Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leroy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leroy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 września 2019

Od Leroya CD Lorcana

Wszystkie wiatraki kręcą się na maksymalnej prędkości, klimatyzacja szumi, ale i tak wciąż jest gorąco. Nie, gorąco to chyba za lekkie słowo, jest parno, upalnie, duszno, nie do zniesienia. Ciasne uliczki i wielkie budynki robią z Nowego Jorku labirynt suchego powietrza, którym wręcz nie da się oddychać. Wieczne spaliny i żar lejący się z nieba nie pomaga.
– Gorąc – burczy Priya, przeciskając się przez drzwi na zaplecze, niosąc górę talerzy. Otwieram je szerzej. Kiwa mi głową niby na podziękowanie. River wyskakuje za ladę, bezmyślnie bawiąc się swoją plakietką z imieniem. Godzina dwunasta, HaZy jest zapchane. W sumie nie dziwota, sama klimatyzacja przyciągnęła pewnie połowę tych ludzi. Dziękuję sobie za to, że wpadłem na pomysł zamontowania jej w budynku. Inaczej wszyscy już bylibyśmy martwi (choć i tak w tej temperaturze większość ludzi jest bliska śmierci). Priya wraca z zaplecza i dopiero gdy odchrząkuje, wyrywa mnie z zamyślenia – ktoś z godzinę temu przyszedł tu w kostiumie kąpielowym. Tylko kostiumie.
– A ja widzę kogoś w futrze – rzucam okiem na zapełnione kanapy. Boże, jak on wytrzymuje?
– Ja kogoś w pełnym stroju Spider-Mana – dorzuca River, nawet nie rzucając na nas oka zza kasy.
– To Nowy Jork – wzrusza ramionami Priya, zapinając włosy w wysoki kucyk. I tak loki spadają jej na twarz. Wydaje się poirytowana, ale nie dziwię się jej, ta temperatura potrafi działać na nerwy – To zbiorowisko dziwaków.
– Najlepszych – odbijam piłeczkę i Priya krzywi się w uśmiechu, który ewidentnie próbowała zatrzymać.

Oczywiście upał nie mógł być jedynym problemem, inaczej świat stanąłby na głowie. Dostawa nie dotarła, przez co musieliśmy wykreślić prawie wszystkie smoothie z menu, muzyka zacięła się nie raz, a trzy, no i ktoś przyszedł z psem, co wywołało reakcję łańcuchową, od przerażonego sytuacją właścicielki do rozjuszonej matki, chcącej dzwonić na policję. Na szczęście nie doszło do rękoczynów, choć widziałem, jak Eden zakasuje rękawy. Reszta dnia toczy się dość spokojnie, chociaż przez temperatury i tłum wiatraki zdają się szwankować i boże, kolejna rzecz, którą trzeba się zająć. Przynajmniej do zachodu w klubokawiarni jest mniej więcej tłum, co może, ewentualnie, nadrobi za straty. Po dwudziestej pierwszej ludzie już się wykruszają, jakby zmierzch zmuszał ich do wyjścia na zewnątrz, choć pewnie to jedyny czas, kiedy faktycznie da się wyjść na zewnątrz. Gość w futrze żegna się, machając prawie pełnym kubkiem z mrożoną kawą i znika za drzwiami, co czyni HaZy Dreams oficjalnie wolnym od klientów. River całkiem szybko podobnie ląduje przy wyjściu, zaciskając w dłoni firmową koszulkę. Mówi coś o czyichś urodzinach i zatrzaskuje drzwi, przy okazji odwracając plakietkę na stronę ZAMKNIĘTE. Klimatyzacja wciąż szumi, chociaż lżej. Powietrze jest dość zimne. Wskakuję na zaplecze, wciskając naczynia do zmywarki.
– River dobrze gada – odzywa się po chwili Dakota, włączając radio, przez co cichy wcześniej lokal wypełnia się jakąś dość znaną melodią. Pop, coś w tym stylu. Taylor Swift? Może coś innego, nie mam czasu się zastanowić, bo Dakota wskakuje na blat i znowu coś mówi, choć muzyka praktycznie całkowicie go zagłusza.
– Co?
Znowu coś mówi, ale go nie słychać. Chcę mu to powiedzieć, ale zanim otworzyłem usta, by krzyknąć, muzyka cichnie. Priya stoi przy głośnikach ze zmarszczonymi brwiami.
– Mówię – odzywa się znowu Dakota, brzmi na poirytowanego – że River ma rację. Ta temperatura wykańcza. Trzeba się jakoś rozluźnić.
– I co proponujesz? – Priya podnosi brwi wysoko, gdy Dakota zeskakuje z blatu, by podskoczyć do kolumny i spróbować pogłośnić muzykę. Nie udaje mu się, Priya stoi jak ściana, w dodatku jest od niego chyba o dwie głowy wyższa.
– No, imprezę. Pozwiedzamy miejscowe kluby, zobaczymy, jak tam jest–
– A co z Hydrą?
– Ej tam – Dakota macha ręką i gdy tylko Priya odsuwa się, rzuca się na głośnik i znów pop odbija się po ścianach – weź, Ri, w poniedziałki i tak jest pusto. A teraz zaczęli wszyscy pracę, to jeszcze gorzej. No chodźcie, rozluźnimy się, możemy popatrzeć, jak bardzo źle jest u innych w porównaniu z nami...
Priya rzuca mi pytające spojrzenie, jakby nie była pewna, co ma odpowiedzieć.
– W sumie Dakota nie gada głupot – mówię powoli, odkładając szklanki na ich miejsce. Widzę, że Priya przelicza pomysł w głowie. Pewnie wylicza tysiąc plusów i minusów sytuacji, które i tak wyjdą równoważne. Zwraca na mnie wzrok, choć ewidentnie głową jest gdzieś indziej – Możemy obczaić konkurencję, zobaczyć co inni robią na Manhattanie...
Zastanawia się minutę, dwie, gdy Dakota wije się wokół niej do nowej, żywszej melodii.
– Konkurencja...niech będzie – Wzdycha po chwili, niby zrezygnowana, ale widzę cień uśmiechu pojawiający się na jej ustach. Dakota momentalnie promienieje – Ale w zamian za zamknięcie dziś, jutro robimy drinki za pół ceny. Inaczej nie nadrobimy.
– Świetnie, to co, widzimy się tu za pół godziny, muszę się przebrać, to cześć! – rzuca na jednym wdechu i znika za drzwiami. Słyszę za sobą rozbawiony głos Priyi.
– W co my się wpakowaliśmy?

Punkt dziesiąta wieczorem spotkaliśmy się przy drzwiach klubokawiarni (my, jako ja, Priya w aksamitnej sukience, Dakota z czymś, co tylko w małym stopniu mogło nazywać się koszulką, Jaden, Tanya i ktoś, kto przedstawia się jako Eric). Dakota krzywi się, taksując mnie wzrokiem.
– Mogłeś się bardziej postarać.
– Hej, biała koszula to doskonały wybór na wyjś–
– Dobra, idziemy – zarządza wymalowana na bóstwo Tanya i rusza ze stukotem szpilek w głąb ulicy, nie pozwalając mi skończyć.

Wchodzimy do pięciu klubów w ciągu dwóch godzin, w każdym spędzamy mało czasu, bo albo komuś nie podoba się muzyka, albo drinki za drogie czy niedobre, albo dziwni ludzie kręcą się po lokalu. Po jakimś czasie grupka się rozpada, bo po drodze gubimy Dakotę i Erica, potem w kolejnym klubie nie możemy znaleźć Jadena, wreszcie zostaję tylko ja i Priya. Klub, w którym wylądowaliśmy, nie jest jakoś wybitnie zatłoczony, ale i tak trudno dostać się do baru bez zostania popchniętym chociaż dziesięć razy. Priyę ktoś wyciągnął na parkiet, choć nie wyglądała na tak złą, jak wcześniej tego wieczoru, gdy ktoś zaproponował jej taniec.
Muzyka łupie po uszach, światła migają, trudno skoncentrować się na czymkolwiek. Mam wrażenie, że ktoś do mnie coś mówi, ale gdy rozglądam się bacznie, nikt nie patrzy się na mnie, co wyklucza sprawę. Jezu, chyba muszę usiąść.
Na szczęście kilka stołków barowych jest wolnych, więc siadam na jednym z tych na uboczu. Rzucam okiem na bar. Dwójka barmanów kręci się jak szalona, próbując zadowolić wszystkich klientów. Obok mnie są trzy miejsca wolne, dalej ktoś siedzi. Rzucam okiem na parkiet. Priyi nie widać. W sumie co mi tam, pogadać nie zaszkodzi.
Przesuwam się na stołek obok osoby. Patrzy się gdzieś w bok, skupionym wzrokiem. Barman zbliża się do mnie z pytaniem o zamówienie wymalowanym na twarzy.
– Martini poproszę – rzucam bezmyślnie, w końcu to jeden z bardziej znanych drinków, co nie? Barman kiwa głową – I virgin Mojito do tego.
Czuję na sobie wzrok osoby obok, więc zwracam głowę w jej stronę. Chłopak, może mieć jakieś dwadzieścia lat, ciemne włosy zaczesane à la Elvis, chociaż grzywka spada mu na czoło i gdyby była przesunięta o kilka milimetrów w którąkolwiek stronę, zasłaniałaby mu widok. Chorobliwie blada skóra odbija kolorowe światła, chłopak sam przez jasność cery wygląda, jakby się świecił. Podnosi brwi, a na jego ustach tańczy drobny uśmiech, gdy przesuwam Martini w jego stronę. Oliwka tańczy w białym drinku, ja dostaję swoje Mojito i zaciskam zimną szklankę w dłoni. Jezu, jak tu jest duszno. Chcę podwinąć rękawy, ale orientuję się, że musiałem to zrobić wcześniej. I tak jest gorąco.
– Leroy – mówię do chłopaka po przełknięciu łyka napoju. On bierze swój drink do ust, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Gdy go odsuwa, oblizuje wargi. Oho.
– Lorcan.
– O, no proszę, też na L, co za zbieg okoliczności – wyrywa mi się, zanim się powstrzymałem, ale chłopak (Lorcan, podpowiada mi mózg) nie wydaje się bardzo oburzony potokiem słów, więc wyprostowuję się i mówię dalej – No, to co cię tutaj w środku tygodnia sprowadza, Lorcan?

Lorcan?
przepraszam za brak fabuły aaaa

wtorek, 20 sierpnia 2019

Od Leroya

Kółka walizki grzechoczą na krzywym chodniku, ale trudno przewidzieć jakąkolwiek dziurę, bo lampy ledwo co oświetlają ulicę, a co dopiero cienką linię deptaka obok. Znajdź sobie Ubera, mówiła Sofia, będzie taniej niż taksówka. Tak, gdyby mój kierowca nie był oddalony o jakieś pół godziny od lotniska i z jakiegoś powodu nie wyglądało na to, by się do lotniska zbliżał. Z jakiegoś powodu.
Czemu wokół jednego z największych lotnisk na świecie są tak dziurawe chodniki?
– Szlag – podnoszę przewróconą walizkę. Rączka ani materiał nie ucierpiały (nie to, żeby wyglądały jakby były w dobrym stanie wcześniej, ale przynajmniej nic nie wygląda gorzej), chociaż jedno z kółek chybocze się niebezpiecznie. Świetnie, jeszcze tego mi brakowało, żeby walizka się rozwaliła. 
Sprawdzam zegarek. Dziesiąta trzydzieści w nocy, prawie równa. Czuję, jak oczy same mi się zamykają. No ale kiedyś trzeba było odwiedzić rodzinę, szczególnie gdy zorganizowali wielką imprezę rodzinną łączącą wszystkie urodziny, śluby i pogrzeby, które ominęły mnie przez ostatnie dwa lata, gdy nie było mnie w Genewie. Trzynaście godzin podróży, wraz z przesiadką i czekaniem na opóźniony lot w Londynie, o niczym nie marzę bardziej, niż o powrocie do mieszkania i rzuceniu się na łóżko. A ten cholerny Uber nie jest ani trochę blisko okolic lotniska.
Nie, spacer nie był dobrym pomysłem. Świeże powietrze jakiś cudem jeszcze bardziej miesza mi w głowie niż to klimatyzowane w hali przylotów. Odwracam się na pięcie, ale zdecydowanie zbyt szybko dla zmęczonej życiem walizki, która znowu upada. Tym razem chyboczące się kółko odpada całkowicie, sunąc po wyboistym chodniku z cichym gruchotem. Świetnie.
Wracam na lotnisko, pół nosząc, pół ciągnąc feralną walizkę. Hala jest dziwnie opustoszała (jak na tak duże miejsce, fakt, jest sporo ludzi, ale mogło być tyle więcej), podobnie, jak kiedy ją opuściłem jakieś dwadzieścia minut temu. Jedni pasażerowie kręcą się z walizkami i plecakami, inni przysypiają na krzesłach. Kilka pracowników lotniska pojawia się i znika, robiąc co jakiś czas sztuczny tłum, ze swoimi walkie-talkie i poważnymi minami. Jest dziwnie cicho.
Kasjerka w sklepiku (jednym z trzech otwartych o tej godzinie i w tej hali, bo z jakiegoś powodu na noc wszystko się zamykało) wygląda na równie zmęczoną, co ja, jak nie bardziej. Taksuje spojrzeniem paczkę chipsów, energetyka i paczkę mentoli. Wydaje się młodsza ode mnie, może mieć maksymalnie jakieś dwadzieścia parę lat, z kolczykiem w wardze i tatuażem na dłoni.
– Długa noc – wyrywa mi się, gdy ona recytuje cenę znudzonym głosem. Podnosi brwi, ale nic nie mówi. Wtedy coś przychodzi mi do głowy – Słuchaj, nie znasz się może na Uberze?
Okazuje się, że dziewczyna (Kendall, tak przynajmniej było napisane na plakietce przypiętej do jej koszulki) zna się na Uberze i to dobrze, aczkolwiek każda wiedza o tej aplikacji byłaby przeze mnie uznana za dobrą, bo ja nie wiedziałem kompletnie nic i czułem się jak emeryt, który pierwszy raz dostał telefon z dotykowym ekranem w dłoń.
– To jakiś błąd – mówi po kilku minutach grzebania w moim telefonie, z dziwnie pewnym siebie wyrazem twarzy. Błąd? A co, jak będę musiał za to wszystko zapłacić?, już chcę się jej zapytać, ale ona przerywa, zanim udaje mi się odezwać, odgarniając kruczoczarne włosy na ramię – Nie powinno ci tego naliczyć. Chyba że to jakiś oszust-haker. Usuń apkę, złap taksę i po problemie.
– Dobra, hm, dzięki – zabieram telefon z jej dłoni – Jestem bardzo wdzięczny.
– Wszystko jedno – Ona wzrusza ramionami i wraca do pracy.
Na szczęście kilka taksówek kręciło się wokół wejścia, więc bez problemu udaje mi się ściągnąć jedną z nich. Kierowca nie mówi nic, oprócz zdawkowych informacji (za co jestem mu dozgonnie wdzięczny, bo wiem, że nie miałbym siły podtrzymywać interesującej rozmowy, nie ważne, jak bardzo bym chciał) dotyczących drogi, jakbym pokonywał ją pierwszy raz, a nie setny. 
Docieram do okolic mieszkania bez problemu, poza tym przed dwunastą w nocy Nowy Jork nie jest zbyt zapchany, tym bardziej w środku tygodnia. Kilka osób kręci się po ciemnych ulicach, chociaż oświetlenie i tak jest tutaj o wiele lepsze, niż tam, przy lotnisku. Mam potrzebę wskoczenia pod kołdrę i spania przez kolejne dwa dni, ale przy szukaniu kluczy w plecaku znajduję, niby zapomnianą paczkę papierosów, no i jak już wylądowała mi pod palcami to żal ją odkładać.
Dym w płucach, ciepłe i słabe światła lamp, powietrze Nowego Jorku, które ma w sobie specyficzny posmak, wszystko to okala mnie, trochę jak ciepły koc, jakby to właśnie był mój powrót do domu, ten dziwny, miejski zapach, znany tylko nowojorczykom, a nie świeża w pamięci Genewa, którą opuściłem kilkanaście godzin temu. Może to zanieczyszczenie, ten niby-swąd-ale-jednak-nie. Jak Deborah z przeciwka zrobi rano swoje donuty, to nimi będzie pachnieć cały Manhattan, może to. Albo spaliny? Może to jest ten posmak Nowego Jorku–
Z zamyślenia wyrywa mnie pchnięcie, przez które tracę równowagę. Po ulicy rozlega się pusty stukot i walizka ląduje na chodniku, na szczęście ja w porę łapię balans i nie lecę za nią na ziemię. Po stukocie słychać jęk, choć na pewno nie wydałem go ja. Ktoś, pochylony za bagażem, trzyma się za nogę i mówi coś pod nosem.
– O cholera, przepraszam – przeskakuję walizkę, próbując złapać osobę za ramię, cokolwiek, by pokazać wsparcie, albo chociaż poczucie winy, w tym samym czasie nie gasząc na tym samym obcym ramieniu swojego dopiero co zapalonego papierosa. Wciskam go między zęby po namyśle, chociaż i tak ostatecznie nie łapię osoby za ramię. Naruszenie prywatności, czy coś – Wszystko okej?
Poturbowany przytakuje, chociaż nic nie mówi. Mam ochotę przeprosić jeszcze raz i nawet biorę oddech, żeby to zrobić, ale przez tego głupiego papierosa między zębami jedynie dostaję ataku kaszlu. Nieznajoma osoba rzuca mi dziwne spojrzenie (z drugiej strony nie dziwię się, zderzenie z walizką w środku nocy musi być niecodzienną sytuacją) wyprostowuje się i po chwili już jej nie ma. No, to nici z integracji z obcym przechodniem o dwunastej w nocy.
Klucze znajduję dość szybko i dziękuje wszystkiemu na górze i dole, że na łóżku nic nie leży i mogę od razu położyć się spać (choć ostatecznie dziękuję głównie sobie, bo gdyby nie sekunda zatrzymania się przed wyjazdem, na pościeli wciąż leżałaby masa rzeczy. Teraz większość z nich leży na podłodze, ale mniejsza z tym, tym zajmę się rano). Ustawiam budzik na ósmą, chociaż robię to bardziej dla zasady, dobrze wiedząc, że i tak go zaśpię.
– Witamy w domu – wzdycham, patrząc na stertę ubrać w rogu i wciąż nieotwartą, zmasakrowaną walizkę wciśniętą obok nich. Trudno, teraz nie mam na to czasu. Zaciskam powieki w nadziei, że ten energetyk z wcześniej nie powstrzyma mnie przed snem.
Budzi mnie dzwonek telefonu. Pierwsze dwa razy ignoruję, ale przy trzecim połączeniu wyciągam na ślepo rękę w stronę szafki przy łóżku (przy okazji zrzucając na podłogę leżące tam dwa puste kubki po herbacie), bo Chryste, jak zdesperowanym można być? Rzucam okiem na ekran. Trzynasta czterdzieści, dzwoni Priya Caldwell.
– Uhm, dzień dobry, szefie – odzywa się po chwili ciszy nieśmiały głos. Przed wyjazdem to jej zostawiłem posadę menadżera (czy czegoś innego, zależy, kto jak woli się nazywać, w każdym razie osoby dowodzącej podczas nieobecności właściciela) i według jej wiadomości, a raczej ich braku (co w tej sytuacji miało same plusy) wszystko szło zgodnie z planem. Klubokawiarnia działała bez szwanku, podobnie wieczorny klub, nie było żadnych braków w dostawach i problemów z gośćmi. Więc czemu teraz mnie wydzwaniała? – Mam nadzieję, że cię nie obudziłam.
– Nie, no co ty – mój głos jest zdecydowanie zbyt ochrypnięty, żebym mógł udawać, jakbym był od dawna na nogach. Słyszę cmoknięcie z drugiej strony połączenia, Priya od razu mnie przejrzała. Trudno – Co tam u ciebie? Jak tam twoja babcia?
– Czyli obudziłam. Babcia dobrze. Ja z resztą też – odchrząkuje, jest jakiś szelest i zamieszanie w tle. Zanim znów się odzywa mija trochę czasu – Wróciłeś już?
– Tak, wczoraj. Znaczy dzisiaj. W nocy – rzucam okiem na sypialnię. Powinienem posprzątać. Przez otwarte drzwi widzę salon i dziwnie pustą ścianę. A tak, Velvet przeniosła się na czas mojego wyjazdu do Jasmine, nawet po jej oponowaniu. Nie będę jej o tym przypominać, dopóki sama tego nie wspomni. Trochę zróżnicowania dobrze zwierzakowi zrobi. No i Josie pewnie jest wniebowzięta.
– Nie chcę ci przeszkadzać, ale – Priya wzdycha, niby ciężko, ale nie słychać w tym westchnięciu irytacji – Mówiłeś, że przyjdziesz dzisiaj do HaZy na dwunastą.
– Szlag – momentalnie podrywa się z łóżka, od razu tego żałując, bo zaczyna kręcić mi się w głowie – daj mi pół godziny, zaraz tam będę.
Cały Manhattan stał w korkach (jak zawsze zresztą, czy słońce, czy zamieć, po Nowym Jorku w ciągu dnia nie dało się ot tak jeździć. Czy sto, dwieście lat temu też tak było? Tylko wtedy na koniach jeździli, to nie– Uważaj, rowerzysta, prawie gO PRZEJECHAŁEŚ–), więc zanim dotarłem do kawiarni, było już po piętnastej.
Nie ma dużego ruchu, ale tylko kilka stolików jest wolne (co prawda tych większych, a przy trzech, może czterech mniejszych siedzą pojedyncze osoby, ale przynajmniej w lokalu są ludzie, a nie świeci pustkami). Z głośników leci cicha, spokojna muzyka, a zza lady wysuwa burza ciemnych loków, gdy tylko zamykam za sobą drzwi. Priya podchodzi do mnie żwawym krokiem.
– Hej – wygląda, jakby chciała się przytulić, przynajmniej tak wyciąga ręce, po czym chowa je za siebie, jakby była niepewna. Choć jest na wyciągnięcie ręki, pozostaję przy kiwnięciu głowy. Za półotwartymi drzwiami dla personelu widzę River i Claude. Machają mi, po czym znikają.
– Widzę, że wszystko stoi – uśmiecham się w jej stronę, a ona parska pod nosem, bawiąc się pierścionkami na jej długich palcach.
– No, à propos tego... – odwraca wzrok, zagryza wargę. O, coś jest nie tak – Jaden i Tanya wzięli urlop. Kyle jest chora, Dakota musiał wyjechać, jakaś rodzinna sprawa. Mówiąc wprost, mamy za mało ludzi dzisiaj. Nie wyrabiamy się.
Coś spada na ziemię, brzmi jak talerz. Priya krzywi się niezmiernie i rzucając przepraszające spojrzenie w moją stronę, ucieka za ladę.
– Zajmij się kuchnią, ja stanę przy kasie – rzucam jej, gdy stoi w drzwiach. Wydaje się zdziwiona, ale co miałem zrobić? Usiąść w biurze i nie pomóc, jeżeli tego potrzebują?
Udaje mi się obsłużyć może cztery osoby, kiedy wibrowanie telefonu w kieszeni staje się być nie do wytrzymania. Odsuwam się w celu sprawdzenia, kto się do mnie tak dobija, by zostać zbombardowanym kilkunastoma powiadomieniami. Jedno z nich rzuca mi się w twarz. Pobrano sto dolarów z konta. Zaraz, co?
Wtedy przypomina mi się sytuacja z wczoraj, Uber i słowa kasjerki z lotniska. Nie powinno ci tego zaliczyć, powiedziała, a i tak ktoś postanowił włamać mi się na konto i zabrać stówę. Tylko czemu tylko tyle? Czemu teraz?
– Przepraszam? – głos zza kasy przerywa mój potok myśli. No tak, teraz i tak nic nie zrobię, muszę obsłużyć tych ludzi. Głos już brzmi na poirytowany, a co dopiero, gdybym teraz miał zniknąć. Negatywne oceny to coś, czego potrzebujemy najmniej.
– Tak, zaraz – macham w stronę kasy i słyszę westchnięcie. Szybko blokuję konto w banku i gdy tylko mam pewność, że nikt już nie rzuci się na moje oszczędności, podnoszę głowę – Ciekawostka na dziś - nie ufaj Uberowi. Co mogę–
No proszę, stoję twarzą w twarz z tą samą osobą, która potknęła się o moją walizkę w nocy. Nieznajomy robi dziwną minę, jakby mnie rozpoznał. Uśmiecham się szerzej, próbując wyglądać na przyjaznego. 
– Ha, dzień dobry. Co za zbieg okoliczności, nie? – Osoba nic nie mówi, więc wracam do formułki kasjera i poważniejszej miny, no i przestaję opierać się łokciem o ladę – No, hm, nieważne. Co podać?




Ktoś?

wtorek, 13 sierpnia 2019

Leroy Elias Webber

Imię i Nazwisko: Rodzice dali mu na imię Leroy. Po dziadku, tak nam powiedzieli. Podobno dobry człowiek z niego był, trudno powiedzieć, ani ja, ani Leroy go nie poznaliśmy. Mama też wspominała, że miało być LeRoy, z dużą literą w środku, ale tata przy wpisywaniu danych się pomylił. Stresik miał, nie dziwie się, pierwszy dzieciak, w dodatku urodziny w środku nocy, pewnie tata nic nie spał.
Potem jest drugie imię, Elias, po jakimś greckim filozofie, w końcu mama się tym zajmuje, wiadomo, że skądś rodzice musieli wziąć inspiracje. Drugie imię istnieje jedynie w dokumentach, nikomu nie przedstawia pełnymi danymi. Dziwnie by było, prawda?
Z nazwiskiem ojca łączy się w całkiem niezły zestaw: Leroy Elias Webber. Trochę jak ten kompozytor, ale jednak inaczej. Tak czy siak, śmiejemy się, gdy ktoś się pyta, czy jesteśmy spokrewnieni z tym Andrew Lloyd Webberem. Nie, nie jesteśmy. Chociaż fajnie by było.
Przezwiska: Najprościej od imienia: Lee albo Roy. Niektórzy mówią do niego po nazwisku, bo też się przyjmuje i jest łatwe do zapamiętania. W klubie znany jest jako Goldie (prawdopodobnie od Golden Retrievera, którego przypomina charakterem), bo ogarnia każdy wieczór, robi drinki, przedstawia kolejnych występujących na scenie, wciska się między stoliki i prowadzi rozmowy.
Generalnie Ellie dobrze przyjmuje każdy pseudonim, który mu się trafi. No, ja go nazywam Ellie.
Wiek: 31 lat, choć wszyscy dobrze wiemy, że ma mentalność nastolatka. 
Płeć: Mężczyzna. Ale to chyba widać, z tą brodą, którą zapuścił chyba tylko po to, żeby chociaż wyglądać na dorosłego. 
Pochodzenie: Szwajcaria. Konkretnie jeden z francuskich kantonów, więc francuski mamy wszyscy w jednym palcu. Leroy mówi, że gdyby nie odległość i w cholerę drogie loty, odwiedzałby dom częściej.
Praca: Jeszcze niedawno chirurg sercem i głową, ale zbytnio go ten zawód stresował. Biedaka stres zaciągnął do nałogu, z którego na szczęście niedawno wyszedł. Teraz Leroy to właściciel prosperującej klubokawiarni HaZy Dreams, utrzymanej estetyką w latach pięćdziesiątych, która wieczorami zmienia się w tęczowy klub, HyDra. Oprócz właścicielowania robi też czasami za kasjera, kelnera, kucharza, czy barmana. Zależy, gdzie go potrzebują. 
Charakter: Dużo można powiedzieć o Leroyu. Jakby tu opisać go, żeby nie gadać przez trzy godziny, albo więcej… Energii ma za sześciu. Lata w te i wewte, wszędzie go dużo. W dodatku jest niezdarny, chociażby potrafi potknąć się o własną nogę albo rozbić kubek po prostu trzymając go w dłoniach. Zawsze chce pomóc i jeśli tylko może, to właśnie robi. Trochę z niego naiwniaczek jest, bo potrafi się nabrać, ufa praktycznie każdemu, poza tym wierzy zaciekle w to, że każdemu należy się druga szansa. I trzecia i czwarta. Uważa, że każdy jest dobrym człowiekiem, nawet jeżeli jego pierwsza styczność z kimś namalowała go w złym świetle. Zawsze tak miał. Dość dosadny, choć nie ma to w sobie żadnego głębokiego, złego celu. Powie coś, rzuci szczerością, czasem i taką aż do bólu i nawet nie zda sobie sprawy z tego, że kogoś zranił. Z reguły od razu przeprasza. Gada dużo, ale tak naprawdę nie musi w ogóle się odzywać, żeby przekazać swoją wiadomość - a to wzruszy ramionami, to przewróci oczami, zmarszczy czoło, westchnie, zaciśnie szczękę czy przymruży oczy.
Jeżeli czegoś nie zrobi od razu, jest duża szansa, że o tym po prostu zapomni. Dlatego z jego kalendarza wystaje tysiąc kolorowych karteczek, a w telefonie miga co najmniej dziesięć przypomnień. Nie jest leniwy, o nie, tylko ma pamięć złotej rybki. Albo gorszą. Nie znajdziesz go pochylającego się nad detalami, niezwykle szybko się nudzi i często porzuca w pół dokończenie rzeczy na pastwę losu. Ale znowu, nie przez lenistwo, po prostu jest hiperaktywny i jego mózg każe mu robić tysiąc rzeczy na raz. Przez to też szybko się irytuje, jak coś nie idzie po jego myśli. Nawet najmniejszy szczegół. To cud, że udało mu się otworzyć tę klubokawiarnię, z tym jego pędzącym perfekcjonizmem. No i to, że ona się jeszcze trzyma. Chyba nigdy nie spotkałam aż tak impulsywnej osoby. Mało kiedy podejmuje decyzje, nad którymi się zastanawia. Z reguły wszystko z nim leci jak z karabinu. Daje ponieść się emocjom, nie myśląc o konsekwencjach, nie zastanawia się i podejmuje decyzje nagle, dopiero później zdaje sobie sprawę, co zrobił. No i jeszcze często jego reakcje emocjonalne są...silniejsze niż u przeciętnej osoby. Jak ty odczuwasz coś, pomnóż to razy trzy. Może cztery. A ekscytacje to chyba razy dziesięć, bo on się wszystkim ekscytuje, jak dzieciak. W każdym razie tak właśnie wszystko odczuwa Leroy. Chyba właśnie przez te swoje emocje jest taki empatyczny, potrafi odczytać odczucia innych ludzi bardzo szybko.
Nie na każdego rzuca się z konwersacją, chociaż domyślam się, że z chęcią by to zrobił. Ale zna granice. Często jedynie podsłuchuje rozmowy i się w nie wtrąca, choć można powiedzieć, że równie często sam inicjuje dyskusję. Albo wcina się do rozmów. No i Leroy słuchaczem jest okropnym, bo jego skupienie sięga maksymalnie pięciu minut, potem musi zmienić punkt zainteresowania, inaczej oszaleje. Ale za to rozpraszać umie świetnie i jeśli wie, że ktoś jest w złym stanie, stawia na swoje gadanie. Pędzący tok myślenia pomaga mu w takich sytuacjach, bo ktokolwiek będzie spędzać z nim czas, nigdy nie będzie się nudzić. Mogę zagwarantować, bo znam to.
Zależy mu na opinii innych (szczególnie ich aprobacie), czasem wręcz za bardzo. Dlatego chyba jest taki skory do pomocy, by tylko dobrze wyglądać na dłuższą metę. Może się wydawać przez to trochę infantylny, bo praktycznie każdemu chce zaimponować, ale cóż...jemu po prostu zależy. Tym bardziej że dość mocno przeżywa, jak ktoś go odrzuci. Nie chodzi tylko o romans, czy coś, ale nawet, jak ktoś nie będzie chciał się z nim spotkać (chociażby przez brak czasu, ale jeżeli źle to sformułuje to i tak Leroy to odczyta, jakby dana osoba go nie lubiła), czy będzie kazał mu się uspokoić (bo się czymś zbytnio podekscytował), od razu humor spadnie mu do zera, może nawet do poziomu na minusie.
Szybko przywiązuje się do osób, które chcą i poświęcają mu swój czas. Dlatego stali klienci mają promocje na drinki czy przekąski, jeżeli gawędzą podczas wizyt w klubokawiarni z jej właścicielem. Dlatego zna dziwne, mało ważne fakty z życia swoich pracowników i stałych klientów (z których czasami i mi się zwierza), upewniając się, że wszystko jest z nimi dobrze. Bo jak ktoś przychodzi drugi tydzień z rzędu do baru, by zalać się w trupa, to coś na pewno jest nie tak. Poza tym on zawsze z chęcią pomoże. Trochę z niego taki Golden Retriever w ludzkiej skórze. 
Wygląd: Leroy ma krótkie włosy. Nie jeż, bo są dłuższe, nastroszone i ustawione lekko w górę, lekko w bok. Krócej ścięte po bokach i z tyłu, z odrobinę dłuższą grzywką. Ale chyba teraz wszyscy tak noszą. Nie na tyle długie, żeby to był quiff, ale tak czy siak, Leroy układa je skrupulatnie codziennie rano, żeby nie było, że się nie stara. Mają ciemny, orzechowy kolor. Ktoś kiedyś powiedział, że to odcień gorzkiej czekolady, ale ja bym się bardziej skłaniała ku deserowej, bo nie są aż tak ciemne. Do tego dochodzi broda, której za nic nie chce ogolić. Pierwszy raz w życiu mu się chyba udała, więc nie dziwie się mu, że nie chce się jej pozbyć. No i lepiej wygląda z nią niż bez niej, moim zdaniem. Ale może się po prostu przyzwyczaiłam. Oczy. Oczy ma niebieskie, mocno niebieskie. Wydają się jeszcze bardziej niebieskie, jak się patrzy na jego twarz ogółem, z tymi jego ciemnymi włosami i ciemnym zarostem. Jak się śmieje, to tak mu się te oczy mrużą. I ma pieprzyk na lewej kości policzkowej. Wąskie usta. No, to chyba tyle z twarzy.
Miał kiedyś kolczyk w uchu, ale do dłuższego czasu nic do ucha nie wkładał, więc pewnie mu się to teraz zarosło. No i czasami, jak mu się zachce, to pomaluje sobie paznokcie. Ot tak, dla zajęcia czymś rąk. Pamiętam, jak mi wysłał mi zdjęcie swojego pierwszego tatuażu. Taka róża w ramce, z cieniem, na lewym przedramieniu. Potem obok niej pojawił się szkic scyzoryka, trochę niżej twarz Eltona Johna (trudno to nazwać twarzą – to jedynie obrys, z potarganą czupryną i wielkimi, różowymi okularami). Niedawno obok tej trójki pojawił się kolejny – spory, czarny wąż wijący się aż do jego kciuka. Oprócz tych czterech na lewej ręce klik ma jeszcze ten na plecach klik , od łopatek po kark – dwa kwiaty i wzory podobne do tych z mandali. Czasami, jak ma na sobie jakąś koszulę z niższym kołnierzem, widać fragment wzorów. Dlatego, kiedy już przyjeżdża do nas, do Genewy, to nosi długie rękawy i wysokie kołnierze. Rodzice pewnie i tak wiedzą, ale lepiej stwarzać pozory.
Jest dość wysoki, ale nie jakoś tak bardzo. Metr osiemdziesiąt pięć, z tego, co pamiętam. Jak wrócił z odwyku, to zaczął chodzić na siłownię, mówił mi, że to mu pomaga zebrać myśli i zająć czymś ciało. Nie wygląda jak jakiś atleta albo kulturysta, co to, to nie. Ale jakieś tam mięśnie ma, no wysportowany w końcu jest. Wagę ma odpowiednią do wzrostu i sylwetki, nie wiem, nie znam się na tym aż tak dobrze. Jeśli chodzi o ubrania, to jakoś trudno go określić. Lubi nosić koszule, swetry też, takie T-shirty z różnymi tekstami, latem to i koszulka bez rękawów i szorty pewnie też się znajdą. Ze spodni to dżinsy...no, to chyba tyle.
Jeśli chodzi o kolory, to tak naprawdę wszystko. Jasne, ciemne, nic mu nie przeszkadza. A jak założy koszulę w kratę, to z tym swoim zarostem wygląda jak drwal-hipster. Ma taką fajną dżinsową kurtkę, z jasnym futrem, którą trzyma chyba od Genewy. Podarta, trochę za duża, pomazana różnymi słowami i znaczkami, z przypinkami. Lubi ją nosić, trudno powiedzieć, czy to przez sentyment, czy co innego. 
Zainteresowania/Hobby: Jak zaczął pracować w klubokawiarni, to i gotowanie mu jakoś bardziej podeszło. Nauczył się tylu różnych, ciekawych przepisów, że głowa mała. To samo z drinkami, umie przygotować fajne koktajle, jak tylko ma coś pod ręką. W końcu na początku był jedynym pracownikiem i klubu i kawiarni, to musiał się nauczyć. Ale ewidentnie to polubił i teraz jak tylko wpadnie na jakiś dobry przepis, to wrzuca go do menu. Dzięki temu świąteczne obiady nie są już aż tak monotonne.
Trochę czasami szkicuje, tak na rozluźnienie, ale nie jest w tym jakoś bardziej wybitny, mówił mi, że nie chce mu się zbyt bardzo rozwijać talentu. Kiedyś, jak ktoś przyniósł gitarę na zjazd rodzinny, to pochwalił się tym, że zna kilka chwytów, ale chyba wstydził się zaśpiewać. Nie wiem, jak teraz z głosem, ale w dzieciństwie jak nucił pod prysznicem, to nie szło mu aż tak źle.
Oprócz tego ma dziwny talent do zapamiętywania tekstów, ale tak naprawdę tylko tekstów. Może wyrecytować kilkunastostronicowy wiersz, który widział raz, dwa razy na oczy, ale jak ktoś mu coś powie, szybko o tym zapomni. Może robi to specjalnie? W każdym razie to daje mu zadatki na aktora, gdyby nie to, że za nic nie potrafi ukrywać swoich emocji.
Tańczył kiedyś towarzysko, nawet brał udział w kilku konkursach, więc wyczucie rytmu ma niezłe. No i w Dance Dance Revolution też zawsze ze mną wygrywał. A tak schodząc na gry, to nie pogardzi lekką rywalizacją. Nawet czasami się umawiamy online, jak chcemy sobie razem w coś pograć…
Chociaż udaje eksperta, na samochodach jakoś bardzo się nie zna. A że darzy sympatią rzeczy typu vintage, z tym łączą się też stare samochody, jak bardzo by tego nie chciał. Sam ma jednego, nawet mi pomógł ściągnąć takiego różowego starucha z lat siedemdziesiątych. Może się na nich nie zna, ale targować się ze sprzedawcami potrafi i to nieźle. 
Rodzina: No, to najpierw są nasi rodzice. 
  • Elise Webber, mama, doktor filozofii, wykładająca na uniwersytecie w Genewie. Na początku nie pozwoliła Leroyowi wyjechać za ocean, ale po jakimś czasie poparła jego pomysł. Od zawsze była dobrą, wyrozumiałą osobą i nic (na razie) się nie zmieniło. Razem z nią wysyłamy Elliemu pocztówki i paczki pełne szwajcarskich przysmaków na urodziny. 
  • Tata, Thomas Webber, pracuje na budowie. Znaczy, nie jest robotnikiem, tylko nadzoruje budowę, nie wiem, jak to się nazywa. Inżynier, czy coś? Też mamy z Leroyem same dobre wspomnienia związane z ojcem. Uczył nas łowić ryby i strzelać z łuku, w dodatku woził nas nad jezioro, gdzie rozbijaliśmy biwak. Nie no, super dzieciństwo mieliśmy z Ellie. 
  • Ja? Ja jestem jego młodszą siostrą. O dziesięć lat. Sofia Lara Webber, jeśli chcecie znać pełne dane. Studiuję biznes w Genewie. Zawsze miałam dobry kontakt z Leroyem, z resztą wciąż mamy dobry kontakt. Piszemy ze sobą systematycznie, najrzadziej raz na miesiąc. No i wysyłam mu memy na Instagramie. 
  • Z rodziny można jeszcze dodać jego byłą partnerkę, Jasmine Keats, z którą ma dzieciaka. Wzięli ślub tuż po liceum, bo ona zaszła w ciąże i chciała zatrzymać dziecko. Małżeństwo nie wyszło im, bo po niecałych dwóch latach wzięli równie szybki i zwięzły rozwód, jak ich ślub, ale pozostali w mniej-więcej dobrych kontaktach.
  • No i jest Josephine Keats-Webber, nazywana najczęściej Josie, którą Leroy zajmuje się jeden tydzień na miesiąc. Spędza popołudnia po szkole w klubokawiarni, gdzie na zapleczu, albo przy jednym ze stolików odrabia lekcje i udaje, że pomaga ojcu. A jak się zgodzi na spędzanie czasu z tatuśkiem (bo w końcu dwunastolatki mają swoje humorki), to Leroy potrafi zrezygnować ze wszystkich planów, które miał, by tylko zająć się córą. Wygadana ta mała jest, jak nie wiem co, no i podobna charakterkiem do ojczulka. 
Partner: No, na razie nikogo na dłużej nie miał. Głupia sprawa, sporo ludzi ucieka, jak tylko słyszy, że ma dzieciaka. Strasznie mi go szkoda, bo przydałby mu się ktoś bliższy niż grupka przyjaciół. 
Zakochany: Trudno odwrócić jego uwagę od natłoku pracy. No i znowu, jest ta sprawa z tym że ludzie nie chcą się przywiązywać do kogoś, kto już ma dziecko. Chyba ich to przeraża. 
Orientacja: W pełni dumny z siebie panseksualista. Mała, trójkolorowa flaga wisi przy kasie, druga większa, w podziemiach ozdabia ścianę pełną innych flag. Kiedyś wysłałam mu pocztą taką małą przypinkę, to potem ciągle podsyłał mi zdjęcia, jak ją ma przypiętą do kolejnej kurtki. No i na paradach kilku był, nawet na jednej jeszcze w Genewie. W końcu wieczorami prowadzi tęczowy klub, to dumny musi być.
Inne:
|| Od dziecka borykał się z ADHD, to chyba trochę widać w jego charakterze. Dlatego trudno jest mu się skupić (szczególnie gdy ktoś zbyt długo mówi bez przerwy), zawsze musi mieć czymś zajęte ręce i drży mu noga pod stołem. No i ma pokłady energii, o których niektórzy mogą pomarzyć.
|| Chociaż wyszedł z nałogu alkoholowego i wiedzie życie abstynenta (tak samo, jak poprzestał z narkotykami), wciąż pali papierosy, czasem też trawę. Nie jest z tego zbyt dumny, sam mi to powiedział. No ale podobno go to uspokaja, to jego całe ADHD i w ogóle. Podobno.
|| Mańkut, jest leworęczny. Tata chciał go w dzieciństwie oduczyć używania lewej ręki jako dominującej (jakieś zabobony czy coś), ale ewidentnie mu się to nie udało.
|| W desperackiej chęci bycia jednym z tych fajnych ojców postanowił zgłębić internetową wiedzę. Oprócz cytowania różnych filmików z Vine zna sporo memów i nie zawaha się ich użyć, by tylko sprzymierzyć sobie kolejną osobę. Nie zawsze mu się to udaje, ale hej, próbuje.
|| Próbował być weganinem i wytrzymał jakieś pół roku. Z sentymentu zostawił wegańskie wersje dań w klubokawiarni, ale sam wrócił do mięsa i innych produktów zwierzęcych.
|| Oprócz rodzinnego francuskiego i angielskiego zna też odrobinę hiszpańskiego (podłapał w pracy) i niemieckiego (tego uczył się jeszcze w Genewie). Tych ostatnich nie zna tak dobrze, jak dwóch pierwszych, ale potrafi sklecić kilka zdań i tyle w zupełności mu wystarcza. A przeklinać to potrafi chyba w więcej niż dziesięciu językach.
|| Jak przystało na byłego lekarza, jego pismo rzadko kiedy jest czytelne.
Historia: Wszystko zaczęło się o piątej rano w sobotę. Wtedy urodził się Leroy. Mamy nawet nagrania. Przez pierwsze dziesięć lat to ja nie wiem, co się działo (z tego, co wiem, to było dobrze i chyba tyle wystarczy), ale potem ja się urodziłam.
Dobre dzieciństwo mieliśmy z Leroyem, no. Mama uczyła nas po szkole filozofii, bo rodzice mieli w zwyczaju przynosić pracę do domu. Tata, jak mówiłam, uczył nas łowić, no i jeszcze pływać. Mieliśmy z bratem wspólny pokój i ścianę poświęconą ogromnej kolekcji figurek dinozaurów. Kilka z nich wziął za ocean i trzyma w mieszkaniu. A, no właśnie, jak on tam się w ogóle pojawił…
Dostał się w szkole do takiego programu, że mógł wyjechać na czas liceum do Stanów i tam się uczyć. Taki prestiżowy i drogi ten program, ale rodzice się zgodzili, no i wyjechał. Plus mamy ciocię w San Francisco, więc czuli się bezpiecznie, niż gdyby tak miał tam być sam, jak palec. Zamieszkał tam z nią. Tak mu się tam spodobało, że został tam na studia. Skończył medycynę, zaczął pracę jako chirurg. No ale jak mówiłam, dość szybko się to wszystko skończyło. Praca i wszystko wokół zniszczyło go wręcz doszczętnie, był uzależniony od wszystkiego – od alkoholu po morfinę, którą podkradał ze szpitala. Poszedł na odwyk, rzucił pracę, pojechał na drugi koniec Ameryki i tam osiadł. Normalnie zaczął nowe życie, od początku.
Mówił mi od dzieciństwa, że będzie mieszkał w Nowym Jorku. Na szczęście mu się to udało. Założył klubokawiarnię dwa lata temu, no i z tego, co wiem, to wiedzie mu się nieźle. Nawet bardzo nieźle. Kiedyś, jak zbiorę kasę, to go odwiedzę. 
Pojazd: Jako miłośnik oldschoolu (w końcu jest właścicielem klubokawiarni w starym stylu, inaczej nie mogłoby być), znalazł sobie czerwony egzemplarz Cadillaca Coupe DeVille  prosto z lat pięćdziesiątych. Musi klimatycznie wyglądać pod tą jego klubokawiarnią, co nie? 
Pupil: Red Velveteen 
Inne zdjęcia: klikklikklikklik
Steruje: Ceresowa || ceresowa1gmail.com


Pupil 

Imię: Red Velveteen, chociaż reaguje tylko na Velvet i tak jest z reguły nazywana. Pełne imię istnieje tylko w rodowodzie i książeczce zdrowia. 
Wiek: Dwa lata
Rasa: Fretka domowa
Charakter: Velvet to niezwykle wścibskie stworzenie. Uwielbia wciskać się w kąty i między regały, szukając przygód i kolejnych naczyń do zrzucenia na ziemię, by tylko potem leżeć na ich miejscu na półce i wyglądać na niewiniątko. Nie raz zdarzyło się, że wlazła do plecaka Leroya, a ten, nieświadomy dodatkowej wagi, przyciągnął ją ze sobą do pracy, czy gdzieś indziej.Teoretycznie należy do Josie, ale jej mama nie zgodziła się, by trzymać zwierzaka w domu, tym bardziej że w Nowym Jorku posiadanie fretek jest nielegalne, więc Velvet siedzi u Leroya, którego wcale aż tak nie nienawidzi. Podobno gryzie go po łapach i uwielbia rozgrzebywać ziemię z doniczkowych roślin, ale jest miękka w dotyku i Josie uwielbia ją odwiedzać, więc Ellie nie ma z fretką problemów. O dziwo, obcych nie gryzie i przepada za pieszczotami, szczególnie gdy ktoś drapie ją za jej małymi uszkami. 
Ciekawostki:
|| Za truskawkę zrobi wszystko.
|| Z jakiegoś powodu najbardziej przepada za kocią karmą, a nie tą dla fretek.
|| Uwielbia być noszona pod przednimi łapami, z tymi tylnymi dyndającymi w powietrzu.
Inne zdjęcia: klikklik