wtorek, 17 września 2019

Od Jodissela CD Alexa

- Wiesz co... - odezwał się po chwili Alex, co zmusiło mnie do przeniesienia wzroku na niego. Pytająco uniosłem brew, czekając na to, co miał do powiedzenia. - W sumie to ja już wracam do domu, więc mogę cię podrzucić. Do domu, czy gdzie tam chcesz. - wzruszył ramionami, jakby to nie było nic wielkiego dla niego, ale ja natychmiast poczułem się zażenowany tym, że ktoś, kto nie ma takiego obowiązku względem mnie, miałby zmieniać swoje postanowienia, aby coś dla mnie załatwić. Natury nie zmienisz. Zanim zatem zdążyłem przemyśleć to, co chciałem powiedzieć, już wypaliłem:
- Nieee... To znaczy... Nie chcę się narzucać. Pewnie i tak masz jakieś swoje obowiązki, czy coś... - ostatnie zdanie bardziej wymamrotałem, niż powiedziałem na głos, ale byłem pewien, że i tak mnie usłyszał. Szczególnie że zaczął się ze mnie śmiać, co tylko jeszcze bardziej wybiło mnie z rytmu.
- Jak już mówiłem, wracam do domu, tak więc mogę cię podrzucić. Raczej nie sądzę, abyś chciał patrzeć na tutejsze dramy.
- No dobrze, skoro proponujesz... - uśmiechnąłem się do niego blado, wciąż nie do końca przekonany. Naturalnie, jak to ja, pomimo faktu, że Alex sam zaproponował mi podwózkę i zapewnił, że nie jest to dla niego problemem — ja tak nie uważałem. Nie chciałem przeszkadzać. Zarówno samym "podważaniem" mnie, jak i tym, że z chwilą, gdy tylko zdołałem się choć trochę przekonać, że to nie jest nic wielkiego, przypomniał mi się charakterystyczny ubiór chłopaka. Jakby czytając mi w myślach, Alex w tym samym czasie powiedział:
- Tylko jeśli to nie problem, zawiózłbym cię motocyklem.
Gdybym miał czym, to bym się zakrztusił, ale nie miałem, więc tylko wybałuszyłem niegrzecznie oczy, zupełnie nie w moim stylu.
- Słucham? To chyba nie najlepszy pomysł... - wymamrotałem, starając się wziąć się w garść. Cudownie. Nie dość, że ogólnie nie lubiłem się nikomu narzucać, ani w jakikolwiek inny sposób przeszkadzać swoją osobą, to jeszcze przez kilkanaście minut będę musiał siedzieć niekomfortowo blisko innej, w dodatku praktycznie kompletnie mi nieznanej, osoby. Nienawidziłem, kiedy ktoś mnie dotykał. Wyjątkiem była Jeanette, która co jakiś czasu uwielbiała robić sobie sparringi z Jealem i używała mnie wówczas podczas rozgrzewki jako worka treningowego. Poza tym preferowałem, żeby nikt nie naruszał mojej przestrzeni osobistej — no i ja nienawidziłem naruszać jej u innych.
Widząc moją minę, tak przerażoną, jakbym niechybnie szedł na ścięcie, Alex zachichotał, choć nie widziałem w tym nic śmiesznego.
- Spoko, nie ma o czym mówić. Mam drugi kask. Chodź.
Nie czekając na moją odpowiedź — ani jakikolwiek ruch ze strony spetryfikowanego strachem mnie — wstał z krzesła i natychmiast ruszył w stronę wyjścia. Chcąc nie chcąc, wziąłem kilka głębszych oddechów, samemu do końca nie wiedząc, dlaczego wiadomość o motocyklu tak mną wstrząsnęła, po czym wstałem i chwiejnie ruszyłem za Alexem. Nie bardzo mi się to uśmiechało. Myśląc intensywnie o całej sytuacji, doszedłem do wniosku, że to głównie nieznajomość Alexa i jego stylu jazdy jednośladem oraz moja wątpliwa chęć znajdowania się tak blisko kogokolwiek spowodowała, że gdy tylko znalazłem się już na zewnątrz, pośród wszechobecnej duchoty, po prostu stanąłem jak słup soli, niezdolny do żadnego ruchu, a co dopiero do wejścia na maszynę Alexa. Dlatego też nie zareagowałem, ani gdy chłopak wcisnął mi zapasowy kask w dłonie, ani gdy mi go ponownie z nich wyjął, zakładając mi go na głowę jak dziecku, gdy okazało się, że dalej się nie ruszam, ani nie odzywam. Pewnie wyglądałem, jakbym miał paść na zawał ze strachu. Otrząsnąłem się, zażenowany spuszczając wzrok na chodnik, kiedy Alex znów zaczął się ze mnie śmiać, ale potwierdziłem, że jestem gotowy i przez chwilę obserwowałem, jak chłopak wsiada na motocykl, zanim nie dotarło do mnie, że akurat takim modelem nigdy nie jeździłem nawet sam, a co dopiero z kimś. Budowa mojej Dyny wymagała, aby pasażer trzymał się kierowcy, jednak nie byłem nawet w stanie powiedzieć, jak nazywa się maszyna Alexa — nie mówiąc już o tym, jak mam się na niej utrzymać tak, aby nie spaść.
- Wsiadasz czy jednak cię strach obleciał? - odezwał się nieco zniecierpliwiony Alex, przez co poczułem się jeszcze gorzej, jakbym zabierał mu czas. Nie namyślając się więc dłużej, wdrapałem się jakoś na motocykl, przytrzymując się ramienia chłopaka, po czym zawahałem się, nie wiedząc, czy Alex nie rzuci mną o jezdnię, jeśli złapię się jego kurtki podczas jazdy. Na wszelki wypadek wolałem jednak zapytać.
- Um... Alex? Nie miałbyś nic przeciwko, gdybym... Nie wiem, przytrzymał się ciebie? Mam kiepski zmysł równowagi, jeśli to nie ja kieruję, w dodatku kręci mi się lekko w głowie...
Alex na szczęście nie miał nic przeciwko, więc złapałem się jego kurtki, starając się nie spaść, gdy chłopak ruszył sprzed szpitala.
Ostatecznie jazda nie była tak zła, jak myślałem, że będzie. Zanim wyjechaliśmy spod szpitala, podałem Alexowi adres mojego apartamentu i wskazówki dotyczące miejsca, w którym mógłby zaparkować. Jechaliśmy jakieś piętnaście minut, podczas których nie mogłem się oczywiście czuć mniej komfortowo, nie tylko przez wzgląd na to, że siedzenie tak blisko kogokolwiek, a co dopiero prawie obcej osoby, było dla mnie wątpliwą przyjemnością, ale także i huk silnika oraz gorąc dawały mi się we znaki. Coraz silniej kręciło mi się w głowie, a gdy Alex zaparkował swoją maszynę pod apartamentami, dłuższą chwilę zajęło mi zgramolenie się z motocykla tak, aby nie musieć potem odklejać twarzy od asfaltu. Wystarczyło mi jednak zrobić dwa kroki przed siebie, a już nagły zawrót głowy sprawił, że świat zatańczył mi przed oczami i gdyby Alex mnie w porę nie złapał, jak nic przywitałbym się pięknie z glebą.
- Co ci jest? Jesteś pewien, że rzeczywiście cię wypisali, a nie się urwałeś na własne życzenie? - wydawał się lekko zaniepokojony, ale zanim zdołałem mu odpowiedzieć, musiałem przeczekać spazm ostrego bólu i falę gorąca, jaka przetoczyła się przez moje ciało, co z pewnością nie pomogło w przekonaniu go, że wszystko ze mną w porządku.
- Po prostu jestem delikatnie odwodniony, to wszystko. No i powinienem coś zjeść. Wiesz, jakie jest to szpitalne jedzenie... - machnąłem ręką lekceważąco, ale Alex chyba mi nie uwierzył, więc ostatecznie zgodziłem się, aby pomógł mi dojść do mojego mieszkania. Winda oczywiście nie działała, więc wtarabaniłem się jakoś po schodach, starając się nie nadużywać uprzejmości Alexa, który minę miał taką, jakby nie wiedział, czy mnie łapać w razie, jakbym spadał ze schodów, czy też może raczej wziąć mnie za kark jak szczeniaka i po prostu mnie na górę wciągnąć. W moim apartamencie było już jednak chłodniej, więc westchnąłem z ulgą, zapalając wszystkie światła i przez moment nie ruszałem się z przedsionka, czekając, aż całe mieszkanie wypełni się białym światłem żarówek.
- Bogato mieszkasz. - odezwał się Alex od progu, rozglądając się po wielkim apartamencie. Zaprosiłem go do środka i natychmiast zdjąłem marynarkę, bo czułem się, jakbym się rozpływał. Bawełniana koszulka, którą dano mi w szpitalu, wisiała na mnie jak worek, przez co sprawiałem wrażenie sieroty wojennej, ale stwierdziłem, że przecież nie będę się teraz przebierał, więc tylko spojrzałem na Alexa, zamykając za nim drzwi.
- Przyjaciel z pracy stwierdził, że w razie, gdybym przyjmował jakiegoś klienta w domu, wstyd by było, gdybym jako projektant mieszkał w byle czym. - rozejrzałem się po mieszkaniu. Było w porządku, lubiłem je, ale jak dla mnie samego zdecydowanie było zbyt przestronne. - Więc oto jest.
Alex pokiwał głową, przyjmując to do wiadomości.
- Projektant? - zagadał jeszcze.
- Ano. Być może słyszałeś o mojej firmie, Blowesome. - zerknąłem na niego, po czym dodałem szybko. - Jak nie słyszałeś, też jest w porządku. Ale jakbyś znał, mógłbym ci dać rabat. - zażartowałem, ale zamiast się zaśmiać, uśmiechnąłem się tylko blado, bo moją głowę przeszyła ostra igła bólu. Zanim jednak Alex zdążył odpowiedzieć, ktoś zapukał do moich drzwi. Nieco zdziwiony, poszedłem otworzyć, uprzednio przepraszając Alexa, po czym z jeszcze większym zdziwieniem odsunąłem się na bok, unikając staranowania przez wysoce czymś podekscytowanego Jeala, który okazał się osobą pukającą do moich drzwi.
- Hej, Jeal, co ty tu robisz? Miałeś jakieś spotkanie, gdy dzwoniłem do ciebie, tak jak zresztą kazałeś mi zrobić. - z lekkim niepokojem obserwowałem, jak mój przyjaciel wchodzi do mojego mieszkania jak do siebie i natychmiast usadawia się na stołku przy wyspie kuchennej. Jego wzrok padł na Alexa, ale odezwał się do mnie:
- No, wyskoczyło mi jedno znienacka, ale szybko się z tym uporałem. Wiedziałem, że cię tu zastanę, ale nie wiedziałem, że z kimś. - nie odrywając wzroku od Alexa, wstał i podał mu rękę. - Nazywam się Jeal Ferann, jakby coś.
- Alex. - przywitał się chłopak. Ja cały czas tylko przeskakiwałem wzrokiem od jednego gościa, do drugiego, nie będąc w stanie wymyślić, co mógłbym w takiej sytuacji powiedzieć. Zwróciłem się zatem do Jeala.
- To znowu ten twój radar? Najpierw dzwonisz sekundę po tym, jak mnie wypisano, teraz pięć minut po tym, jak wszedłem do mieszkania. Słowo daję, idź z tym gdzieś wyżej, zbiję na tobie fortunę, jako na człowieku-radarze.
- Po pierwsze, matka Giny jest pielęgniarką w tym szpitalu i to ona nakablowała, że cię wypuścili, a po drugie — Randall właśnie skończył naprawiać nasze komputery i pięć minut po tym, jak odjechał, zadzwonił z wieścią, że jesteś cały i zdrowy pod swoim apartamentem, tyle że najwyraźniej ukradłeś komuś motor albo przehandlowałeś Dynę. No więc jestem. Kogo zatłuc? - rzucił mi krzywy uśmieszek, po czym spojrzał na Alexa, nie dając mi dojść do słowa. - Jakiś szpitalny znajomy?
Alex wzruszył ramionami.
- Podwiozłem go, ale nie był w stanie wejść po schodach.
- Kapuś... - syknąłem do chłopaka, ale — tak jak myślałem — Jeal już się zdążył zaniepokoić tymi słowami.
- W takim razie muszę ci podziękować, że udało ci się go tu jakoś odeskortować, bo przypuszczam, że on tego nie zrobił. - spojrzał na mnie wymownie. Nie patrząc na niego — ani na Alexa w sumie też nie — syknąłem:
- Dzięki...
- Wpadnę do ciebie wieczorem. I nie ma wymigiwania się. Mam nadzieję, że nie padniesz przez te kilka godzin, kiedy nikogo z tobą nie będzie. - posłał mi znaczące spojrzenie, które mnie jednak nic nie mówiło, po czym wyszedł, na odchodne rzucając jeszcze do Alexa: - Miło poznać. No i fajną masz maszynę. Lepszą niż Jodi. - po czym wyszedł, nie fatygując się nawet, żeby zamknąć za sobą drzwi. Wzdychając, spojrzałem na Alexa, milcząc przez chwilę.
- Naprawdę dziękuję za podrzucenie mnie. Mam nadzieję, że nie zabrałem ci zbyt dużo czasu. I przepraszam za niego.

<Alex?>

niedziela, 15 września 2019

Od Alexa cd Jodissela

Chłopak wziął telefon i oddalił się, aby porozmawiać. Uważnie go obserwowałem, w sumie nawet nie wiem dlaczego. Gdy skończył rozmawiać, ponownie usiadł na swoim miejscu.
- Nie dali ci tego urlopu? - Zapytałem.
- Hm? - jakby zapomniał o czym rozawialiśmy. - Oh, nie, mam urlop, choć nie do końca z własnej woli... - dość niewyraźnie powiedział. - Chciałem załatwić sobie podwózkę do domu, ale przyjaciel jest na spotkaniu i wygląda na to, że jeszcze trochę tu sobie pokoczuję. - zerknął przez szklane drzwi szpitala  - Lepiej tu niż tam...
- Wiesz co... - Zacząłem, a on spojrzał na mnie pytająco. -W sumie to ja już wracam do domu, więc mogę cię podrzucić do domu czy tam gdzie chcesz. - Wzruszyłem ramionami.
- Nie. - Powiedział dość szybko. - To znaczy... Nie chce się narzucać. - Zaczął się tłumaczyć. - Pewnie masz swoje jakieś obowiązki, albo coś. - mruknął ciszej pod nosem.
- Jak mówiłem wracam do domu. - Zaśmiałem się cicho. - Tak więc mogę cie podrzucić. Raczej nie sądzę, że chcesz patrzeć na tutejsze dramy. - Zachichotałem wręcz.
- No dobrze, skoro mi proponujesz. - Uniósł lekko kąciki ust.
- Tylko jeśli to nie problem, zawiozę Cię motocyklem. - Jodi na słowo "motocykl" zrobił duże oczy.
- Ccco? - Zapytał nie dowierzając. - Wiesz to chyba nie wyjdzie.
- Spoko, nie ma o czym mówić.- Zaśmiałem się ponownie, naprawdę śmieszyła mnie jego przerażona mina. - Mam drugi kask. Chodź.
Wstałem z siedzenia i zacząłem się kierować w stronę wyjścia. Na zewnątrz było strasznie gorąco, raczej spacer w takim upale jest dla każdego zabójczy. Usłyszałem w końcu za sobą odgłosy stóp. Jodi chociaż, że się bał podążał za mną. Podszedłem do mojej maszyny i wyciągnąłem kolejny kask i mu go podałem.
- Trzymaj. - Powiedziałem.
Złapał za kask i patrzył się na niego jakby serio nie wiedział co z nim zrobić. Ponownie się zaśmiałem ale pokazałem mu jak to się robi.
- Gotowy ?
Jodi?

środa, 11 września 2019

Od Lorcana cd Leroya

- Normalnie jak ten L z “Death Note”. - Dopiłem martini. - Lawliet Lawford. Beeeeen!
Barman uniósł wzrok i spojrzał na mnie z westchnieniem.
- Co? - Zapytał.
- To, co do tej pory. - Położyłem na ladzie odpowiednią ilość pieniędzy.
Po chwili dostałem pięć shotów wódki i je wypiłem. Leroy ciągle siedział obok.
- Liczysz na coś? - Zlizałem z ust resztki alkoholu.
- Nie wiem, a mam? - Uniósł brwi.
- Nie czuj się urażony, ale wolę młodszych. - Oparłem się. - Głównie od siebie.
- Coś jeszcze? - Zaśmiał się.
- Przypominasz Mysterio. Nie lubię Mysterio. - Pokręciłem głową. - Gdybym był nastolatką, miałbym crusha na Toma Hollanda. A crushów nie można krzywdzić.
- Chyba rozumiem przesłanie. - Pokiwał głową. - Ale pogadać możemy.
- Możemy. - Przytaknąłem. - Nie mam nic przeciwko. Ale nie jestem rozmowny.
- Nie widać. - Popatrzył na mnie. - Ładne tatuaże. Kto robił projekt?
Popatrzyłem na Mononoke, a potem na napis. Relikty po Luciferze.
- Mój były. - Znów dałem znak Benowi.
- Chyba się dalej lubicie, skoro się ich nie pozbyłeś… - Zauważył.
- Tak jakby. - Popatrzyłem na puste kieliszki. - Zaćpał się, więc tak jakby nigdy nie zerwaliśmy. Ciągle twierdzę, że jesteśmy razem i kiedy go spotkam, dam mu w pysk.
- Okej. - Pokiwał głową. - Ciekawie.
- Prawda? - Potarłem słowo. - Ale jak to mam napisane: nevermore.
- Skąd wiesz? - Zaśmiał się. - Miłości nie przewidzisz…
- Chciałoby się. - Odrzuciłem głowę do tyłu. - Kochałem Lucifera i nikogo innego nie mam zamiaru kochać tak mocno. Za bardzo boli.
- Nigdy nie mów nigdy.
- Nie bez powodu mam wytatuowane NEVERMORE, wiesz? - Parsknąłem śmiechem i zamówiłem kolejne shoty. - A twoje? Mają jakieś znaczenie?

Leroy?

poniedziałek, 9 września 2019

Od Maximiliana cd.Lorcana

- Ja tylko załatwiam interesy. - Stwierdziłem, poprawiając na ramionach skórzaną kurtkę. Było już późno, a przydzielone mi zlecenie nadal tkwiło w punkcie wyjścia. Vasilis Budnerhund ukrywał się przede mną niczym zlęknione szczenie, zabrane chwilę temu od matki. Na szczęście, jak każde zwierze zostawiał za sobą wyraźne ślady, które doprowadziły mnie właśnie pod ten nocny klub.
- Interesy powiadasz? - Przesuneliśmy się w kolejce. - Handlujesz narkotykami, dopalaczami? - Ciągnął temat, spoglądając na mijających nas ludzi.
- To nie moja bajka. Wolę zajmować się innymi robótkami ręcznymi. - Przyznałem, stukając butem o kolorową kostkę brukową. Ostatni raz byłem tutaj dwa miesiące temu i raczej nie odnajdę w tym ani jednej, pozytywnej rzeczy. O ile usuwanie pojedynczych graczy było w miarę proste, tak pozbywanie się dużych grup, sprawiało problem nawet dwóm mordercom. Do dziś słyszę w głowie wrzaski ojca, dotyczące tego, że nie pozbawiłem życia jednej osoby, która zwiała z miejsca zbrodni. Wniosek z tego prosty: zawsze licz ilość zwłok.
- Ciekawe. - Stwierdził, gdy przechodziliśmy przez drzwi lokalu. - Dasz się zaprosić na drinka?
- Czemu nie? - Wzruszyłem ramionami, kierując swoje kroki w stronę nowoczesnego baru, otoczonego kilkoma, klasycznymi krzesłami. Zasiadając na jednym z nich, rozejrzałem się czujnie po sali. Nie ma go tutaj - pomyślałem, gubiąc się w twarzach obcych dla mnie ludzi - Martini proszę.
- “Upijasz” się przed robotą? - Zażartował niebieskooki, pokazując barmanowi nazwę trunku, którego chciałby skosztować. - To bardzo odpowiedzialne z twojej strony. - Dorzucił, opierając się łokciami o wypolerowany na błysk blat.
- Martini to nie alkohol do upijania się. Tym można jedynie przeczyścić gardło. - Machnąłem niedbale ręką, zachowując pełna czujność. - Tak w ogóle jestem Maximilian, ale możesz mówić mi Max. - Przedstawiłem się z imienia.
- Lorcan. - Odparł, upijając łyka gotowej whisky. - Często tu bywasz?
- Jedynie za potrzebą. - Obróciłem w palcach szklany kieliszek, w którym topiły się trzy oliwki. - Wolę szaleć gdzie indziej.
- W domu z przyjaciółmi? - Zgadł, lecz ja nie dałem tego po sobie poznać.
- Może. - Przymknąłem chwilowo oczy. - Więc co sprowadza cię do miasta?

Lori? Nie rób mi z niego alkoholika xd

Od Mercedes cd. Auguste i Maximiliana

Dogoniłam Auguste przy windach. Nerwowo wpatrywała się w niewielki wyświetlacz nad stalowymi drzwiami, co chwilę wciskając przycisk wzywający windę.
- Nie wiem czy to coś da. - Zatrzymałam się obok niej.
- Musi. Za trzy minuty mam autobus. - Zerknęła na zegarek i ponownie nacisnęła guzik w ścianie.
- Jeśli chcesz, mogę cię podrzucić - zaproponowałam.
- Byłoby miło - powiedziała po tym, jak ponownie spojrzała na zegarek na nadgarstku. - O ile obiecasz nas nie zabić.
- Postaram się. - Zaśmiałam się, wchodząc do windy, która właśnie przyjechała.
Gus dołączyła do mnie, naciskając guzik oznaczony jako poziom 0, a chwilę później też ten odpowiadający za przyspieszenie zamknięcia drzwi. Kilkadziesiąt sekund później w windzie rozległ się charakterystyczny sygnał dźwiękowy wraz z komunikatem informującym że znajdujemy się na parterze. Wysiadłyśmy, od razu kierując się w stronę wyjścia z budynku, a potem na parking, gdzie pomiędzy samochodami stał mój motocykl.
- Załóż to. - Podałam jej kask, który miałam w ręku. - Gdzie jedziemy?
Auguste podała mi adres w Midtown i założyła kask. Wsiadłyśmy na maszynę, a ja odpaliłam silnik i wyjechałam z parkingu.
Niedługo później dotarłyśmy pod nowoczesny apartamentowiec. Gus zsiadła z motoru i oddała mi kask.
- Dzięki. - Na jej ustach pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Choć może to tylko kwestia słabego światła i zmęczenia? - Do zobaczenia.
- Cześć - odpowiedziałam, patrząc jak odchodzi.
***
Kolejnego dnia było już po 16 gdy wróciłam do szpitala. Zajrzałam do sali Arcziego, stając w otwartych drzwiach. Mężczyzna nie spał, jednak leżał z zamkniętymi oczami.
- Ręce na widoku, Maximilianie Hardcastle - rzuciłam, wchodząc do pomieszczenia.
- To pomyłka. - Wzdrygnął się i otworzył szeroko oczy. - Kurwa, Maria!
- Ciebie też miło widzieć. - Roześmiałam się, nie mogąc się dłużej powstrzymać.
- To nie było śmieszne - zaprotestował obrażony, ale na jego twarzy malował się cień uśmiechu.
- Śmiałbyś się widząc swoją reakcję. Jak się czujesz? - Usiadłam na krześle obok łóżka.
- Zestresowany - wytknął. - I śpiący, choć to pewnie kwestia morfiny.
- Śpij, powinieneś odpoczywać. - Zostałam obdarzona spojrzeniem, które rozumiałam aż za dobrze. Kiedy śpisz trudno jest kontrolować otoczenie. - Śpij - powtórzyłam. - Obudzę cię gdyby coś się działo.
Blondyn uśmiechnął się słabo i zamknął oczy, a ja poprawiłam mu kołdrę. Wkrótce jego oddech stał się wolniejszy. Wyglądał tak spokojnie.
Jakiś czas później poczułam w kieszeni wibracje. Wyjęłam telefon i zobaczyłam smsa od Gus.
"Nasza ofiara losu wciąż żyje?"
"Jestem właśnie w szpitalu. Archie śpi." odpisałam.

Gus? Wciąż się martwisz?

Od Maximiliana cd. Mercedes i Auguste

- Pasy kojarzą mi się z zakładem psychiatrycznym. - Przyznałem, trzymając się za zszyty bok. Z ostatniej doby pamiętałem jedynie ból oraz krzyki Annie, która zajęła się uciskaniem rozszarpanej rany.
- W normalnych szpitalach też to mają. - Stwierdziła Gus, przyglądając się szpitalnym szafką. - I chyba wiem, gdzie je trzymają. - Dodała uradowana, wstając z dość wygodnego łóżka. Nie minęła minuta, a kobieta stała przede mną z kompletem niebieskich, materiałowych opasek.
- Podziękuję. - Popatrzyłem na nią z politowaniem, co spotkało się z niezadowoloną miną Mercedesa. - Bądźcie grzeczne, bo wyrzuci was stąd lekarz. Nękacie chorego. - Zażartowałem, zaciskając z cierpienia wybielone niedawno zęby. Tak, pchnięcie nożem lub postrzał to zdecydowanie coś gorszego niż morderczy kac. Przy tym drugim można przynajmniej jakoś funkcjonować, a nie udawać, że jeszcze pięć minut i urwie ci się znowu film.
- To ty nękasz nas. - Mruknęła Meksykanka. - Dzwonisz, nie mówisz co się dzieje, udajesz trupa, a na końcu zmartwychwstajesz. Szantaż Hardcastle! Szantaż! - Naburmuszyła się, śmiesznie nadymając przy tym policzki. Przewracając na to oczami, poprawiłem się na  pachnącej świeżością poduszce, która zaczęła wbijać mi się w poobijane plecy. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Słucham, słucham. - Przymknąłem chwilowo zmęczone życiem oczy. - Harvey jeszcze nie przyszedł? - Zapytałem, czując, jak w mojej duszy zaczyna rozprzestrzeniać się nieszczęsny niepokój. Przecież powinien być tu od samego początku. Jak tak dalej pójdzie, to wparuje tutaj policja. - pomyślałem, wyobrażając sobie siebie w  pomarańczowym stroju idioty. Ugh, okropny widok. To coś nie pasowałoby nawet pod kolor moich oczu. Skandal, po prostu skandal.
- Nie widziałyśmy go. - Cesarzowa odłożyła “zabawki” na swoje miejsce. - Pewnie się spóźni. - Wzruszyła ramionami, przepuszczając w drzwiach dość młodą pielęgniarkę.
- Przepraszam, ale czas odwiedzin się już skończył. - Oznajmiła, zmieniając pustą kroplówkę. - Mogą panie przyjść jutro do pacjenta. - Dorzuciła, spoglądając na migający monitor EKG.
- Nie daj się zabić Archer. - Zadowolona Węgierka szybko opuściła maławe pomieszczenie. Eh, ta to ma w sobie tyle współczucia ile martwe ciało. Co prawda nie znałem Auguste od wczoraj i mogłem z łatwością przewidzieć jej zachowanie, ale czasami zastanawiało mnie to, skąd bierze się u niej tyle niechęci do innych homo sapiens
- Wpadnę jutro Archie. - Maria zabrała wszystkie swoje rzeczy, aby następnie pójść w ślady swojej nowej znajomej. Poddając się władającemu mną zmęczeniu, zamknąłem sine powieki, które automatycznie zabrały mnie do świata nic niezanczących słów.

Merci?

Od Auguste cd. Maximiliana i Mercedes

- Proszę, proszę, w końcu udowodniłeś, że praca ma dla ciebie katastrofalne skutki. - Parsknęłam tuż po tym, jak zostałam zauważona przez Marię i Archiego. - Nie ma co, masz rozmach.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. - Słaby uśmiech na ustach mężczyzny utwierdził mnie w przekonaniu, że nie muszę się martwić aż tak.
- Teraz pewnie nie wrócisz do pracy jeszcze długo. - Usiadłam na brzegu łóżka. - Taki skutek uboczny.
- Uh, nie mam zamiaru narzekać. - Dalej się szczerzył.
- Ty to nie masz zamiaru już nas tak straszyć. - Popatrzyłam na Marię. - Prawda?
- No raczej. - Kobieta założyła ręce na piersi. - Bo pożałujesz.
- Dokładnie. - Pokiwałam głową.
To nie tak, że w ogóle nie martwiłam się o tego debila. Przynajmniej od kiedy dowiedziałam się, że FAKTYCZNIE coś mu jest. Po prostu nie lubiłam okazywać swoich uczuć. Lub prawdopodobnie nie zawsze potrafiłam je odpowiednio wyrazić. Ale skąd miałam wiedzieć, że tekst: “Skoro był wierzący, znaczy, że teraz jest mu lepiej, bo jest w niebie”, nie jest najwłaściwszą opcją na pogrzebie? Sama zostałam wychowana w pewnej wierze, tak jak moi rodzice i, hipotetycznie, gdyby ktoś mi coś takiego powiedział na pogrzebie kogoś bliskiego raczej podziękowałabym, a nie strzeliła focha na następny rok. W końcu nie chciałam źle. Dlatego od tamtej pory wolałam nic nie mówić.
- Kiedy cię wypisują łamago? - Zagaiłam, kiedy Maria w końcu skończyła barwny opis, co zrobi przyrodzeniu Archiego, jeśli znowu coś mu się stanie, a ten zamiast na 911 zadzwoni gdziekolwiek indziej.
- Nie wiem, pewnie jak będzie ok. - Wzruszył ramieniem. - Opcjonalnie wtedy, kiedy będę chciał.
- Nawet o tym nie myśl! - Warknęła Meksykanka. - Masz być zdrowy inaczej… przyczepię cię do tego łóżka!
- Całkiem ciekawy pomysł. - Pokiwałam z uznaniem głową.
- Nie powstrzymasz jej? - Jęknął niezadowolony.
- Dlaczego? Ma genialny pomysł. - Uśmiechnęłam się. - Będziesz niegrzeczny, zapinamy pasy.

Max? Co o tym myślisz?