poniedziałek, 9 września 2019

Od Mercedes cd. Auguste i Maximiliana

Dogoniłam Auguste przy windach. Nerwowo wpatrywała się w niewielki wyświetlacz nad stalowymi drzwiami, co chwilę wciskając przycisk wzywający windę.
- Nie wiem czy to coś da. - Zatrzymałam się obok niej.
- Musi. Za trzy minuty mam autobus. - Zerknęła na zegarek i ponownie nacisnęła guzik w ścianie.
- Jeśli chcesz, mogę cię podrzucić - zaproponowałam.
- Byłoby miło - powiedziała po tym, jak ponownie spojrzała na zegarek na nadgarstku. - O ile obiecasz nas nie zabić.
- Postaram się. - Zaśmiałam się, wchodząc do windy, która właśnie przyjechała.
Gus dołączyła do mnie, naciskając guzik oznaczony jako poziom 0, a chwilę później też ten odpowiadający za przyspieszenie zamknięcia drzwi. Kilkadziesiąt sekund później w windzie rozległ się charakterystyczny sygnał dźwiękowy wraz z komunikatem informującym że znajdujemy się na parterze. Wysiadłyśmy, od razu kierując się w stronę wyjścia z budynku, a potem na parking, gdzie pomiędzy samochodami stał mój motocykl.
- Załóż to. - Podałam jej kask, który miałam w ręku. - Gdzie jedziemy?
Auguste podała mi adres w Midtown i założyła kask. Wsiadłyśmy na maszynę, a ja odpaliłam silnik i wyjechałam z parkingu.
Niedługo później dotarłyśmy pod nowoczesny apartamentowiec. Gus zsiadła z motoru i oddała mi kask.
- Dzięki. - Na jej ustach pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Choć może to tylko kwestia słabego światła i zmęczenia? - Do zobaczenia.
- Cześć - odpowiedziałam, patrząc jak odchodzi.
***
Kolejnego dnia było już po 16 gdy wróciłam do szpitala. Zajrzałam do sali Arcziego, stając w otwartych drzwiach. Mężczyzna nie spał, jednak leżał z zamkniętymi oczami.
- Ręce na widoku, Maximilianie Hardcastle - rzuciłam, wchodząc do pomieszczenia.
- To pomyłka. - Wzdrygnął się i otworzył szeroko oczy. - Kurwa, Maria!
- Ciebie też miło widzieć. - Roześmiałam się, nie mogąc się dłużej powstrzymać.
- To nie było śmieszne - zaprotestował obrażony, ale na jego twarzy malował się cień uśmiechu.
- Śmiałbyś się widząc swoją reakcję. Jak się czujesz? - Usiadłam na krześle obok łóżka.
- Zestresowany - wytknął. - I śpiący, choć to pewnie kwestia morfiny.
- Śpij, powinieneś odpoczywać. - Zostałam obdarzona spojrzeniem, które rozumiałam aż za dobrze. Kiedy śpisz trudno jest kontrolować otoczenie. - Śpij - powtórzyłam. - Obudzę cię gdyby coś się działo.
Blondyn uśmiechnął się słabo i zamknął oczy, a ja poprawiłam mu kołdrę. Wkrótce jego oddech stał się wolniejszy. Wyglądał tak spokojnie.
Jakiś czas później poczułam w kieszeni wibracje. Wyjęłam telefon i zobaczyłam smsa od Gus.
"Nasza ofiara losu wciąż żyje?"
"Jestem właśnie w szpitalu. Archie śpi." odpisałam.

Gus? Wciąż się martwisz?

Od Maximiliana cd. Mercedes i Auguste

- Pasy kojarzą mi się z zakładem psychiatrycznym. - Przyznałem, trzymając się za zszyty bok. Z ostatniej doby pamiętałem jedynie ból oraz krzyki Annie, która zajęła się uciskaniem rozszarpanej rany.
- W normalnych szpitalach też to mają. - Stwierdziła Gus, przyglądając się szpitalnym szafką. - I chyba wiem, gdzie je trzymają. - Dodała uradowana, wstając z dość wygodnego łóżka. Nie minęła minuta, a kobieta stała przede mną z kompletem niebieskich, materiałowych opasek.
- Podziękuję. - Popatrzyłem na nią z politowaniem, co spotkało się z niezadowoloną miną Mercedesa. - Bądźcie grzeczne, bo wyrzuci was stąd lekarz. Nękacie chorego. - Zażartowałem, zaciskając z cierpienia wybielone niedawno zęby. Tak, pchnięcie nożem lub postrzał to zdecydowanie coś gorszego niż morderczy kac. Przy tym drugim można przynajmniej jakoś funkcjonować, a nie udawać, że jeszcze pięć minut i urwie ci się znowu film.
- To ty nękasz nas. - Mruknęła Meksykanka. - Dzwonisz, nie mówisz co się dzieje, udajesz trupa, a na końcu zmartwychwstajesz. Szantaż Hardcastle! Szantaż! - Naburmuszyła się, śmiesznie nadymając przy tym policzki. Przewracając na to oczami, poprawiłem się na  pachnącej świeżością poduszce, która zaczęła wbijać mi się w poobijane plecy. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Słucham, słucham. - Przymknąłem chwilowo zmęczone życiem oczy. - Harvey jeszcze nie przyszedł? - Zapytałem, czując, jak w mojej duszy zaczyna rozprzestrzeniać się nieszczęsny niepokój. Przecież powinien być tu od samego początku. Jak tak dalej pójdzie, to wparuje tutaj policja. - pomyślałem, wyobrażając sobie siebie w  pomarańczowym stroju idioty. Ugh, okropny widok. To coś nie pasowałoby nawet pod kolor moich oczu. Skandal, po prostu skandal.
- Nie widziałyśmy go. - Cesarzowa odłożyła “zabawki” na swoje miejsce. - Pewnie się spóźni. - Wzruszyła ramionami, przepuszczając w drzwiach dość młodą pielęgniarkę.
- Przepraszam, ale czas odwiedzin się już skończył. - Oznajmiła, zmieniając pustą kroplówkę. - Mogą panie przyjść jutro do pacjenta. - Dorzuciła, spoglądając na migający monitor EKG.
- Nie daj się zabić Archer. - Zadowolona Węgierka szybko opuściła maławe pomieszczenie. Eh, ta to ma w sobie tyle współczucia ile martwe ciało. Co prawda nie znałem Auguste od wczoraj i mogłem z łatwością przewidzieć jej zachowanie, ale czasami zastanawiało mnie to, skąd bierze się u niej tyle niechęci do innych homo sapiens
- Wpadnę jutro Archie. - Maria zabrała wszystkie swoje rzeczy, aby następnie pójść w ślady swojej nowej znajomej. Poddając się władającemu mną zmęczeniu, zamknąłem sine powieki, które automatycznie zabrały mnie do świata nic niezanczących słów.

Merci?

Od Auguste cd. Maximiliana i Mercedes

- Proszę, proszę, w końcu udowodniłeś, że praca ma dla ciebie katastrofalne skutki. - Parsknęłam tuż po tym, jak zostałam zauważona przez Marię i Archiego. - Nie ma co, masz rozmach.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. - Słaby uśmiech na ustach mężczyzny utwierdził mnie w przekonaniu, że nie muszę się martwić aż tak.
- Teraz pewnie nie wrócisz do pracy jeszcze długo. - Usiadłam na brzegu łóżka. - Taki skutek uboczny.
- Uh, nie mam zamiaru narzekać. - Dalej się szczerzył.
- Ty to nie masz zamiaru już nas tak straszyć. - Popatrzyłam na Marię. - Prawda?
- No raczej. - Kobieta założyła ręce na piersi. - Bo pożałujesz.
- Dokładnie. - Pokiwałam głową.
To nie tak, że w ogóle nie martwiłam się o tego debila. Przynajmniej od kiedy dowiedziałam się, że FAKTYCZNIE coś mu jest. Po prostu nie lubiłam okazywać swoich uczuć. Lub prawdopodobnie nie zawsze potrafiłam je odpowiednio wyrazić. Ale skąd miałam wiedzieć, że tekst: “Skoro był wierzący, znaczy, że teraz jest mu lepiej, bo jest w niebie”, nie jest najwłaściwszą opcją na pogrzebie? Sama zostałam wychowana w pewnej wierze, tak jak moi rodzice i, hipotetycznie, gdyby ktoś mi coś takiego powiedział na pogrzebie kogoś bliskiego raczej podziękowałabym, a nie strzeliła focha na następny rok. W końcu nie chciałam źle. Dlatego od tamtej pory wolałam nic nie mówić.
- Kiedy cię wypisują łamago? - Zagaiłam, kiedy Maria w końcu skończyła barwny opis, co zrobi przyrodzeniu Archiego, jeśli znowu coś mu się stanie, a ten zamiast na 911 zadzwoni gdziekolwiek indziej.
- Nie wiem, pewnie jak będzie ok. - Wzruszył ramieniem. - Opcjonalnie wtedy, kiedy będę chciał.
- Nawet o tym nie myśl! - Warknęła Meksykanka. - Masz być zdrowy inaczej… przyczepię cię do tego łóżka!
- Całkiem ciekawy pomysł. - Pokiwałam z uznaniem głową.
- Nie powstrzymasz jej? - Jęknął niezadowolony.
- Dlaczego? Ma genialny pomysł. - Uśmiechnęłam się. - Będziesz niegrzeczny, zapinamy pasy.

Max? Co o tym myślisz?

środa, 4 września 2019

Od Jodissela CD Alexa

Byłem wdzięczny, że chłopak — Alex, jak zdążyłem zarejestrować — zaproponował, żebyśmy usiedli, gdyż przypuszczalnie nie ustałbym długo. Siedząc już na plastikowym krześle, wziąłem ponownie łyka chłodnej wody i wyrzuciłem pustą butelkę do stojącego obok kosza na śmieci.
- Co tu robisz? - odezwał się po chwili Alex, więc podniosłem na niego wzrok. - Odwiedzasz kogoś?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, że niestety (lub na szczęście?) nie, gdyż sam dopiero wychodzę — wokół wybuchła panika. A przynajmniej mnie się tak przez moment wydawało, ale gdy zaalarmowany głośnymi dźwiękami i podniesionymi głosami zacząłem się rozglądać, dostrzegłem tylko grupę ratowników wiozącą ranną osobę, najprawdopodobniej na blok operacyjny. Odprowadziłem całe zgromadzenie wzrokiem, nawet nie zauważając, że mimowolnie wyprostowałem się i w napięciu przyglądałem się całej scenie, dopóki wszystko nie wróciło do normy. Dopiero wówczas rozluźniłem się ponownie i przeczesując palcami busz na głowie, zwróciłem się ponownie do Alexa, nie patrząc jednak na niego.
- Nie-e. Wypisali mnie jakieś piętnaście minut temu. - nie powiedziałem już nic więcej, gdyż nie czułem potrzeby spowiadać się temu wciąż prawie-że-obcemu gościowi z mojego wątpliwego zdrowia fizycznego, więc aby uniknąć jego dalszych pytań, natychmiast spojrzałem na niego, odwzajemniając jego pytanie. - A ty? Bez obrazy, ale nie wygląda pan... nie wyglądasz... jak lekarz czy pielęgniarz, więc przypuszczam, że tu nie pracujesz. Wizyta u rodziny? Czy musieli cię pozszywać po wypadku? - Choć to ostatnie  pytanie przypuszczalnie wypadało poza moją definicję grzeczności, nie mogłem się powstrzymać, żeby go nie zadać. No i żeby nie gapić się na chłopaka szeroko otwartymi oczami. Wyglądał jak motocyklista żywcem wyjęty z obrazka — tylko mu brakowało kasku pod pachą. W połowie mojej wypowiedzi zgubiłem się także, jeśli chodziło o formę, jaką zwracałem się do chłopaka. Wyglądał co prawda młodziej ode mnie, o ile było to możliwe z moją twarzą szesnastolatka, ale mimo wszystko nie byłem pewien, czy powinienem zwracać się do niego od razu na "ty", mimo iż on tak zrobił bez wahania. W końcu machnąłem na to w duchu ręką. Co się będę nad tym zastanawiał. Miałem ważniejsze rzeczy do roboty.
- Nie, odwiedzam mamę. - Alex zaśmiał się krótko, najwyraźniej zrozumiawszy moją aluzję do jego "motocyklowego" wyglądu. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdyż obok nas przebiegli ponownie ci sami ratownicy, którzy przed kilkoma minutami przywieźli zakrwawionego pacjenta na blok. Wybiegli szybko ze szpitala i po chwili znów dało się słyszeć charakterystyczny sygnał karetki. Zerknąłem na Alexa, czując jak od hałasu i gorąca pęka mi głowa.
- Ależ tu ruch dzisiaj mają...
Czarnooki uniósł brwi.
- Urlopy się kończą, to i ludzie wolą już do szpitala iść, niż do pracy.
- À propos urlopu... - uniosłem swoją komórkę, aby pokazać Alexowi, że muszę zadzwonić, po czym wstałem, starając się nie krzywić się z bólu, jaki przeszył moje biodro. Przeklęta choroba. - Muszę dać znać, że żyję i należy mnie stąd odebrać, gdyż na piechotę wracać w taki gorąc do domu to samobójstwo.
Alex zgodził się ze mną, oddreptałem więc kilka kroków w stronę wyjścia, ale czując powiew suchego, gorącego powietrza z zewnątrz uznałem, że lepiej jest jednak pozostać w środku. Przynajmniej klimatyzacja była.
Wybrałem numer Jeala, doskonale wiedząc, że jak tylko odbierze, to nie omieszka mi natychmiast wytknąć, że doskonale wiedział, iż, tak czy inaczej, w końcu po niego zadzwonię, aby przyjechał i zabrał mnie z tego piekła. Nie chciałem mu przyznawać racji, więc ułożyłem sobie formułkę, jaką powiem, by go nie dopuścić do głosu, gdy tylko będzie mi to dane, ale po ósmym sygnale dźwiękowym z rzędu uznałem, że najwyraźniej jest zajęty. Zazwyczaj odbierał już po drugim. Stałem przez chwilę w miejscu, wgapiając się w komórkę, dopóki wibracja nie oznajmiła mi, że mam wiadomość tekstową.
"Ferann jest na spotkaniu. Coś ważnego? Jean."
Był to sms od Jeanette, więc najwyraźniej Jeal musiał zostawić u niej na biurku swój telefon, jak zresztą robił każdy z nas, gdy wypadały nam ważne spotkania w siedzibie firmy. Wiedziałem, że może mu to zająć jeszcze sporo czasu, więc nie chcąc alarmować przyjaciół, wystukałem tylko szybko wiadomość zwrotną.
"Bez obaw, tylko się melduję. Zadzwonię z domu wieczorem. Pozdrów Jane i jej tabelki w Wordzie."
Wysłałem smsa i wzdychając ciężko, wróciłem na zajmowane wcześniej przeze mnie krzesło. O dziwo, Alex wciąż tam siedział, czekając na mnie, więc albo nie zajęło mi to tak dużo czasu, jak myślałem, albo nie miał nic lepszego do roboty. Widząc moją niezbyt uradowaną minę, uniósł brwi.
- Nie dali ci tego urlopu?
- Hm? - zapomniałem przez moment, o czym wcześniej rozmawialiśmy. - Oh, nie, mam urlop, choć nie do końca z własnej woli... - ostatnie kilku słów wymamrotałem do siebie pod nosem, ale szybko się otrząsnąłem. - Chciałem załatwić sobie podwózkę do domu, ale przyjaciel jest na spotkaniu i wygląda na to, że jeszcze trochę tu sobie pokoczuję. - zerknąłem przez szklane drzwi szpitala na zewnątrz i wzdrygnąłem się, widząc ocierających pot z czoła ludzi piekących się w trzydziestu-paru stopniach. - Lepiej tu niż tam...

<Alex?>

Od Alexa CD Jodissela

Spojrzałem na chłopaka, który przeprosił mnie kolejny raz. To było dla mnie dość dziwne, ponieważ, ze względu na mój wygląd, to ode mnie oczekiwano przeprosin, mimo że to nie były sytuacje z mojej winy. Chłopak oparł się o ścianę i patrzył niepewnie, jakby nie wiedział co zrobić.
- Co ty tak często przepraszasz? - Zapytałem nagle, tak jakby serio mnie to obchodziło.
- Nie wiem. - Mruknął widocznie zdziwiony moim pytaniem. - Przepraszam. - dodał po chwili, a ja się zaśmiałem pod nosem.
- Nie przepraszaj. - Przewróciłem oczami, patrząc na niego. - Zbyt częste przepraszanie jest słabe. To tak jakbyś mówił, że jesteś winien wszystkiemu i pozwalasz wszystkim cię zdeptać. - westchnąłem, skąd u mnie się biorą takie mądre zdania?
- Tak, wiem, że tak jest. - Zgodził się ze mną. - Ale nic na to nie poradzę.
- Trochę więcej pewności siebie i będzie dobrze. - wzruszyłem ramionami. - Jestem Alex, a ty to ?
- Jodissel - Wyciągnął do mnie dłoń, a ja ją uścisnąłem.
Jodi nie wyglądał najlepiej, więc zaproponowałem mu, żebyśmy usiedli na krześle. Mimo że jesteśmy w szpitalu, to raczej bym nie chciał, żeby ta osoba zemdlała. Mam w swojej głowie trochę rozsądku.
- Co tu robisz? - Zapytałem, rozglądając się po ogromnym holu. - Odwiedzasz kogoś ?
Nagle na korytarzu zrobił się wielki zamęt, ponieważ karetka przywiozła na noszach osobę, która była poważnie poobijana i miasto dużo krwi. Jodi i ja spokojnie obserwowaliśmy sytuacje. Lekarze i pacjentki szybko podbiegły do pacjenta, który ledwo żył i zaczęli krzyczeć, że trzeba jechać od razu na operacje. Gdy wszystko ucichło, spojrzałem na Jodiego czekając na odpowiedź.

Jodi?

wtorek, 3 września 2019

Od Anastazji CD Michaela

Niby byłam przyzwyczajona do grania przed ludźmi, to prawda. Jednak w momencie, gdy Michael poprosił, bym coś zagrała, poczułam dziwny, ale nie paraliżujący stres. W zasadzie stres to trochę dużo powiedziane. 
Chwilę zastanawiałam się, co mogłabym zagrać solo. Wpadła mi do głowy piosenka, którą zaczarowałam dziewczyny, właściwie nie wiem, dlaczego. Była prosta, ale to ona zadecydowała o moim przyjęciu do zespołu. Dołączyłam jako ostatnia, szukały nowej wokalistki. 
Lorde była jedną z moich ulubionych piosenkarek, a właśnie "A world alone" najchętniej słuchałam. Nie mogłam się powstrzymać i podśpiewywałam tekst. Po chwili już nie tylko cicho pod nosem. Moja wersja gitary elektrycznej była mocno wzbogacona, żeby całość nie brzmiała tak, jakby czegoś brakowało. Parę osób znów chciało wrzucić pieniądze, ale Michael zaraz je im oddawał. 
– Jaki team – zaśmiałam się, oddając mu gitarę. Jezu, czy kiedykolwiek przestanę się tak nieustannie szczerzyć? Nie miałam do tego nawet powodu.
– Nawet dobrze grasz. 
– Dzięki – uśmiechał się, choć nie byłam w stanie odgadnąć, co myśli. Mój wiecznie trwający niepokój i krytycznie niska samoocena wmawiały mi, że śmieje się w duchu z nieudolnego grania. 
Wyciągnęłam telefon i sprawdziłam godzinę, dziwiąc się, że czas tak błyskawicznie upłynął. 
– Cholera, chyba muszę wracać. Niedługo mamy z dziewczynami granie, a obiecałam, że trochę poćwiczymy. Sąsiedzi nas znienawidzą – znów zaśmiałam się, tym razem sarkastycznie. Chwilę zastanawiałam się, czy to powiedzieć, jednak Michael był jedynym do tej pory muzykiem w Nowym Jorku, którego poznałam. Przydałaby się choćby szczera opinia, choć to nie miał być przecież nasz pierwszy występ. – Właśnie, jeśli będziesz miał czas i ochotę to możesz wpaść. Chyba że to nie twoje klimaty, klasyk i Lana Del Rey, ale jeśli ci to nie przeszkadza - będziemy grać z moimi koleżankami dziś wieczorem w tym sporym pubie na ulicy obok – wskazałam wzrokiem  odpowiedni kierunek. – O, i jeśli nie masz nic przeciwko wężom.
Boo musiałam zabrać ze sobą, bo chciałam przestrzegać godzin podawania mu lekarstw, biedak się nieco zaprawił. Po graniu natomiast obiecałam dziewczynom tequilę. Znowu się zamyślałam, to chyba nigdy mnie miało nie opuścić. 
Chłopak spojrzał na mnie dziwnie, chyba po tej części z wężami. Gdy się chociaż odrobinę stresowałam, nawijałam jak katarynka. Po dłuższym poznaniu jednak mi to mijało. 
– Jeśli nie, to możesz przyjść choćby czegoś się napić, bo teraz muszę lecieć – wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. 

Michael?

Od Lorcana do Maximiliana

Chłód. Zimno przenikające aż do szpiku. Małe igiełki wbijające się w ciało. A potem oddech wyciskany z płuc. Obudziłem się zlany potem, kaszląc, jakbym ciągle się topił. Nie lubiłem spać, nie lubiłem śnić. Prochy były dobre, ale jeszcze nie ogarnąłem kiedy i z czym wchodzą w relacje i dają senny miks. Nie chciałem śnić, bo w snach wracał ten jebany sukinsyn. Debil. Dupek. Matoł. Lucy. Luc. Mój prywatny upadły anioł. Potrzebowałem go. Każdego dnia. Co z tego, że prawie trzy lata nie zmienił miejsca, będąc trzy metry pod ziemią. Z szafki nocnej, stojącej koło łóżka wyciągnąłem fajki, przy okazji sprawdzając zapas gumek. Trzeba się przejść do apteki. Może i lubiłem niebezpieczne zabawy, ale łapanie chorób wenerycznych, czy czegoś poważniejszego nie było moją pasją. Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się nikotyną. Wystarczyłoby otworzyć whiskey, zamknąć oczy i chwilę udawać, że Lucy tak właściwie się nie zaćpał. Tylko leży obok. Śpi. Gorzej, że po otworzeniu oczu ta iluzja pękłaby jak bańka mydlana.
***
Imprezy miały w sobie coś magnetyzującego i uroczego. Działo się na nich wiele rzeczy. Prawdopodobnie więcej, niż było na nich ludzi. Dlatego siedzenie za barem i sączenie drinków traktowałem raczej jako hobby niż zabawę. Nie wiadomo kogo można było spotkać. Dzisiaj jednak nie szedłem na kolejną zakrapianą imprezę w nocnym klubie, gdzie światło dawało pozory intymności i prywatności. Nie. Dzisiaj wesoło zmierzałem do jednego z klubów, żeby wieczorem zagrać ludziom na pianinie. Nawet byłem w miarę czysty. Oczywiście mówię o dragach.
Wchodząc do klubu, zauważyłem, że ktoś kręci się koło pianina. Nie żebym był silnie przywiązany, ale lubiłem mieć je tylko dla siebie. Przynajmniej przez ten jeden wieczór. Niezadowolony podszedłem z rozmachem i siadłem na siedzeniu przed instrumentem. Mężczyzna popatrzył się na mnie i usiadł gdzieś w pobliżu sceny. Postanowiłem się nim nie przejmować. Na umówiony znak zacząłem grać. I jakoś tak minął cały wieczór.
***
Powoli ruszyłem w stronę swojego mieszkania, stawiając kołnierz do góry. Zaczęło lekko siąpić, jak to w letnie wieczory.
- Jesteś cały mokry. - Rzucił z cwanym uśmiechem Lucifer.
- Leje jak z cebra, a stacja metra jest dwadzieścia metrów stąd! - Prychnąłem. - A o ile dobrze wiem, to ty kazałeś mi zostawić parasol w domu!
- Złość piękności szkodzi. - Podszedł, chyba specjalnie kręcąc biodrami. - Więc nie przesadzaj.
- Masz jakiś plan, żebym przestał się na ciebie gniewać? - Uniosłem brew.
- Nawet kilka. - Zerknął na moje usta. - A każdy zaczyna się pod prysznicem…
Potrząsnąłem głową. Ogarnij się Lori, Luc od prawie trzech lat jest zakopany w piachu i wącha kwiatki od dołu. Nie wróci. Oblizałem usta i w ostatniej chwili skierowałem się ku mojemu ulubionemu klubowi nocnemu. Kiedy stałem w kolejce (bo nie zawsze chciało mi się wchodzić tak od razu) poczułem, że ktoś mnie szturcha w ramię.
 - Czy to nie paradoksalne, że z kameralnego klubu z pianinem przychodzisz do najbardziej znanego klubu nocnego w Nowym Jorku? - Zapytał mężczyzna, który kręcił się koło pianina wieczorem.
- Cóż, podejrzewam, że w kameralnym klubie nikogo nie wyrwę. - Wyciągnąłem z kieszeni fajki i bez ceregieli odpaliłem jedną z nich. - Chyba, że mówisz o sobie. Wtedy nie wiem, czemu tu jesteś.

Max?