- Normalnie jak ten L z “Death Note”. - Dopiłem martini. - Lawliet Lawford. Beeeeen!
Barman uniósł wzrok i spojrzał na mnie z westchnieniem.
- Co? - Zapytał.
- To, co do tej pory. - Położyłem na ladzie odpowiednią ilość pieniędzy.
Po chwili dostałem pięć shotów wódki i je wypiłem. Leroy ciągle siedział obok.
- Liczysz na coś? - Zlizałem z ust resztki alkoholu.
- Nie wiem, a mam? - Uniósł brwi.
- Nie czuj się urażony, ale wolę młodszych. - Oparłem się. - Głównie od siebie.
- Coś jeszcze? - Zaśmiał się.
- Przypominasz Mysterio. Nie lubię Mysterio. - Pokręciłem głową. - Gdybym był nastolatką, miałbym crusha na Toma Hollanda. A crushów nie można krzywdzić.
- Chyba rozumiem przesłanie. - Pokiwał głową. - Ale pogadać możemy.
- Możemy. - Przytaknąłem. - Nie mam nic przeciwko. Ale nie jestem rozmowny.
- Nie widać. - Popatrzył na mnie. - Ładne tatuaże. Kto robił projekt?
Popatrzyłem na Mononoke, a potem na napis. Relikty po Luciferze.
- Mój były. - Znów dałem znak Benowi.
- Chyba się dalej lubicie, skoro się ich nie pozbyłeś… - Zauważył.
- Tak jakby. - Popatrzyłem na puste kieliszki. - Zaćpał się, więc tak jakby nigdy nie zerwaliśmy. Ciągle twierdzę, że jesteśmy razem i kiedy go spotkam, dam mu w pysk.
- Okej. - Pokiwał głową. - Ciekawie.
- Prawda? - Potarłem słowo. - Ale jak to mam napisane: nevermore.
- Skąd wiesz? - Zaśmiał się. - Miłości nie przewidzisz…
- Chciałoby się. - Odrzuciłem głowę do tyłu. - Kochałem Lucifera i nikogo innego nie mam zamiaru kochać tak mocno. Za bardzo boli.
- Nigdy nie mów nigdy.
- Nie bez powodu mam wytatuowane NEVERMORE, wiesz? - Parsknąłem śmiechem i zamówiłem kolejne shoty. - A twoje? Mają jakieś znaczenie?
Leroy?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lorcan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lorcan. Pokaż wszystkie posty
środa, 11 września 2019
wtorek, 3 września 2019
Od Lorcana do Maximiliana
Chłód. Zimno przenikające aż do szpiku. Małe igiełki wbijające się w ciało. A potem oddech wyciskany z płuc. Obudziłem się zlany potem, kaszląc, jakbym ciągle się topił. Nie lubiłem spać, nie lubiłem śnić. Prochy były dobre, ale jeszcze nie ogarnąłem kiedy i z czym wchodzą w relacje i dają senny miks. Nie chciałem śnić, bo w snach wracał ten jebany sukinsyn. Debil. Dupek. Matoł. Lucy. Luc. Mój prywatny upadły anioł. Potrzebowałem go. Każdego dnia. Co z tego, że prawie trzy lata nie zmienił miejsca, będąc trzy metry pod ziemią. Z szafki nocnej, stojącej koło łóżka wyciągnąłem fajki, przy okazji sprawdzając zapas gumek. Trzeba się przejść do apteki. Może i lubiłem niebezpieczne zabawy, ale łapanie chorób wenerycznych, czy czegoś poważniejszego nie było moją pasją. Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się nikotyną. Wystarczyłoby otworzyć whiskey, zamknąć oczy i chwilę udawać, że Lucy tak właściwie się nie zaćpał. Tylko leży obok. Śpi. Gorzej, że po otworzeniu oczu ta iluzja pękłaby jak bańka mydlana.
***
Imprezy miały w sobie coś magnetyzującego i uroczego. Działo się na nich wiele rzeczy. Prawdopodobnie więcej, niż było na nich ludzi. Dlatego siedzenie za barem i sączenie drinków traktowałem raczej jako hobby niż zabawę. Nie wiadomo kogo można było spotkać. Dzisiaj jednak nie szedłem na kolejną zakrapianą imprezę w nocnym klubie, gdzie światło dawało pozory intymności i prywatności. Nie. Dzisiaj wesoło zmierzałem do jednego z klubów, żeby wieczorem zagrać ludziom na pianinie. Nawet byłem w miarę czysty. Oczywiście mówię o dragach.
Wchodząc do klubu, zauważyłem, że ktoś kręci się koło pianina. Nie żebym był silnie przywiązany, ale lubiłem mieć je tylko dla siebie. Przynajmniej przez ten jeden wieczór. Niezadowolony podszedłem z rozmachem i siadłem na siedzeniu przed instrumentem. Mężczyzna popatrzył się na mnie i usiadł gdzieś w pobliżu sceny. Postanowiłem się nim nie przejmować. Na umówiony znak zacząłem grać. I jakoś tak minął cały wieczór.
***
Powoli ruszyłem w stronę swojego mieszkania, stawiając kołnierz do góry. Zaczęło lekko siąpić, jak to w letnie wieczory.
- Jesteś cały mokry. - Rzucił z cwanym uśmiechem Lucifer.
- Leje jak z cebra, a stacja metra jest dwadzieścia metrów stąd! - Prychnąłem. - A o ile dobrze wiem, to ty kazałeś mi zostawić parasol w domu!
- Złość piękności szkodzi. - Podszedł, chyba specjalnie kręcąc biodrami. - Więc nie przesadzaj.
- Masz jakiś plan, żebym przestał się na ciebie gniewać? - Uniosłem brew.
- Nawet kilka. - Zerknął na moje usta. - A każdy zaczyna się pod prysznicem…
Potrząsnąłem głową. Ogarnij się Lori, Luc od prawie trzech lat jest zakopany w piachu i wącha kwiatki od dołu. Nie wróci. Oblizałem usta i w ostatniej chwili skierowałem się ku mojemu ulubionemu klubowi nocnemu. Kiedy stałem w kolejce (bo nie zawsze chciało mi się wchodzić tak od razu) poczułem, że ktoś mnie szturcha w ramię.
- Czy to nie paradoksalne, że z kameralnego klubu z pianinem przychodzisz do najbardziej znanego klubu nocnego w Nowym Jorku? - Zapytał mężczyzna, który kręcił się koło pianina wieczorem.
- Cóż, podejrzewam, że w kameralnym klubie nikogo nie wyrwę. - Wyciągnąłem z kieszeni fajki i bez ceregieli odpaliłem jedną z nich. - Chyba, że mówisz o sobie. Wtedy nie wiem, czemu tu jesteś.
Max?
***
Imprezy miały w sobie coś magnetyzującego i uroczego. Działo się na nich wiele rzeczy. Prawdopodobnie więcej, niż było na nich ludzi. Dlatego siedzenie za barem i sączenie drinków traktowałem raczej jako hobby niż zabawę. Nie wiadomo kogo można było spotkać. Dzisiaj jednak nie szedłem na kolejną zakrapianą imprezę w nocnym klubie, gdzie światło dawało pozory intymności i prywatności. Nie. Dzisiaj wesoło zmierzałem do jednego z klubów, żeby wieczorem zagrać ludziom na pianinie. Nawet byłem w miarę czysty. Oczywiście mówię o dragach.
Wchodząc do klubu, zauważyłem, że ktoś kręci się koło pianina. Nie żebym był silnie przywiązany, ale lubiłem mieć je tylko dla siebie. Przynajmniej przez ten jeden wieczór. Niezadowolony podszedłem z rozmachem i siadłem na siedzeniu przed instrumentem. Mężczyzna popatrzył się na mnie i usiadł gdzieś w pobliżu sceny. Postanowiłem się nim nie przejmować. Na umówiony znak zacząłem grać. I jakoś tak minął cały wieczór.
***
Powoli ruszyłem w stronę swojego mieszkania, stawiając kołnierz do góry. Zaczęło lekko siąpić, jak to w letnie wieczory.
- Jesteś cały mokry. - Rzucił z cwanym uśmiechem Lucifer.
- Leje jak z cebra, a stacja metra jest dwadzieścia metrów stąd! - Prychnąłem. - A o ile dobrze wiem, to ty kazałeś mi zostawić parasol w domu!
- Złość piękności szkodzi. - Podszedł, chyba specjalnie kręcąc biodrami. - Więc nie przesadzaj.
- Masz jakiś plan, żebym przestał się na ciebie gniewać? - Uniosłem brew.
- Nawet kilka. - Zerknął na moje usta. - A każdy zaczyna się pod prysznicem…
Potrząsnąłem głową. Ogarnij się Lori, Luc od prawie trzech lat jest zakopany w piachu i wącha kwiatki od dołu. Nie wróci. Oblizałem usta i w ostatniej chwili skierowałem się ku mojemu ulubionemu klubowi nocnemu. Kiedy stałem w kolejce (bo nie zawsze chciało mi się wchodzić tak od razu) poczułem, że ktoś mnie szturcha w ramię.
- Czy to nie paradoksalne, że z kameralnego klubu z pianinem przychodzisz do najbardziej znanego klubu nocnego w Nowym Jorku? - Zapytał mężczyzna, który kręcił się koło pianina wieczorem.
- Cóż, podejrzewam, że w kameralnym klubie nikogo nie wyrwę. - Wyciągnąłem z kieszeni fajki i bez ceregieli odpaliłem jedną z nich. - Chyba, że mówisz o sobie. Wtedy nie wiem, czemu tu jesteś.
Max?
Etykiety:
Lorcan
poniedziałek, 26 sierpnia 2019
Od Lorcana
Dzień był gorący i parny. Nie pomagało chodzenie w samych bokserkach. Chodzenie, pf. Raczej leżenie plackiem na podłodze pod wentylatorem. Nienawidziłem lata. Tak jak wiosny i jesieni. Zima nie była aż taka zła, ale za nią też jakoś specjalnie nie przepadałem. Po prostu było chłodniej. Więc w lato leżałem na podłodze w moim mieszkaniu i umierałem z każdą kolejną sekundą. Czasami coś zapaliłem, albo wypiłem, ale było tak cholernie gorąco, że nawet zwykłe papierosy mi nie smakowały. Musiało być bardzo gorąco. Jednak Lucy to nie przeszkadzało i od dobrej godziny leżała zadowolona na moim brzuchu. Gdy tylko chciałem się ruszyć, przeraźliwie miauczała i kazała mi wrócić na miejsce. Wzdychałem ciężko i dalej się nie podnosiłem. Nie wiem, co było nie tak z tym kotem, ale… to była Lucy. Nie mogłem nic zrobić. Właściwie to nie chciałem. Skoro jej to pasowało, dlaczego mi nie miało?
Jednak nic nie mogło trwać wiecznie.
- Loriiiiii, idziesz ze mną do klubu. - Głos Gin był wyjątkowo nie znoszący sprzeciwu. - Teraz!
- Chcesz żebym świecił golizną przed całym miastem? - Uniosłem lekko brew.
- Ciągle leżysz w samych gaciach na podłodze? - Prychnęła dziewczyna.
- Jest za gorąco na życie moja droga Ginevro. - Pokręciłem głową. - Nie mam zamiaru zakładać czegoś więcej.
- Ups, będziesz musiał, bo… - Usłyszałem otwierane drzwi i dźwięk zakończonego połączenia. - Ja tu jestem i idziemy na imprezę!
- Jak chcesz zaliczyć, to możesz pójść do klubu dla lesbijek. - Podrapałem Lucy za uszami.
- Nie, idziemy do najbardziej tęczowego klubu w mieście, a ty będziesz mi towarzyszył. - Pokazała na mnie palcem. - Wyrwiesz kogoś, nawet jeśli wciągniesz wyciągnięte dresy, spokojnie.
- Czy sugerujesz, że jestem łatwy? - Zaśmiałem się.
- Nie, sugeruję, że jesteś przystojny i gorący. Nawet bardziej niż dzisiejszy dzień. - Stanęła przed szafą. - Zaraz ci coś…
- To szafa Lucifera. - Rzuciłem pusto. - Ja mam ciuchy w sypialni.
- Oh. - Gin zamknęła szafę. - Chodź! Zaraz wybiorę ci coś, co zapewni ci chmarę ludzi na noc.
- Jedna noc, jeden człowiek GinGin. - Wziąłem Lucy na ręce i ruszyłem do sypialni. - No, może dwójka. Trójkąty też są wciągające.
- A inne figury? - Poruszyła sugestywnie brwiami.
- Możemy spróbować. - Zaśmiałem się.
***
Ciemność rozświetlana kolorowym, punktowym światłem, głośna muzyka, alkohol lejący się strumieniami… to był mój świat. No, może z małymi dodatkami, ale nie mam zamiaru narzekać. Gin zniknęła trzy kluby temu z jakąś laską, a ja ruszyłem dalej. W końcu nie bez powodu musiałem wcisnąć się w przylegające, czarne jeansy i koszulę z paroma rozpiętymi guzikami. Skoro się już poświęciłem, postanowiłem balować dopóki nie upatrzę jakiejś ofiary. Właśnie obczajałem tyłek jakiegoś faceta, gdy kątem oka zauważyłem, że ktoś się do mnie przysiada.
- Martini poproszę. - Rzucił niezidentyfikowany osobnik.
Ktokolwiek?
Etykiety:
Lorcan
Lorcan Harley Parker
Imię i nazwisko: Lorcan Harley Parker
Przezwiska: Groszek, Lori, Pan Destrukcja, Przeklęty Dzieciak, Czarownik
Wiek: 21 lat
Płeć: Mężczyzna
Pochodzenie: Stany Zjednoczone Ameryki
Głos: Alexander DeLeon
Praca: Chłopak, oprócz studiowania animacji komputerowej, czasami pojawia się w klimatycznych klubach Nowego Jorku i gra tam na pianinie.
Charakter: Lorcan jest wyobcowany. Uwielbia przebywać w tłumie, ale nienawidzi się z niego wyróżniać. Woli być cieniem, nie zwracać na siebie specjalnie uwagi. Wystarczy, że ćpa, pije, jara i nadużywa swoich psychotropów. Jest inteligentny i sprytny, ale leniwy. Jeśli na czymś mu zależy, zdobędzie to. Nie ważne jakimi środkami. Lubi rozmawiać z ludźmi, poznawać ich historie, chociaż za samymi ludźmi nie przepada. Jest czarujący i ujmujący, jeśli chce. Nie wie co to ryzyko i niebezpieczeństwo. Nie lubi myśleć o sobie jako o bad boyu, ale chyba tak jest.
Wygląd: Kruczoczarne włosy idealnie podkreślają bladą cerę i błękitne oczy. Szczupła, umięśniona sylwetka jest chyba genetyczna, bo po tym, jak wyniszcza swoje zdrowie taka budowa ciała jest co najmniej zaskakująca. Lorcan jest przystojny i dobrze zdaje sobie z tego sprawę. Ma długie palce, stworzone do gry na pianinie. Ubiera się luźno; jeansy, koszulki, glany i skórzana kurtka. Czasami nosi skórzane bransoletki, a na szyi nosi obrączkę, którą dał mu Lucifer. Ma tatuaże projektu i wykonania Lucifera: nevermore na lewym przedramieniu klik, księżniczkę Mononoke na prawym ręku klik i kruka na lewym boku klik.
Zainteresowania/Hobby: Lorcan uczył się grać na pianinie i cholernie lubi na nim grać. Dodatkowo uwielbia rysować i tworzyć animacje. Wypady do klubów, ćpanie, picie, wyrywanie numerków na jedną noc i inne przyjemności też czasem kwalifikuje jako hobby.
Rodzina:
- Rosemary Parker - matka Lorcana, mieszka w Kalifornii, kocha syna i chciała go dobrze wychować. Lorcan ukrywa przed nią te “negatywne” strony swojego życia, bo nie chce jej martwić. Tylko ona się dla niego naprawdę liczy. Jest kochaną i miłą kobietą. To jej nazwisko nosi Lorcan.
- Tobias Steward - ojciec chłopaka. Lori nie chce mieć z nim nic wspólnego, nawet nazwiska. Przesyła na niego alimenty, mieszka na Hawajach i ma nową rodzinę. Nie akceptuje życia, jakie prowadzi jego syn.
Partner: Od kiedy Lucy się zaćpał, Lorcan jest sam.
Zakochany/a: Jego miłość leży w grobie, nikt inny go nie zastąpi.
Orientacja: Lorcan nigdy się nad tym nie zastanawiał. Zasadniczo mało go obchodzi kogo ma w łóżku, póki dany homo sapiens gwarantuje mu dobrą zabawę. Więc prawdopodobnie jest panseksualny.
Inne:
- Gra na pianinie.
- Kocha białą czekoladę.
- Nie sypia, a jak śpi, to ma koszmary.
- Umie mówić po francusku, czego nauczył go Luc.
- Uwielbia rocka i metal.
- Ma przekłute prawe ucho.
- Potrafi wbić się do każdego klubu w NY.
- Czyta filozofów i klasyki literatury
- Lubi filmy studia Ghibli.
- Jego najlepsza przyjaciółka nazywa się Ginevra.
- Lubi obserwować ludzi.
- Zna się na samoobronie.
- Luc nauczył go gotować.
- Jest leworęczny.
- Mieszka w starym mieszkaniu Luca (które obecnie należy do niego).
- Blizny po cięciach ma na nogach, ponieważ nie chciał niszczyć dzieł Luca.
Historia: Lorcan Harley Parker pojawił się na tym świecie dwadzieścia jeden lat temu i od tamtej pory miał cholernego pecha. Jego rodzice rozwiedli się jeszcze przed jego pierwszymi urodzinami, a matka wyprowadziła się z nim do Kalifornii. Parę razy był na krawędzi życia i śmierci - a to potrącony przez motocykl, a to z wbitym w ważną żyłę gwoździem, wypadki można wymieniać. Po pewnym czasie sam stwierdził, że on ma demona, a nie anioła stróża. W podstawówce poznał Gin i to mu pomogło - ktoś w końcu go pilnował. Wypadki się zdarzały, ale rzadziej. Aż do liceum. Wtedy poznał Lucifera. To była prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia. Nie minęło cztery godziny od początku ich znajomości, a oni zdążyli się bardzo dogłębnie poznać. I tak zaczęła się przygoda z dragami, imprezowaniem i życiem na krawędzi. Luc kochał adrenalinę, a Lori kochał Luca. Byli nierozłączni. Kiedy Lucifer skończył osiemnaście lat, uciekł z domu i przeprowadził się do Nowego Jorku, kupił własne mieszkanie, rzucił szkołę i zaczął pracę w salonie tatuażu. Po tygodniu namawiania matki i wybrania w miarę dobrej szkoły, Lorcan do niego dołączył. Nic nie stało na przeszkodzie życia, które było niemal nieustanną imprezą, przeplataną głupimi i niebezpiecznymi zabawami. Wszystko zmieniło się niecałe trzy lata temu. W urodziny Lorcana Lucifer podarował mu kota, którego wspólnie nazwali Lucy (co było ich wewnętrznym żartem - Lori lubił tak nazywać Lucifera). Potem poszli na kolejną imprezę. Tym razem jednak los pokazał jak wielkim jest dupkiem, bo Lucifer rozstał się z tym światem. Wtedy Lorcan się załamał. Popadł w depresję, nie dbał o własne życie, miał wszystko gdzieś, ciął się. Stał się prawdziwym cieniem. Pewnego razu naćpał się tak bardzo, że stojąc na podwyższeniu gdzieś w okolicach drugiego piętra postanowił skoczyć - w końcu to tylko jeden krok, będzie bolało tylko chwilę. Nie przewidział tylko, że taka wysokość mocno go uszkodzi, ale nie zabije. Nie żeby po tym się ogarną. Po prostu do Nowego Jorku, na studia, przyjechała Gin i postanowiła przywrócić go do pionu. Wtedy Lorcan nieco się odbił, ale nie zmienił stylu życia. Ciągle ćpa, chleje, sypia z kim popadnie. Teraz tylko dodaje, że jak tylko trafi do piekła, skopie dupę Luciferowi (bo koleś z takim imieniem nie mógłby trafić gdzieś indziej), a potem zrobi inne, nieco ciekawsze rzeczy, których mu brakuje.
Pojazd: Motocykl BMW HP4 Race
Pupil: Lucy
Steruje: RainbowLama (chat) cottonpicking.email@gmail.com
Pupil
Imię: Lucy
Wiek: 3 lata
Rasa: Neva masquerade
Charakter: Lucy to żywy, ciekawy świata kot, który uwielbia się bawić i uczyć. Do tego stopnia, że Lorcanowi udało się nauczyć ją paru sztuczek. Jest do niego mocno przywiązana, zawsze chodzi za nim. Jest ostatnią pamiątką po Luciferze, więc Lorcan dba o nią lepiej niż o siebie. Lubi obcych, ale zazwyczaj pozwala się tylko pogłaskać, a potem wraca na kolana Lori.
Ciekawostki:
- Lorcan dostał ją od Lucifera.
- Jest z certyfikowanej hodowli.
- Kocha spać na parapecie w salonie.
- Ma mały zamek z drapakami, w którym często się bawi.
- Zrobi wszystko za przekąski.
- Nie lubi wychodzić z domu.
- Pieszczotliwie nazywana Demonicznym Kotem.
Właściciel: Lorcan Harley Parker
Subskrybuj:
Posty (Atom)

