratowników wiozącą ranną osobę, najprawdopodobniej na blok operacyjny. Odprowadziłem całe zgromadzenie wzrokiem, nawet nie zauważając, że mimowolnie wyprostowałem się i w napięciu przyglądałem się całej scenie, dopóki wszystko nie wróciło do normy. Dopiero wówczas rozluźniłem się ponownie i przeczesując palcami busz na głowie, zwróciłem się ponownie do Alexa, nie patrząc jednak na niego.
- Nie-e. Wypisali mnie jakieś piętnaście minut temu. - nie powiedziałem już nic więcej, gdyż nie czułem potrzeby spowiadać się temu wciąż prawie-że-obcemu gościowi z mojego wątpliwego zdrowia fizycznego, więc aby uniknąć jego dalszych pytań, natychmiast spojrzałem na niego, odwzajemniając jego pytanie. - A ty? Bez obrazy, ale nie wygląda pan... nie wyglądasz... jak lekarz czy pielęgniarz, więc przypuszczam, że tu nie pracujesz. Wizyta u rodziny? Czy musieli cię pozszywać po wypadku? - Choć to ostatnie  pytanie przypuszczalnie wypadało poza moją definicję grzeczności, nie mogłem się powstrzymać, żeby go nie zadać. No i żeby nie gapić się na chłopaka szeroko otwartymi oczami. Wyglądał jak motocyklista żywcem wyjęty z obrazka — tylko mu brakowało kasku pod pachą. W połowie mojej wypowiedzi zgubiłem się także, jeśli chodziło o formę, jaką zwracałem się do chłopaka. Wyglądał co prawda młodziej ode mnie, o ile było to możliwe z moją twarzą szesnastolatka, ale mimo wszystko nie byłem pewien, czy powinienem zwracać się do niego od razu na "ty", mimo iż on tak zrobił bez wahania. W końcu machnąłem na to w duchu ręką. Co się będę nad tym zastanawiał. Miałem ważniejsze rzeczy do roboty.
- Nie, odwiedzam mamę. - Alex zaśmiał się krótko, najwyraźniej zrozumiawszy moją aluzję do jego "motocyklowego" wyglądu. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdyż obok nas przebiegli ponownie ci sami ratownicy, którzy przed kilkoma minutami przywieźli zakrwawionego pacjenta na blok. Wybiegli szybko ze szpitala i po chwili znów dało się słyszeć charakterystyczny sygnał karetki. Zerknąłem na Alexa, czując jak od hałasu i gorąca pęka mi głowa.
- Ależ tu ruch dzisiaj mają...
Czarnooki uniósł brwi.
- Urlopy się kończą, to i ludzie wolą już do szpitala iść, niż do pracy.
- À propos urlopu... - uniosłem swoją komórkę, aby pokazać Alexowi, że muszę zadzwonić, po czym wstałem, starając się nie krzywić się z bólu, jaki przeszył moje biodro. Przeklęta choroba. - Muszę dać znać, że żyję i należy mnie stąd odebrać, gdyż na piechotę wracać w taki gorąc do domu to samobójstwo.
Alex zgodził się ze mną, oddreptałem więc kilka kroków w stronę wyjścia, ale czując powiew suchego, gorącego powietrza z zewnątrz uznałem, że lepiej jest jednak pozostać w środku. Przynajmniej klimatyzacja była.
Wybrałem numer Jeala, doskonale wiedząc, że jak tylko odbierze, to nie omieszka mi natychmiast wytknąć, że doskonale wiedział, iż, tak czy inaczej, w końcu po niego zadzwonię, aby przyjechał i zabrał mnie z tego piekła. Nie chciałem mu przyznawać racji, więc ułożyłem sobie formułkę, jaką powiem, by go nie dopuścić do głosu, gdy tylko będzie mi to dane, ale po ósmym sygnale dźwiękowym z rzędu uznałem, że najwyraźniej jest zajęty. Zazwyczaj odbierał już po drugim. Stałem przez chwilę w miejscu, wgapiając się w komórkę, dopóki wibracja nie oznajmiła mi, że mam wiadomość tekstową.
"Ferann jest na spotkaniu. Coś ważnego? Jean."
Był to sms od Jeanette, więc najwyraźniej Jeal musiał zostawić u niej na biurku swój telefon, jak zresztą robił każdy z nas, gdy wypadały nam ważne spotkania w siedzibie firmy. Wiedziałem, że może mu to zająć jeszcze sporo czasu, więc nie chcąc alarmować przyjaciół, wystukałem tylko szybko wiadomość zwrotną.
"Bez obaw, tylko się melduję. Zadzwonię z domu wieczorem. Pozdrów Jane i jej tabelki w Wordzie."
Wysłałem smsa i wzdychając ciężko, wróciłem na zajmowane wcześniej przeze mnie krzesło. O dziwo, Alex wciąż tam siedział, czekając na mnie, więc albo nie zajęło mi to tak dużo czasu, jak myślałem, albo nie miał nic lepszego do roboty. Widząc moją niezbyt uradowaną minę, uniósł brwi.
- Nie dali ci tego urlopu?
- Hm? - zapomniałem przez moment, o czym wcześniej rozmawialiśmy. - Oh, nie, mam urlop, choć nie do końca z własnej woli... - ostatnie kilku słów wymamrotałem do siebie pod nosem, ale szybko się otrząsnąłem. - Chciałem załatwić sobie podwózkę do domu, ale przyjaciel jest na spotkaniu i wygląda na to, że jeszcze trochę tu sobie pokoczuję. - zerknąłem przez szklane drzwi szpitala na zewnątrz i wzdrygnąłem się, widząc ocierających pot z czoła ludzi piekących się w trzydziestu-paru stopniach. - Lepiej tu niż tam...

<Alex?>

poniedziałek, 2 września 2019

Od Jodissela CD Alexa

Miałem dzisiaj jakieś wybitne szczęście, żeby wpadać na ludzi. Może to ta zachwiana równowaga po wypadku? Albo udar słoneczny? Kto by to wiedział. Tak czy inaczej, po tym, jak nieudolnie próbowałem pomóc oblanemu przeze mnie wodą chłopakowi, udało mi się wbić ponownie prosto w grupę zaskoczonych studentów, których o mało nie staranowałem już wcześniej, wychodząc, a teraz — gdy postanowiłem usiąść na krześle w głównym korytarzu, aby jednak zrzucić z głowy koronę i zadzwonić po Jeala, żeby po mnie przyjechał, bo tu umrę. Gdy jednak udało mi się przebić przez studentów, nie powodując uszczerbku na zdrowiu ani moim, ani ich, błyskawicznie stanęła przede mną kolejna przeszkoda. A dokładniej — ten sam gość, który po naszym ostatnim spotkaniu wciąż ociekał lekko wodą. No, może nie ociekał, ale ubranie wciąż miał wilgotne, a wiedziałem o tym, bo zanim udało mi się odzyskać równowagę, musiałem się chwycić pierwszej lepszej rzeczy, jaka znalazła się na mojej drodze, a był to akurat ten chłopak.
- Znowu ty? - usłyszałem jego zirytowany głos.
Wyprostowałem się, próbując odzyskać godność i zobaczyć z czyjej ręki przyjdzie mi zginąć. Chłopak był wyższy ode mnie o pół głowy, co nie było takie trudne, patrząc na mój wzrost, a przy tym wydawał się gdzieś tak dziesięć razy bardziej umięśniony niż ja, więc nie mówiąc przez dłuższy moment ani słowa, odsunąłem się nieco, aby nie być w razie czego w zasięgu jego ręki. Bądź co bądź, wciąż kręciło mi się w głowie i byłem nieco osłabiony dłuższym pobytem w szpitalu, więc wolałem nie ryzykować.
- Przepraszam... - mruknąłem znów, wiedząc doskonale, że brzmi to żałośnie, bo ileż można przepraszać, ale nie mogłem nic na to poradzić. Jeal i tak zawsze twierdził, że jestem typem osoby, która przeprasza, że żyje i oddycha tym samym powietrzem co inni. Nienawidziłem się z nim zgadzać, no ale miał trochę racji. - To nie było naumyślne. Proszę. - mówiąc to, odsunąłem się nieco na bok, aby przepuścić chłopaka, samemu opierając się lekko o ścianę, gdyż znów zaczęło mi się kręcić w głowie i ciemnieć przed oczami. Zacisnąłem dłoń mocniej na butelce już prawie opróżnionej z wody. Krzesło, do którego początkowo zmierzałem, znajdowało się niedaleko, ale jako ultrauprzejma osoba, wydawało mi się, że niegrzecznie byłoby olać gościa i po prostu pójść sobie usiąść, więc czekając na jego odpowiedź — jakakolwiek by ona być nie miała — po prostu opierałem się o chłodną ścianę.

<Alex?>

środa, 28 sierpnia 2019

Od Jodissela do Alexandra

Wzdychając delikatnie, wysłuchiwałem wywodu lekarza o tym, jak to mam o siebie dbać, przyjmować elektrolity i inne w niczym mi niepomagające rzeczy oraz w razie potrzeby opychać się lekami przeciwbólowymi. Tą samą, niezmienioną gadkę słyszałem już przynajmniej trzycyfrową ilość razy, podczas każdego mojego pobytu w tym czy innym szpitalu, ale mimo wszystko każdy lekarz czuł się zobowiązany ją powtórzyć, najwyraźniej na wypadek, jakbym jednak zapomniał. A może ta ich mantra miała w pewien sposób stanowić jakiś rodzaj zaklęcia, dzięki któremu mi się polepszy? Skoro nie wiedzieli już co robić z moim ciałem, które odmawiało posłuszeństwa coraz bardziej i bardziej, z miesiąca na miesiąc, to może wreszcie postanowili wyłożyć ostatnie karty na stół i — zanim przyznają przed sobą, że nie da się już nic zrobić i jestem spisany na straty — chcą zdziałać coś poprzez słowa? Ponieważ dla mnie tym właśnie to było. Nawet nie rada, to były tylko słowa. Puste i bezużyteczne, ponieważ wszystko to, co mi zalecali, robiłem już od dawna i nic mi to nie pomagało, a oni o tym wiedzieli, ponieważ wciąż lądowałem na tym samym oddziale, z tymi samymi ludźmi, skazany na tych samych lekarzy, których zdawał się nie obchodzić mój pogarszający się stan. Gdyby rzeczywiście im zależało na dowiedzeniu się, jaka choroba toczy moje ciało, już dawno podjęliby jakieś działania, nawet jeśli miały być bardziej radykalne niż standardowe pobranie krwi, USG czy rentgen. Tymczasem po tym, jak byłem tu traktowany, mogłem śmiało stwierdzić, że ani nie wiedzą, co mi dolega, ani ich to zbytnio nie obchodzi — ot, kolejny pacjent, którym trzeba się non stop zajmować, ponieważ ma czelność chorować na coś innego niż przeziębienie, łatwe i szybkie do wyleczenia.
Ale nie mogłem zrobić nic innego, jak tylko stać przed lekarzem, międląc w dłoniach pasek mojej torby, i słuchać słów, które mówiono mi tak często, że niemal wryły mi się już w pamięć. Pozostawało mi jedynie kiwać głową ze zrozumieniem i żywić nadzieję, że kiedyś może po prostu przestaną mnie ratować, skoro i tak nie mogli zrobić nic, aby polepszyć mój stan.
W końcu lekarz wyszedł, na odchodne rzucając mi jeszcze, abym podpisał standardowo kilka papierów na recepcji. Korytarze szpitala przemierzałem tak pewnie, jakbym tu pracował — tak bardzo dobrze znałem już układ pomieszczeń. Zszedłem po kilku stopniach, mijając pielęgniarkę pchającą pacjenta na wózku inwalidzkim po pochyłej rampie, przecisnąłem się pomiędzy grupką studentów i oparłem łokcie o wysoki kontuar na recepcji, czekając, aż pracująca tam kobieta zwróci na mnie uwagę. Rozmawiała przez telefon, ale wystarczyło jedno jej spojrzenie na mnie, aby natychmiast podała mi przygotowany już plik dokumentów na podkładce, najwyraźniej doskonale pamiętając, kim jestem. Ciężko nie pamiętać, kiedy widziała mnie tu już przynajmniej pięć razy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Skrzywiłem się lekko, ale obróciłem podkładkę do siebie i zacząłem stawiać swój podpis w odpowiednich miejscach. Już nawet prawie nie musiałem patrzeć, co podpisuję. Można powiedzieć, że miałem już wprawę. Tym razem pobyt w szpitalu wyjął mnie z życia na tydzień. Tylko raz leżałem dłużej, ale naszprycowali mnie wówczas silnymi lekami przeciwbólowymi i przez większość czasu tkwiłem nieprzytomny w sali, nie mając pojęcia co się ze mną dzieje. Teraz trzymali mnie tyle czasu pod pretekstem dokładniejszych badań, ponieważ ktoś na ulicy wezwał po mnie ambulans — nie pamiętałem dokładnie, co się stało, ale najwidoczniej zasłabłem podczas powrotu z pracy. Ponownie westchnąłem, a gdy recepcjonistka uniosła brew, spoglądając na mnie zza słuchawki telefonu, posłałem jej lekki uśmiech i oddałem dokumenty.
Nie zdążyłem nawet przejść całego holu, gdy już usłyszałem, że ktoś dobija się na mój telefon. Trochę mi zajęło znalezienie go, więc aby nie stać w drzwiach, hamując ruch, odsunąłem się w cień, przysiadając na niewielkiej ławeczce pod szpitalem.
- Sykes, słucham?
- Jodi, słyszałem, że już wyszedłeś? - odezwał się głos po drugiej stronie linii, który natychmiast został zaklasyfikowany w mojej głowie jako głos mojego przyjaciela, Jeala. Oczywiście ani żadnego "cześć", ani "jak się czujesz", tylko jak zwykle wali z grubej rury. Przewróciłem oczami, choć i tak nie mógł tego zobaczyć.
- Owszem. Ty masz jakiś radar? Zdążyłem tylko jeden krok poza szpitalnym progiem zrobić i już wydzwaniasz.
- Ma się te znajomości. - zaśmiał się. - Ta sama bajka czy mamy jakiś przełom? - przez jego głos przebijał się przez chwilę jakiś dziwny smutek, ale zanim zdążyłem się nad nim bardziej zastanowić, Jeal zamaskował go nerwowym śmiechem. - Bo wiesz, wcale to nie tak, że jak cię nie było, to wszystkie komputery w firmie wysiadły...
Przymknąłem oczy, biorąc głęboki wdech. Wiedziałem, że na Jeala zawsze mogłem liczyć, nieważne co by się działo, jednak właśnie takiego go lubiłem — wiecznie niepoważnego, zachowującego się naturalnie tak, jak gdyby nigdy nic. Dlatego też pominąłem pierwszą część jego wypowiedzi, przechodząc prosto do drugiej.
- Skoro mówisz mi to ty, gość, który jako jedyny nie pozwala zmienić się całej firmie w stertę gruzów, gdy mnie nie ma, to musi być już wybitnie źle. - odprowadziłem wzrokiem staruszkę, która przeczłapała obok mnie, narzekając na gorąc, po czym zacząłem się bawić guzikiem swojej marynarki. I ja zaczynałem się powoli rozpuszczać z powodu wysokiej temperatury na zewnątrz. Ale co mogłem zrobić, skoro wypuścili mnie ze szpitala w tym, w czym tam trafiłem — to jest w jednym z moich czarnych garniturów. Podarowali mi jakąś zwykłą, bawełnianą białą bluzkę, ponieważ moja biała koszula była podobno cała we krwi i personel szpitala nie mógł mi jej oddać. Wylądowała najpewniej w jakimś pojemniku oznaczonym jako hazard.
- A skąd. Po prostu to nie tak, że przez jakieś dwa dni nie było kontaktu ze stroną, zanim Gina przytomnie nie wezwała Randa, podczas gdy reszta święcie wierzyła w to, że samo się magicznie naprawi. No i nie było tak, że trochę hajsu na to poszło. No i nie było tak, że się Jane tabelki w Wordzie rozjechały, ale to już szczegół.
- Jane i jej tabelki... - mruknąłem bardziej do siebie niż do niego. - Czyli koniec końców sytuacja opanowana czy idziemy z torbami?
- A czy jednorożce istnieją?
- Z jednym właśnie rozmawiam. Poza tym to w żadnej mierze nie była i nawet nie mogła być odpowiedź na moje pytanie.
- Dokładnie. Muszę teraz lecieć i odwalać robotę, którą powinieneś zajmować się ty, ale jak nie zadzwonisz do mnie równo za godzinę, przejmuję firmę, Dynę i spadek. Nie zjawiaj się dzisiaj w pracy. Za to możesz być pewien, że ja będę u ciebie dzisiaj wieczorem. Yo.
- Yo... - powtórzyłem bezwiednie po nim, po chwili słysząc pikanie aparatu świadczące o tym, że mój zastępca zakończył połączenie. Nie bardzo mi się uśmiechało zdawać mu co godzinę raporty z mojego samopoczucia, ale doskonale też wiedziałem, że jak sam do niego nie zadzwonię, to nie tylko on będzie mnie zamęczał telefonami, ale i pół firmy z innymi działami włącznie. Nie pozostało mi więc nic innego, jak tylko zebrać się z ławki i ruszyć przed siebie, uprzednio sprawdzając, czy mam ze sobą torbę z wszystkimi potrzebnymi mi rzeczami. Słońce potwornie prażyło, było mi gorąco w grubej, bawełnianej koszulce, o marynarce już nie mówiąc, a przy tym grzywa moich czarnych włosów, niepozwalająca się nijak ujarzmić, także w niczym nie pomagała. Nie miałem jednak innej możliwości, jak wyłowić wzrokiem spośród innych aut taksówkę, co też zresztą zrobiłem. Pewien byłem, że na piechotę do domu nie dojdę, moja Dyna została pod firmą, a samochód na podjeździe, więc pozostało mi tylko tłuc się na miejsce z jakimś obcym gościem. W dodatku mój telefon słabym pikaniem upominał się o codzienną porcję energii, wskazując na wyświetlaczu, że mam jakieś piętnaście minut, zanim nie zostanę odcięty od świata. No, może nie dosłownie. Ale jednak.
Zanim zdążyłem jednak doczłapać powoli do taksówki, nawiasem mówiąc jedynej, która stała jeszcze wolna pod szpitalem, ktoś już zdążył żwawo przebiec obok mnie, o mało na mnie nie wpadając i po chwili stałem już przed parkingiem sam. Cudownie, jeszcze mi tylko tego brakowało. Tego i udaru oczywiście.
Po raz któryś z rzędu wzdychając, przeniosłem się więc ponownie do chłodniejszego holu szpitala, czując już, że kręci mi się w głowie. Jeszcze nic dzisiaj nie jadłem ani nie piłem, a i gorąc niezbyt mi sprzyjał, więc po szybkim zorientowaniu się w zagmatwanej mapce szpitala odnalazłem sklepik i zaopatrzyłem się w butelkę wody, żeby choć nie paść z pragnienia. Dopiero wówczas odważyłem ponownie wyjść przed szpital. A właściwie spróbowałem tylko wyjść przed szpital, gdyż w wejściu ktoś przepchnął się obok mnie, powodując tym samym, że i ja na kogoś wpadłem, oblewając go dość znacznie wodą z butelki.
- Najmocniej przepraszam. - rzuciłem się natychmiast, aby pomóc, podczas gdy tamta osoba patrzyła się na mnie w osłupieniu.

<Alex?>

czwartek, 15 sierpnia 2019

Od Jodissela CD Erica

Rano obudziłem się około godziny piątej. Słońce już powoli przebijało się przez rolety w moim oknie, które zajmowało całą ścianę, więc musiałem zasłonić swoje wrażliwe na światło oczy poduszką. Dobrych kilkanaście minut siedziałem rozczochrany w pościeli, starając się zorientować, gdzie jestem, dlaczego i w ogóle KIM jestem. O dziwo nic mnie nie bolało, choć czułem tępy ucisk w lewym przedramieniu wciąż poznaczonym siniakami. Krew jeszcze nie do końca się wchłonęła, ale i tak nie zamierzałem zmieniać swoich przyzwyczajeń w związku z ubiorem koszul z długimi rękawami nawet podczas lata, także nie musiałem się tym martwić. A może raczej po prostu mi się nie chciało.
Pół godziny później stałem już przed lustrem zajmującym całe jedno skrzydło mojej szafy, usiłując przekonać samego siebie, że zwrócenie jedynego posiłku, jaki wmusiłem w siebie od ostatnich 24 godzin, jest złym pomysłem. Ostatecznie udało mi się pokonać mdłości i poprawić swój strój należycie. Przez myśl mi przeszło, że dokładnie tak samo wygląda praktycznie każdy mój poranek — nic dodać, nic ująć.
Przez moment zastanawiałem się, czy wziąć krawat, ale zrezygnowałem, ani nie czując się na siłach, aby się z nim użerać, ani nie będąc przekonanym, czy nie wyglądałbym zbyt formalnie. Bądź co bądź, byłem z Erikiem prawdopodobnie w tym samym wieku, wyśmiałby mnie chyba, jakbym się ubrał jak na galę. Zabrałem zatem ze sobą moją nieodłączną torbę, pamiętając o notatniku spod stolika do kawy, po czym wyszedłem z mieszkania, starannie zamykając za sobą drzwi na klucz. Drogę do pracy pokonałem na autopilocie, nie zastanawiając się nawet, jak się tam znalazłem, dopóki nie stanęła przede mną Gina z wielkim kubkiem kawy, który następnie wcisnęła mi w dłonie.
- Znowu na piechotę, co? - zapytała, unosząc brwi.
Powąchałem mechanicznie podarowaną mi kawę, po czym skrzywiłem się, gdy dotarło do mnie, że jest parzona. Zerknąłem w głąb kubka. Ciecz w środku była prawie wrząca, czarna jak smoła i wydawała się równie gęsta, dlatego też otrząsnąłem się i spojrzałem na Ginę.
- Najwyraźniej. Nie opłacało się jechać, bo później idę do tej kawiarni niedaleko. Mam spotkanie.
Ostatnie zdanie wyraźnie zelektryzowało rudowłosą. Poprawiła okulary, ujęła mnie pod ramię, po czym ruszyła w sobie tylko wiadomym kierunku, ciągnąc mnie za sobą.
- Spotkanie?
- Tak. - mruknąłem tylko krótko, w biegu zostawiając kubek z kawą na biurku pokazującej mi uniesionego kciuka Jeanette, a chwilę później Gina wepchnęła mnie do mojego własnego biura. Na moim krześle, gapiąc się w mój monitor, podżerając moje biurowe płatki i trzymając nogi na moim biurku — siedział Jeal. Uśmiechnął się na mój widok, przełknął kolejną garść płatków i łaskawie zdjął nogi z blatu.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę.
Jakoś nie podzielałem jego hurraoptymizmu, więc tylko założyłem ręce na piersi, czekając. Najwyraźniej Jeal miał mi coś do powiedzenia, ale zanim zdążył choćby otworzyć usta, wcięła się Gina.
- Zostaw swoje żale, czy cokolwiek nie chciałeś mu tam powiedzieć, na później, bo ja mam lepsze rewelacje. Jodi ma jakieś spotkanie w kawiarni!
- Ja tu stoję, wiesz? - mruknąłem żałośnie do siebie, ale ku zdziwieniu rudowłosej, mój przyjaciel nie podłapał jej entuzjazmu.
- Tak, wiem. Spokojnie, nie ekscytuj się tak, on jest dalej tak samo aspołeczny, jak był, po prostu teraz pracuje nie z nami, tylko obok nas. - Jeal przewrócił oczami, patrząc na mnie z góry nawet pomimo tego, że on siedział, a ja stałem.
- Czyli to tylko jakiś klient? - Gina wyraźnie się zawiodła. - Ueee, w takim wypadku nie jest to ciekawe.
Odwróciła się na pięcie, aby wyjść i zająć się ponownie swoją pracą — lub parzeniem niemożliwej do wypicia kawy — ale ją zatrzymałem.
- Obiecuję ci, że będzie to ciekawsze. Wiem, że to nie żaden duży projekt, po prostu zgłosił się do mnie młody chłopak z prośbą o pomoc, a — jak już mówiłem Jealowi — skoro nie pozwalacie mi pracować w mojej własnej firmie, bo "jest zbyt gorąco", to łaski bez, będę pracował tak, jak mi się podoba. - wbiłem w nią wzrok, ale nic nie mówiła, więc żachnąłem się. - Daj spokój, przyda mi się trochę praktyki, wariuję bez pracy, a tak to się przynajmniej czymś zajmę. Dobrze mi to zrobi. Przecież nie będę się przemęczał.
Gina wciąż się nie odzywała, kalkulując coś w myślach, więc zerknąłem na Jeala, szukając poparcia. Mlasnął co prawda z niezadowoleniem, ale po chwili wzruszył ramionami i ponownie zajął się płatkami.
- Dopóki będziesz dawał znać, czy wszystko jest w porządku, no i zawsze wtedy, gdy tak nie będzie, to dla mnie bomba. Przynajmniej nie będziesz się tu plątał bez sensu. - Wiedziałem, że już po stokroć wolałby, żebym plątał mu się pod nogami, niż żeby coś mi się stało, gdy jego nie będzie w pobliżu, ale nie zamierzałem się kłócić, bo jeszcze mógł zmienić zdanie. Nikt jednak nie wspominał o zaniechaniu negocjacji.
- Ale tylko SMS-y. Nie będę przecież dzwonił co pięć minut, szczególnie podczas spotkania. A wieczorem mogę być zajęty. - skłamałem szybko, doskonale wiedząc, że będę się tylko nudził sam w domu, ale nie miałem ochoty być znów dla odmiany dręczony ciągłymi telefonami moich przyjaciół, więc już wolałem nudę. Przynajmniej będę miał spokój. Na szczęście Jeal przełknął moje kłamstwo bez jednego mrugnięcia. Na pewno i tak mi nie uwierzył, ale chyba sam pojął, że nieco zbyt mocno mnie osacza razem z resztą i musi dać mi trochę luzu, bo wkrótce z czystej przekory bym im się urwał.
- Tak czy inaczej... - zwróciłem się ponownie do Giny po dłuższej chwili mierzenia się z Jealem wzrokiem; to ja przegrałem. - Chciałem z tobą porozmawiać jeszcze wczoraj, ale było już późno. Jaka byłaby szansa na zarezerwowanie studia fotograficznego w ciągu najbliższych trzech-czterech dni?
Rudowłosa uniosła brew z tak bazyliszkowym spojrzeniem, że aż poczułem się jak uczeń proszący nauczyciela o odrobienie za niego jego pracy domowej.
- A po co ci studio...?
- A jak myślisz, po co mogłoby mi być potrzebne studio...?
Kolejne kilka minut mierzenia się wzrokiem. Miałem ochotę uciec przez okno, ale wytrzymałem. W końcu to czwarte piętro.
- Zobaczę, co da się zrobić. Dam ci znać jeszcze dzisiaj. Ale jeśli w najbliższym czasie nie powiesz mi dokładnie, ze wszystkimi szczegółami, na jaką robotę się tak właściwie zgodziłeś, sabotuję tabelki Jane.
- Jeal ci może powiedzieć. - wymamrotałem, ale zdrajca tylko się zaśmiał.
- Tak, ale co to byłaby za zabawa. Ja wiem tylko, jak tak właściwie doszło do tego, że przyjąłeś to zlecenie, ale Gina chciałaby wiedzieć wszystko, łącznie z efektem końcowym. Poczeka, to się dowie.
Gina pokazała Jealowi wiadomy palec i wyszła.
Zerknąłem na przyjaciela niepewnie.
- A ty tak właściwie czegoś ode mnie chciałeś czy tak sobie, po prostu, zaanektowałeś moje biuro?
- Chciałem cię poinformować, że bierzesz urlop do końca tego tygodnia. - iście wężowy uśmiech pojawił się na twarzy blondyna, podczas gdy ja wpatrywałem się w niego, nie wiedząc, czy to żart, czy właśnie powinienem kogoś zwolnić.
- ...dobrze się czujesz?
Nie odzywałem się, więc Jeal na moment się zaniepokoił, ale musiał zobaczyć wściekłość w moich oczach, bo wstał, złapał mnie za ramiona i zdecydowanym ruchem zaczął prowadzić mnie do drzwi.
- Nie wściekaj się na mnie, to dla twojego dobra. Właściwie ty powinieneś tu być tylko od podejmowania decyzji, więc nawet mógłbyś pracować zdalnie, odpoczywając w domu czy gdzieś na Hawajach, a tymczasem robisz wszystko to, do czego zatrudniłeś nas. Ale żeby jeszcze tylko to. Pomoc w naprawie komputerów nie należy do twoich obowiązków, Jodi, od tego mamy Randa.
- Zawsze chciałem się tego nauczyć... - wymamrotałem, ale jako iż wciąż byłem w szoku, Jeal z łatwością wypchnął mnie na korytarz.
- Przemęczasz się, nawet jeśli tego nie zauważasz. Dlatego twoje zdrowie się pogorszyło. Nie mówię, że masz leżeć i nic nie robić, ale lepiej będzie, jeśli odpoczniesz kilka dni. Jeśli po tym czasie zrobi ci się lepiej, bez żadnych oporów z naszej strony wrócisz do pracy, zgoda? - Jeal uśmiechnął się do mnie promiennie, a choć nie popierałem jego optymizmu, niechętnie skinąłem głową. Może i miał trochę racji. Nie mnie oceniać. W gruncie rzeczy w szpitalu wmawiali mi to samo, ale miałem to do siebie, że rzadko kiedy udawało im się mnie przekonać. Przystałem jednak na propozycję Jeala, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko ruszyć z powrotem do domu.

***

Kilka wolnych godzin spędziłem w swoim apartamencie, czytając wszystko, co wpadło mi w ręce i okazjonalnie sprawdzając telefon, aby upewnić się, czy Eric nie chce przełożyć spotkania.
O trzynastej z cichym westchnieniem odłożyłem "Inwazję jaszczurów" na stolik do kawy i zerknąłem na powieszony na wieszaku strój.
Piętnaście minut później stałem już gotowy w wejściu, upewniając się, że zabrałem wszystko, czego potrzebowałem.
Za dwadzieścia czternasta siedziałem w tej samej kawiarni co wczoraj, przy tym samym stoliku, międląc w dłoniach serwetkę w oczekiwaniu na Erica. Zamówiłem tylko zieloną herbatę, choć powoli zaczynałem być głodny — ostatecznie mój ostatni posiłek składał się tylko z nieco czerstwego bajgla rano. Wolałem jednak siedzieć głodny, niż później walczyć z mdłościami, więc upiłem tylko kolejny łyk herbaty, czekając.

<Eric?>

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Od Jodissela CD Erica

O dziwo, nie zgubiłem się.
Co prawda, owszem, dojście do mieszkania zajęło mi dwa razy więcej czasu, niż wynikało z podesłanej mi przez próbującego mnie ratować Jeala mapki, ale natychmiast rozpoznałem budynek, więc jeszcze nie było tak źle ze mną. Zaciskając chłodne palce na pulsującym ostrym bólem lewym przedramieniu, otworzyłem drzwi wejściowe barkiem i wtoczyłem się do środka, natychmiast ruszając w kierunku windy i nawet nie fatygując się, aby choćby zerknąć na klatkę schodową. Gdy zasuwane drzwi zamknęły się za mną i metalowe pudło ruszyło ze zgrzytem, ostrożnie podwinąłem rękaw białej koszuli, aby zerknąć, dlaczego tym razem ból nękał mnie od kilkunastu minut. W lustrze na tylnej ścianie windy odbiły się fioletowo-zielone plamy po wewnętrznej stronie mojego przedramienia — krwawe wybroczyny, które zwiastowały kolejne problemy z kruchością moich naczyń, tym razem tych nieco większych. Gdybym nie był sobą, to pewnie bym zaklął, a tak to westchnąłem tylko i delikatnie opuściłem rękaw, starając się uważać na spinkę w mankiecie. Stałem zgarbiony, jakby zmęczenie przyginało mnie do podłogi, nadając mi kształt pytajnika. Nie była to zbyt późna godzina, ale ja byłem wiecznie zmęczony, choć pozwalałem sobie na okazanie tego dopiero wtedy, gdy nikt mnie nie widział. Jeszcze mi tylko brakowało tych współczujących spojrzeń, doprawdy...
Tak czy inaczej, nie zamierzałem się jeszcze kłaść. Musiałem się przygotować do jutrzejszego spotkania. Z tego względu wyłuskałem telefon z kieszeni torby i zerknąłem na wyświetlacz, aby upewnić się, że Eric nie zostawił mi żadnej nowej wiadomości. Okazało się jednak, że owszem, zostawił. Szybko ją odczytałem, ale jako iż winda akurat zatrzymała się na moim piętrze, zostawiłem sobie odpisanie na SMS na później. Gdy tylko drzwi rozsunęły się, dwójka moich sąsiadów, którzy akurat także chcieli skorzystać z windy, mogła zobaczyć wyprostowanego i uśmiechniętego delikatnie mnie, bez żadnych oznak wskazujących na to, że cokolwiek mogłoby być ze mną nie w porządku. Pozdrowiłem ich uprzejmie, po czym ruszyłem do drzwi swojego apartamentu, wyławiając po drodze klucze z odmętów mojej torby. Kilka minut później stałem już w dużym, cichym i ciemnym mieszkaniu, starając się zmusić do zrobienia czegokolwiek, chociażby odwieszenia torby czy zdjęcia butów, aby nie stać jak kołek w wejściu. Westchnąwszy, w końcu się ruszyłem, zapalając po drodze wszystkie światła, aby apartament wydawał się choć odrobinę mniej pusty. Lubiłem samotność, ale kiedy ogarniało mnie fizyczne złe samopoczucie, jakaś jego część wpływała także na moją psychikę. Nie chciałem jednak dzwonić do Jeala czy Jeanette, bo jak nic natychmiast by się tu pojawili, gotowi poprawić mi humor, a na to w tej chwili nie miałem najmniejszej ochoty. Postanowiłem więc, że obiecany telefon do przyjaciela wykonam bliżej wieczora, a zamiast tego zająłem się odpisywaniem na wiadomość Erica. A właściwie raczej przez większość czasu zastanawiałem się, jak odpisać, niż rzeczywiście to robiłem, ponieważ ilekroć się za to zabierałem, mój umysł podpowiadał mi, że SMS od Erica był typowym pożegnaniem niewymagającym odpowiedzi. W końcu uległem i zostawiłem telefon na stoliku, nie wysyłając wiadomości. No bo co miałem napisać? "Nie mogę się doczekać!"? Brzmiało zbyt dziecinnie według mnie, więc nie namyślając się długo, wyciszyłem aparat, aby nikt mi nie przeszkadzał. Parę chwil później siedziałem już na fotelu w zbyt wielkich jak dla mnie, długich spodniach od piżamy w biało-czarną kratkę oraz w dopasowanym szarym tank-topie i niewidzącym wzrokiem wpatrywałem się we włączony, lecz wyciszony telewizor na ścianie przede mną. Myślami byłem już daleko, planując, co założę na jutrzejsze spotkanie z Erikiem i jakie pytania najlepiej mu zadać, aby wykrystalizować sobie przynajmniej trzy pewne cechy jego idealnej, oryginalnej kreacji, która w dodatku pasowałaby do tematu gali. Wkrótce niewielki notes, jaki zawsze trzymałem pod stolikiem do kawy, był cały pokreślony i wypełniony wszelakimi pytaniami, jakie przyszły mi do głowy w związku z garderobą Erica. Z cichym westchnieniem, bardziej przypominającym niemalże bezgłośny jęk bólu, odłożyłem notes i usadowiłem się wygodniej na fotelu. Zawczasu nastawiłem budzik na godzinę piątą rano, aby zdążyć wpaść do pracy — pokazać się przyjaciołom, poinformować ich, że żyję i na razie w żadne zaświaty się nie wybieram oraz podpytać tych co bardziej zorganizowanych o wolne terminy w związku z rezerwacją studia fotograficznego. Jako iż to Gina była w tym najbardziej obeznana, ponieważ to ona zajmowała się wybieraniem najlepszych zdjęć, jakie następnie trafiały na naszą stronę, postanowiłem porozmawiać z nią kolejnego dnia. Nie chciało mi się ruszyć z mojego wygodnego fotela, ale musiałem jeszcze wybrać odpowiedni garnitur na jutro. Potykając się o zbyt długie i zbyt szerokie nogawki spodni wdreptałem na półpiętro po krętych schodach, aby następnie stanąć przed niemalże największą częścią mojego apartamentu, czyli garderobą. Właściwie nie był to nawet osobny pokój, tylko naprawdę gigantyczna szafa, zdolna pomieścić w swoich trzewiach wszystkie moje wymyślne garnitury — także i te zaprojektowane przeze mnie. I dla mnie. Oczywiście było lato, więc jutro także powinno być równie upalnie, co dzisiaj, zatem nie fatygowałem się nawet, aby szukać pełnego garnituru. Wybrałem za to jedną z lepszych, kraciastych koszul oraz jeansy, które co prawda nosiłem rzadko, ale wyjątkowo tylko one wydawały się wystarczająco eleganckie i jednocześnie nie przesadnie eleganckie — akurat tak, jaka była potrzeba. W międzyczasie od prasowania i przygotowywania ubrań zadzwoniłem do Jeala i zdałem raport, pomijając tylko tę część o nowych siniakach na moim ciele. Pominąwszy wszystkie posiłki, jakie przypuszczalnie powinienem był wmusić w siebie dzisiejszego dnia, zwinąłem się w kłębek na moim gigantycznym łóżku, znajdującym się naprzeciw garderoby, po czym szybko odpłynąłem, raz po raz będąc tylko budzonym przez pojedyncze spazmy bólu, przebiegające przez moje ciało.
<Eric?>

Jodissela CD Erica

Wychodząc na słońce i duchotę, westchnąłem ciężko. W kawiarni było tak przyjemnie w porównaniu z "zewnętrzem". Rozejrzałem się niemrawo, wymacując telefon w torbie i orientując się, że wyciszyłem go automatycznie, gdy w kawiarni zagadał do mnie Eric. Marszcząc brwi i zasłaniając ekran dłonią, aby zobaczyć na nim cokolwiek, zdołałem odkryć, że mam nieodebrane połączenie od Jeala. Kilkanaście nieodebranych połączeń. Chorera. [Howrse cenzuruje nawet cho*erę? xd] Natychmiast naszły mnie same czarne myśli. Moja firma w ogniu. Ogólnokrajowa awaria serwerów. Ktoś z mojego zespołu wylądował w szpitalu. Jane rozjechały się tabelki w Wordzie.
Z duszą na ramieniu wybrałem numer Jeala. Zdążyłem odsłuchać tylko jeden sygnał dźwiękowy, zanim odebrał.
- Jodi, do jasnej ciasnej popielatej w kratkę, gdzież ty się szlajasz?!
Głos Jeala był nieco napięty, ale nie roztrzęsiony, czego spodziewałbym się, gdyby dzwonił do mnie z jakimś niezwykle ważnym i nieznoszącym zwłoki problemem w pracy, więc uspokoiłem się minimalnie. Jak zwykle mój zastępca i przyjaciel nie fatygował się, żeby się choćby przywitać, tylko natychmiast walił z grubej rury, jakby to nie on do mnie wcześniej wydzwaniał.
- Hej, Jeal. - pozdrowiłem go machinalnie. - Kazałeś mi wyjść, to wyszedłem. Co się stało? Coś z firmą? Czy to Jane? Dobrze się czuje? Jeśli to te tabelki, to mówiłem już, że rozjechane też ujdą, to tylko dla naszych oczu...
- Nie-... Jodi... Hej, możesz się przymknąć na sekundę? - Jeal przerwał mi wpół słowa, więc posłusznie zamilkłem. - No. A teraz się spowiadaj.
Oczami duszy widziałem, jak Jeal opiera dłoń na biodrze gestem surowej guwernantki, której podopieczny coś przeskrobał. Przystanąłem w cieniu alejki pomiędzy dwoma budynkami i rozejrzałem się bezwiednie. Spowiadać się? Z czego? Niby wiedziałem, że Jeal ma jakiś nadnaturalny radar, jeśli o mnie chodziło i zazwyczaj dzwonił do mnie, aby zapytać się, czy zabrać mnie spod szpitala sekundę po tym, jak mnie wypisywano, ale nie miałem pojęcia, co niby zrobiłem teraz takiego, że wymagało to siedmiu prób połączenia się ze mną. No i jednego od Giny, ale jeśli dzwoniła tylko raz, to pewne było, że Jeal ją do tego zmusił. Ona jako jedyna najwyraźniej rozumiała ideę prywatności.
- Halo, żyjesz czy dostaję Dynę w spadku? - zapytał Jeal, kiedy nie odzywałem się dłuższy czas. Wiedziałem, że silił się na dowcip, ale jego głos brzmiał tak, jakby umierał z niepokoju, co sprawiało, że pytanie zabrzmiało bardzo drętwo. Przełknąłem głośno ślinę i uśmiechnąłem się krzywo wbrew sobie.
- I tak ją dostajesz w spadku. Po prostu jeszcze nie teraz. Wybacz, po prostu nie rozumiem, co masz na myśli. Z czego mam się spowiadać? Nie robiłem nic nielegalnego. Co ci znowu ten twój cały radar podpowiedział?
- Żaden radar, głupku, cały poranek pytałem się, czy będzie dla ciebie w porządku, jeśli zadzwonię do ciebie, kiedy już uda nam się wypchnąć cię za drzwi Blowesome. Potakiwałeś jak to cielę, więc założyłem, że będziesz pamiętał. No to dzwonię. Nie odbierasz. Okej, może nie zdążyłeś, w końcu ta twoja torba jest jak czarna dziura nie tylko na wizytówki, ale i na tą twoją cegłę i inne rzeczy, które powinieneś mieć w zasięgu ręki, ale nie masz, bo to oczywiście cały ty. No to dzwonię drugi raz. To samo. Trzeci — nic. Zaczynam się denerwować. No jak nic zemdlałeś, umarłeś albo i gorzej. Potem straciłem już rachubę, ale kazałem też zadzwonić Ginie, bo czasem masz tego całkiem nieuzasadnionego focha na mnie i może specjalnie nie odbierasz. Ale jak już od niej nie odebrałeś, to już postradałem zmysły ze strachu, jak nic coś poważnego...

- Owszem, dość poważne. - przerwałem mu, wachlując się wizytówką Erica. Było tak gorąco. Niemalże usłyszałem, jak Jeal przestaje oddychać. Żeby go nie katować, dodałem szybko: - Ale nie w ten sposób, co myślisz. Skoro wy trzymacie mnie z daleka od pracy, którą załatwiłem wam ja, idę bawić się w CEO gdzie indziej. Innymi słowy, załatwiłem sobie klienta. Albo raczej to on załatwił sobie mnie.
Opowiedziałem przyjacielowi pokrótce całą historię z Erikiem, który rozpoznał mnie w kawiarni.
- Ma gość tupet... - wymamrotał Jeal, gdy skończyłem. - Daleko facet zajdzie...
Mruknąłem coś niezrozumiałego, czując, że moja przedpotopowa komórka wibruje, zwiastując wiadomość SMS. Zerknąłem na wyświetlacz. SMS pochodził od Jeanette, ale podpisała go jako "??? stalker?", więc wiedziałem, że przypuszczalnie to Eric pisał na podany w internecie numer firmy. Bardzo rzadko Jeanette przekazywała mi wiadomości tekstowe z głównego numeru firmy, gdyż najczęściej ludzie pod niego dzwonili. Tylko Eric mógłby chcieć ostatnio mój numer prywatny, więc to najpewniej on próbował się ze mną skontaktować.
- Oho. O wilku mowa. Odczepisz się ode mnie, jeśli przysięgnę, że zamelduję ci się, jak tylko wrócę do domu?
- Muszę znać godzinę z dokładnością do minut i sekund, wiedzieć, czy zadzwonisz od progu, czy jak już wejdziesz...
- Może jeszcze numer buta? - zirytowany przerwałem jego monolog, na co zareagował śmiechem.
- Trzydzieści dziewięć. Uwielbiam doprowadzać cię do momentu, w którym przestajesz być ultrauprzejmym Brytyjczykiem, a stajesz się niewychowanym Nowojorczykiem.
- Jesteś złym człowiekiem. - tylko na taką obelgę było mnie stać, mnie — ultrauprzejmego Brytyjczyka. - Zapomnij o tym telefonie.
- Jak nie zadzwonisz, zastaniesz mnie u siebie w mieszkaniu ze wszystkimi gratami w liczbie trzech walizek.
- Nie masz klucza.
- ...tak myślisz?
Po kilkunastu minutach w końcu udało mi się wynegocjować jeden telefon wieczorem, uspokoiłem przyjaciela na tyle, by nie myślał, że znajdzie mnie rano martwego w jakimś rowie i rozłączyłem się, mogąc nareszcie zająć się otrzymanym od Erica SMSem.
Tekst głosił: "Okazuje się, że trzy najbliższe dni mogę wykorzystać całkowicie w dowolny sposób. To chyba dobra okazja na wywiad, o ile też znajdziesz czas."
Wiedziałem, że i jutro moja ekipa nie pozwoli mi pracować, więc odnalazłem numer, jaki Eric zapisał w odmętach mojego starego aparatu i zacząłem klikać w cyferki.
"Bardzo dobrze się składa, ponieważ i ja najbliższych kilka dni będę miał wolnych. Co powiesz na spotkanie jutro o czternastej w tej samej kawiarni? Dziękuję za szybką wiadomość. Jodissel Sykes, CEO internetowej firmy odzieżowej Blowesome."
Zanim wysłałem wiadomość, patrzyłem na nią przez kilka sekund, nim po chwili namysłu nie usunąłem ostatnich kilku słów, zostawiając tylko swoje dane. Wcześniej brzmiało jakoś tak zbyt formalnie. Eric był oczywiście moim klientem, ale skontaktował się ze mną prywatnie i kiedy raz nienaumyślnie przeszedłem z nim na "ty", głupio było ponownie zgrywać ważniaka. Wysławszy wiadomość i upewniwszy się, że doszła tam, gdzie miała, schowałem telefon, tym razem przezornie w zewnętrznej kieszeni torby i ruszyłem powoli w stronę mojego apartamentu. A przynajmniej miejsca, gdzie wydawało mi się, że powinien się znajdować. Miałem kiepską orientację w terenie i jeszcze gorszą pamięć do okolicy, a moja Dyna została pod firmą. Samochód kurzył się w garażu, więc jak zwykle musiałem drałować na nogach. Zawsze jednak trafiałem, więc powinno tak być i tym razem.
Eric?

sobota, 10 sierpnia 2019

Od Jodissela CD Erica

Przyjąłem mój telefon z powrotem, kończąc zapiski w notesie, które miały umożliwić mi zapamiętanie czegokolwiek z tego spotkania. Byłem już praktycznie sławny wśród moich znajomych z tego, że cokolwiek by się nie stało, trzeba mi pokazać z tego zapisek, bo inaczej będę szedł w zaparte, że taka rzecz nie miała miejsca. Niezbyt mi się podobało, że tak o mnie myślą, ale cóż mogłem zrobić, kiedy wiedziałem, że przynajmniej ziarno prawdy w tym było. Akurat zamykałem notatnik z zamiarem schowania go z powrotem w torbie, kiedy moich uszu dobiegł dźwięk krzesła przesuwającego się po podłodze. Podniosłem wzrok, aby zobaczyć Erica stojącego za stolikiem. - Jeśli zdecydujesz się powiadomić mnie o terminie spotkania, to wolałbym, abyś napisał wiadomość. Często zdarza się, że nie mam możliwości odebrania połączenia. - poinformował mnie z uśmiechem. Aby nie wyjść na nieuprzejmego, natychmiast także wstałem ze swojego krzesła, zauważając, że Eric najprawdopodobniej chce się pożegnać. Wygładziłem jedną ręką poły mojej koszuli, drugą podając chłopakowi. - Oczywiście, w końcu klient nasz pan. - uśmiechnąłem się do niego, z lekkim bólem zauważając, że nawet pomimo mojego prostowania się prawie na baczność Eric patrzył na mnie z góry, podczas gdy mnie naturalnie zaczął boleć kark od ciągłego zadzierania głowy. Był ode mnie przynajmniej o pół głowy wyższy. No i przynajmniej on wyglądał na swój wiek, bo mnie niekiedy ludzie dawali szesnaście lat, pomimo faktu, że już dawno skończyłem lat dwadzieścia trzy. - W takim razie będziemy w kontakcie. Data pierwszego spotkania zależy od ciebie, ponieważ wciąż, mimo wszystko, potrzebny mi wywiad. Ewentualnie mogę pobuszować po twojej szafie. - przewróciłem oczami z krzywym uśmiechem. - Następne spotkanie odbędzie się już w studiu, które będę musiał zarezerwować, zatem to ja odezwę się do ciebie i razem ustalimy odpowiadający nam obu termin. Wszystko to powinno zająć jedynie kilka dni, więc nie musisz się martwić, że nie zdążysz na galę. - wyłuszczyłem jeszcze Ericowi kilka kwestii, zanim ostatecznie się nie pożegnałem. - Dziękuję ci zatem za tą okazję. Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna. Uśmiechnąłem się do niego ostatni raz i rozejrzałem się powoli, obserwując jednocześnie, jak Eric opuszcza kawiarnię. Dopiero wtedy pozwoliłem sobie na wypuszczenie powietrza z sykiem przez zęby, podczas gdy ostrożnie zajmowałem znów miejsce przy stoliku. Cholerna choroba. Cholerna choroba i cholerny ból. Ledwie oddychałem, gdyż okolice żeber przeszywały mi spazmy ostrego bólu. Wiedziałem, że tak samo szybko, jak ból się pojawił, tak samo szybko zniknie, ale jednak ostatnie kilka minut rozmowy z Erikiem było ciężkie dla mnie — słabo potrafiłem udawać, ale istniała nadzieja, że chłopak nic nie zauważył. Nie chciałem brać leków przeciwbólowych, bo otumaniony nimi stawałem się oschły i nieuprzejmy, co było mi mocno nie na rękę. Dopiłem resztkę swojej kawy i krótkim uśmiechem podziękowałem kelnerowi, który w biegu przechwycił ode mnie naczynie. Odczekawszy jeszcze kilka sekund, aby zapierający dech w piersiach ból przeminął, wyszedłem powoli z kawiarni.
<Eric?>

piątek, 9 sierpnia 2019

Od Jodissela CD Erica

Nieco zaskoczony przyjąłem wizytówkę, natychmiast przebiegając po niej wzrokiem. Nie sądziłem, żeby sportowcy posiadali własne wizytówki — a przynajmniej ja nic o tym nie wiedziałem, a warto dodać, że ze sportem byłem raczej na bakier. Czy to znaczyło, że Eric Perez jest także modelem? Po raz trzeci już tego dnia skierowałem wzrok na jego twarz. W zasadzie czemu nie. Urodę miał odpowiednią, widziałbym go w tej roli. Choć nawet mnie samemu nie podobał się fakt, że wszystkich oceniam pod względem przydatności w mojej pracy, moją pierwszą myślą było, że i ja mógłbym wykorzystać Erica do własnych "niecnych" celów, skoro już nadarzyła mi się taka okazja. Żal byłoby nie skorzystać, a i Eric by na tym zyskał.
- Wiesz co? - rzuciłem nagle, prostując się na całą wysokość moich 175 centymetrów i natychmiast wyławiając z torby mały notes w opalizującej, różnokolorowej oprawie. Na mój nos powędrowały okulary. - Mam dla ciebie propozycję. Co ty na to, żebyś wpadł do mojej firmy na kilka zdjęć? Poszukujesz oryginalnego stroju... Masz oryginalną urodę... Jeśli nie miałbyś nic przeciwko, mógłbyś posłużyć mi jako model na jedną sesję. Wszystkie przymiarki zostałyby później twoje. - zapewniłem natychmiast. Z podekscytowania zaczynałem mówić coraz szybciej i musiałem się powstrzymywać, żeby nie wyjść przed Erikiem na jakiegoś nawiedzonego wynalazcę. - W ten sposób miałbym większą kontrolę nad tym, jaki krój i materiał stroju pasowałby stricte do ciebie. No, i przy tym pomógłbym nieco sobie samemu, bo najważniejsze to stale zmieniać wizerunek, tylko wtedy firma utrzyma się na rynku. - ostatnie zdanie właściwie bardziej wymruczałem do siebie, niż powiedziałem do chłopaka, ale natychmiast otrząsnąłem się z marazmu, aby zapisać sobie w kajecie informacje podane przez Erica. W razie jakby nie zgodził się na zdjęcia, mógłbym wciąż spotkać się z nim, aby przeprowadzić z nim wywiad.
Skrobałem zawzięcie w notesie, jednocześnie gadając do chłopaka.
- Jeśli chodzi o włosy, to nie masz się czego obawiać. Zanim zrobimy cokolwiek, zostaniesz poproszony o zgodę, której nie jesteś zobowiązany udzielić, zatem finalnie cały twój wygląd i sposób prezentacji na gali będzie zależał od ciebie. Będziesz mi musiał tylko zaufać w przypadku garnituru, ale nie martw się, dostosuję się do twoich wymagań. Ah, Ericu...? - nie odrywając wzroku od papieru, pchnąłem swoją przedpotopową komórkę w stronę chłopaka. - Zapisz mi, proszę, swój numer. Jestem znany z gubienia wizytówek, więc numery wszystkich, z którymi robię interesy, muszę zapisywać natychmiast, gdzie się da. - to mówiąc, schowałem przezornie podarowany mi wcześniej kartonik do kieszonki koszuli, ale to, że do wieczora już jej tam nie będzie, było tak samo pewne, jak to, że jutro znów zostanę wygoniony z pracy przez współpracowników w samo południe.
<Eric?>

Od Jodissela CD Erica

Rozumiałem, owszem, co miał na myśli i nawet już zaczęły mi w głowie kiełkować pomysły na oryginalny, ale utrzymany w dobrym stylu strój dla tego młodego mężczyzny, jak się okazało: zawodowego pływaka. Ciemne kolory, strój robiący wrażenie, ale nie przesadzony — dało się to załatwić. Chciałem go o tym zapewnić, ale przerwała nam kelnerka, przynosząc zamówienie mojego rozmówcy, więc, zamiast się odezwać, wykorzystałem ten czas na kolejne, tym razem dokładniejsze przyjrzenie mu się. Oczywiście miał typową, szczupłą sylwetkę pływaka, a przy tym pachniał delikatnie chlorem, czego się w zasadzie spodziewałem. Raczej nie powinno być problemów z dopasowaniem garnituru, być może nawet nie musiałbym się bawić w szycie na miarę, o ile znalazłbym odpowiedni wzór, który odpowiadałby i jemu, i moim wyobrażeniom. Zerknąłem na jego twarz, kiedy uśmiechał się do kelnerki. Miał dość specyficzne rysy twarzy, powiedziałbym, że mógłby tak wyglądać Rosjanin, ale za to jego nazwisko, Perez, brzmiało nieco hiszpańsko. Nie znałem się jednak na tym, więc nie potrafiłem jednoznacznie ocenić, jakiego pochodzenia mógłby być mój potencjalny klient.
Eric przeniósł swój wzrok na mnie, więc przyssałem się do swojej kawy, żeby nie zrazić go swoim gapieniem się. Mój nawyk oceniania wszystkich pod względem wizualnym — ponieważ każda osoba była dla mnie potencjalnym modelem i klientem — bywał czasami irytujący dla ludzi, z którymi rozmawiałem.
- Raczej nie jestem zbyt wybredny i jeśli podejmie się pan mojego wyzwania, zaufam pańskiemu oku i doświadczeniu. - dodał Eric, a następnie zaczesał włosy na tył, co natychmiast przykuło moją uwagę. Zamrugałem.
- Wiem, że jeśli miałbym ci pomóc, to powinienem skupić się raczej na dobraniu odpowiedniego rozmiaru, materiału i wzoru garnituru, ale... Wybacz, nie mogę puścić cię na galę z takimi włosami. Wiem, że pływacy mają dość zniszczone włosy przez chlor i ciężko sobie poradzić z taką szopą...- tu przewróciłem oczami, bo ja nawet pływać nie potrafiłem, a włosy miałem takie same. -...ale będziemy musieli coś z tym zrobić. Choć przyznaję, że łatwo moglibyśmy zamienić to w atut — daje to niezwykły efekt, naprawdę niepowtarzalny styl, widoczny szczególnie na zawodach, co zresztą przypuszczam, że doskonale jest ci znane, gdy zawodnicy dopiero co przyjeżdżają i wchodząc na pływalnię, zdejmują czapki, ujawniając burze włosów. Można powiedzieć, że to swego rodzaju wasz znak rozpoznawczy. - uśmiechnąłem się do niego promiennie, już widząc, że ten pomysł podoba mi się coraz bardziej. Nawet przy tym nie zwróciłem uwagi, że bez żadnego ostrzeżenia przeszedłem na "ty". Zbyt bardzo byłem podekscytowany wizją nowego, ciekawego projektu, nad którym mógłbym posiedzieć dłuższą chwilę, nie będąc nękanym przez nikogo o mój wątpliwy stan zdrowia. - Tak więc... Owszem, zgadzam się. Pomogę ci. Będziemy musieli jednak obgadać jeszcze kilka kwestii, będę musiał przeprowadzić z tobą wywiad, aby wiedzieć, czego się spodziewać.
Opadłem na oparcie krzesła, posyłając Ericowi lekki uśmiech i czekając na aprobatę — lub nie — z jego strony.
<Eric?>

Od Jodissela CD Erica


Z cichym westchnieniem zerknąłem na zegar wiszący na kolumnie centralnie przede mną. Dochodziła godzina, podczas której większość ludzi powinna być w pracy, jednak w moim przypadku był to czas, aby się z mojej pracy ulotnić. Nie z własnej woli oczywiście. Wokół mnie już od kilkunastu minut niczym wściekłe sępy krążyli moi współpracownicy, starając się wmówić mi, że moje samopoczucie jest gorsze, niż mi się wydaje i z całą pewnością nie mam siły pracować tak ciężko, jak pracuję — to jest, przeorganizowując wizualną część naszej strony internetowej w przerwach od odpowiadania na męczące pytania o mój stan zdrowia.
Wszystko przez ten jeden jedyny dzień w tym tygodniu, kiedy zapomniałem zabrać ze sobą butelki wody i zasłabłem przez panujący w biurze zaduch. Nic nadzwyczajnego. Nawet gdybym nie był chory, mogło mi się zdarzyć. Ale nie, moi współpracownicy odebrali to jako incydent na miarę próby samobójczej i teraz niemalże codziennie monitorowali zawartość mojej torby, a także poinformowali mnie, że mają pełne prawo wywalić mnie z mojego własnego biura, jeśli tylko stwierdzą, że poradzą sobie w pracy beze mnie.
Widząc zatem wzrok Jeanette przewiercający mnie na wskroś zza szyby, posłusznie zabrałem swoją torbę i posnułem się do drzwi, nawet nie fatygując się, by zamknąć komputer — biorąc pod uwagę fakt, że dali mi wybór: albo wychodzę o podanej mi przez nich godzinie, albo odprowadzają mnie pod same drzwi apartamentu, wolałem nie zwlekać nawet minuty dłużej. Przechodząc obok biurka Jeanette, rzuciłem jeszcze tylko:
- Znikam na twoją odpowiedzialność...
...po czym machnąłem do uśmiechającego się do mnie niewinnie Jeala i wyszedłem prosto w ścianę gorąca, jaką był świat zewnętrzny poza siedzibą naszego sklepu. Przez moment dosłownie nie mogłem oddychać. Gdy tylko wróciły mi zmysły, wygrzebałem z kieszeni okulary przeciwsłoneczne i ruszyłem szybkim krokiem wzdłuż ulicy. Myślami byłem daleko, ale na szczęście zadziałała moja pamięć mięśniowa i zamiast wylądować po kilkunastu minutach marszu pod jakimś mostem, odnalazłem siebie stojącego naprzeciwko przyjaźnie wyglądającej kawiarni. Nawet nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, gdzie jestem, ale musiałem najwyraźniej już tu kiedyś być, skoro na myśl o przyjemnie chłodnej mrożonej kawie zjawiłem się właśnie tutaj. Nie zwlekając — w końcu gorąc dawał mi się nieco we znaki, a szopa ciemnych włosów w niczym mi nie pomagała — pchnąłem drzwi, już po chwili stawiając pierwsze kroki w lokalu. Było tutaj chłodno i wszędzie unosił się lekki zapach kofeiny. Rozejrzawszy się zdawkowo, zająłem miejsce przy jednym z małych stolików, a gdy zainteresowała mnie mną kelnerka, złożyłem zamówienie. Przeglądając się w szybie, poprawiałem właśnie kołnierz białej koszuli, kiedy usłyszałem czyjś głos mówiący:
- Dzień dobry, panie Sykes.
Choć nie miałem do tego żadnego powodu, przestraszyłem się lekko, że ktoś zwraca się do mnie po nazwisku. Nie rozpoznawałem głosu, więc zaskoczony spojrzałem na mężczyznę, który do mnie zagadał i już chciałem wstać, aby się z nim przywitać, ale on zajął miejsce po drugiej stronie wybranego przeze mnie stolika.
- Nazywam się Eric Perez - przedstawił się. - I chciałbym pana o coś spytać.
Wciąż lekko zaskoczony podałem mu rękę, słuchając uważnie, co ma mi do powiedzenia.
- Potrzebuję oryginalnego stroju na galę w przyszłym miesiącu, czy nie zechciałby mi pan pomóc?
Mój rozmówca miał bardzo miły głos i w dodatku uśmiechał się delikatnie, więc stwierdziłem, że warto mu dać szansę. Raczej nie projektowałem nic dla osób prywatnych, ale w sumie co mi szkodziło spróbować?
- Wszystko zależy od tego, jaka to gala i w jakim charakterze się pan tam udaje, panie Perez. - odsunąłem nieco swoją szklankę, aby móc złożyć dłonie na blacie stołu. Czekając na odpowiedź, przyjrzałem się mężczyźnie. Wyglądał młodo, gdzieś w okolicach mojego wieku, miał dość niespotykanego, jak dla mnie, koloru włosy, lekko wilgotne, jakby chwilę wcześniej wyszedł z basenu. Był też zdecydowanie wyższy ode mnie, co już takie trudne raczej nie było.
- Musiałbym wiedzieć, czy ma pan jakieś własne pomysły na aranżację swojego stroju, abym mógł się na czymś wzorować i wiedzieć, w jaką stronę zdecydowanie nie iść. - poinformowałem go jeszcze. - Ale zanim zdecyduję, czy podjąć pańskie wyzwanie, chciałbym wiedzieć... Skąd pan się o mnie dowiedział? - bezwiednie przekrzywiłem głowę na bok niczym ciekawski zwierzak. Nie panowałem nad tym, choć z natury starałem się tego nie robić. Rzadko mi jednak wychodziło. - Nieczęsto zdarza mi się zostać rozpoznanym na ulicy. Niech pan tylko nie mówi, że już kiedyś pana poznałem, tylko pana nie pamiętam. - posłałem mu lekki uśmiech, aby pokazać, że żartuję.
<Eric?>

czwartek, 8 sierpnia 2019

Jodissel Sykes

Imię i Nazwisko: Jodissel Sykes
Przezwiska: Jodi.
Wiek: 23 lata.
Płeć: Mężczyzna.
Pochodzenie: Brytyjczyk.
Głos: Zim Zum - "Someone Like Me"
Praca: Założyciel i CEO czteroletniej w tej chwili internetowej firmy odzieżowej Blowesome.
Charakter: Przyjazny i towarzyski w stosunku do ludzi. Może nie jest duszą towarzystwa i uosobieniem charyzmy, ale potrafi się odnaleźć niemalże w każdej grupie społecznej i w każdej sytuacji. Zabawny, ale nie wiecznie niepoważny, po prostu ma bardzo bezpośrednie i optymistyczne podejście do życia. Zawsze stara się, aby każdy w jego pobliżu czuł się dobrze, lubi prawić ludziom komplementy i sprawiać, by się uśmiechali. Często sprawia wrażenie, jakby nigdy nic złego mu się nie przytrafiało, jakby nie miewał złych dni i wszystko zawsze szło po jego myśli, ale nie jest to prawda. Po prostu nie lubi, a możne nawet nie potrafi, uzewnętrzniać swoich emocji leżących po przeciwnej stronie spectrum niż czysty optymizm. Choćby świat mu się walił, nie potrafiłby odezwać się chamsko, intencjonalnie kogoś sprowokować czy pokazać otwarcie, że jakiejś osoby nie lubi. Poza tym uważa siebie za tchórza - tym tłumaczy swoją niezwykłą uprzejmość nawet w stosunku do ludzi, którzy widzą w nim jedynie problem, który należy wyeliminować. Nie chce mieć wrogów wśród ludzi, bo po prostu boi się. A przynajmniej on tak twierdzi. Nie poddaje się przy pierwszym niepowodzeniu, zamiast tego bada, co zrobił źle i zaczyna od początku. Zależy mu na dobrych kontaktach z ludźmi, nawet tymi spotkanymi przypadkiem na ulicy, których przypuszczalnie więcej nie zobaczy, więc zawsze stara się wywrzeć dobre wrażenie, choć nie na siłę, a także nie narzuca się - jeśli widzi, że ktoś za nim nie przepada, zostawia go w spokoju.
Wygląd: Należy raczej do tych niskich, ma równe 175 cm wzrostu przy 60 kg wagi - jest naturalnie drobno zbudowany, ale teraz dodatkowo jest wychudzony przez chorobę. Ma długie, ciemnobrązowe włosy, zazwyczaj zaczesane ciasno do tyłu. Są gęste i najczęściej puszą się niezależnie od tego, co Jodi próbuje z nimi zrobić, więc na co dzień wygląda tak, jakby zamiast normalnej fryzury miał zaczesaną na tył grzywę. Jego oczy są koloru mlecznej czekolady. Blady, bardzo często ma ciemne cienie pod oczami, które niekiedy próbuje zamaskować makijażem, choć nie do końca mu to wychodzi. Czasami nosi w pracy okulary bez soczewek, ponieważ w jakiś sposób czuje się w nich pewniej i wydaje mu się, że dzięki nim wygląda poważniej. Ma szczupłą, drobnokościstą sylwetkę, jest słabo umięśniony i w dodatku posiada wcięcie w talii, a żebra i talerze biodrowe wystają dość znacząco. Ubiera się praktycznie zawsze w dopasowane - szyte na miarę, czasem zaprojektowane przez niego - garnitury, choć nie gardzi także rozciągniętymi koszulkami i znoszonymi jeansami, gdy jest sam w mieszkaniu. Posiada jeden tatuaż, a dokładniej niepełny rękaw, pokrywający jego lewy bark, ramię oraz połowę przedramienia, gdyż nie chciał, aby był on widoczny pod garniturem. Chciałby go jednak kiedyś dokończyć, gdyż najbardziej w świecie podobają mu się tatuaże na dłoniach. Oprócz tego jednego tatuażu nie ma już żadnych innych, choć myślał kiedyś nad zakryciem w ten sposób blizn - a ma ich całkiem sporą ilość. Są one wynikiem kilkunastu operacji, jakie przeszedł, w tym kilka znajduje się na jego lewej piersi, inne na prawym boku czy na plecach na wysokości łopatek. Jodi posiada także drobne, okrągłe, złote kolczyki w płatkach obu uszu, nie są zbyt widoczne, o ile nie odgarnie włosów na tył głowy.
Zainteresowania/Hobby: Uwielbia projektować - nieważne czy to ubrania sprzedawane w jego firmie, czy to jego własne garnitury, strona internetowa czy tytuł działu w sklepie w formie gry słów. Oprócz tego lubi także jeździć swoją Dyną, zaczytywać się we wszelakich książkach sci-fi oraz - od niedawna - zwiedzać cały Nowy York, gdyż w końcu znalazł na to czas.
Rodzina: Nie ma nikogo.
Partner: Na razie brak.
Zakochany: Na razie brak, chyba.
Orientacja: Jest aseksualny, ale biromantyczny. Nie miałby nic przeciwko stworzeniu związku, niezależnie od płci partnera.
Inne:
> Od trzech lat choruje na... no właśnie, nie wiadomo. Lekarze nie wiedzą co mu jest i nikt zbytnio nie kwapi się z tym cokolwiek zrobić, bo choć próbowano go już leczyć na fibromialgię czy niedokrwistość sierpowatokrwinkową, nie przynosiło to żadnych efektów - bo to po prostu nie było to. Stwierdzono więc, że taka po prostu jego uroda i Jodi musiał nauczyć się żyć z ciągłym bólem, niekiedy tak silnym, że lądował w szpitalu, gdzie stwierdzano, że nie wiadomo, co mu jest i wypisywano go z powrotem, uprzednio doprowadzając go do jako takiego stanu używalności. Dano mu leki, po których ciągle wymiotuje, oraz leki przeciwbólowe i kazano z tym żyć. Pod warunkiem, że to nie jakaś rzadka śmiertelna choroba. Tak czy inaczej, nie wróży to nic dobrego.
> Jest bezpośrednim przełożonym czwórki ludzi i zarazem ich przyjacielem. Są to Jeanette Coreen, będąca dla niejako kimś w rodzaju siostry, której nigdy nie miał, jego najlepszy przyjaciel Jeal Ferann, Gina Hollow oraz Jane Sare. Oprócz nich posiada jeszcze tylko jednego przyjaciela, serwisanta, pomagającego im z naprawą sprzętu, o imieniu Randall Hale.
> Jakby mało było tego, że jest chory na coś, co nawet dla lekarzy jest zagadką, to jeszcze pali. Może nie dużo, okazjonalnie, ale jednak. W dodatku jest wybredny i pali tylko cygaretki, które jego znajomi nazywają "sztucznymi papierosami".
> Marzy o zaprojektowaniu dla siebie swojej własnej kamizelki motocyklowej na wzór klubu motocyklowego.
> Czasami ma problemy ze snem, ale jeśli już uśnie, nie ma pojęcia, co się z nim dzieje. Ponoć nawet można z nim przeprowadzać logiczne rozmowy, których po obudzeniu się nie będzie pamiętał.
> Ma grupę krwi ORh-. Sucks to be him...
> Uważa się za wielkiego szczęśliwca, gdyż udało mu się założyć własną firmę w wieku 19 lat, a teraz, po czterech latach, jej sytuacja ustabilizowała się na tyle, że Jodi nie musi się martwić ani o jej przyszłość, ani o pieniądze. Właściwie można powiedzieć, że jest dość bogaty, ale nie obnosi się z tym - poza jego słabością do szytych na miarę, najczęściej zaprojektowanych przez niego garniturów.
Historia: Jego życie do czasu przeniesienia się do Nowego Yorku było całkowicie zwyczajne, więc niezbyt jest o czym wspominać. Teraz Jodi mieszka w NYC już 4 lata, od kiedy udało mu się założyć tutaj własne przedsiębiorstwo, ale dopiero teraz, gdy jego firma się ustabilizowała, zaczął znajdować czas na docenienie metropolii. Teraz więc nadrabia braki, zwiedza wszystko i zaskakuje napotkanych mieszkańców całkowitą nieznajomością jego najbliższego otoczenia, często graniczącego aż z ignorancją. Gubi się, gdy zamiast wrócić natychmiast do swojego apartamentu, postanowi zahaczyć o pobliską kawiarnię, nie ma pojęcia, co gdzie się znajduje, nawet jeśli słyszał o niektórych obiektach jeszcze zanim się do samego Nowego Yorku przeprowadził. Fakt faktem, że poza pracą nie miał nigdy przyjaciół, z którymi mógłby powędrować po klubach czy pozwiedzać słynne miejsca w NYC. Teraz dopiero szuka kogoś, kto mógłby mu wszystko pokazać, bo też i dopiero teraz ma czas, żeby rzeczywiście się na tym skupić. Trzy lata temu jego zdrowie zaczęło się pogarszać, tym bardziej jest więc zdesperowany aby zobaczyć wszystko, co warte jest zobaczenia zanim... cóż, nie będzie już mógł tego zrobić.
Pojazd: Harley-Davidson Dyna Street Bob  i Chrysler Crossfire . Częściej porusza się jednak tym pierwszym.
Pupil: Nie posiada zwierząt, bo nie ma dla nich czasu, choć zawsze marzył o byciu właścicielem bezwłosego kota.
Inne zdjęciaklik
Steruje: -alice6-/rossdevossroiz@gmail.com