środa, 4 września 2019

Od Jodissela CD Alexa

Byłem wdzięczny, że chłopak — Alex, jak zdążyłem zarejestrować — zaproponował, żebyśmy usiedli, gdyż przypuszczalnie nie ustałbym długo. Siedząc już na plastikowym krześle, wziąłem ponownie łyka chłodnej wody i wyrzuciłem pustą butelkę do stojącego obok kosza na śmieci.
- Co tu robisz? - odezwał się po chwili Alex, więc podniosłem na niego wzrok. - Odwiedzasz kogoś?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, że niestety (lub na szczęście?) nie, gdyż sam dopiero wychodzę — wokół wybuchła panika. A przynajmniej mnie się tak przez moment wydawało, ale gdy zaalarmowany głośnymi dźwiękami i podniesionymi głosami zacząłem się rozglądać, dostrzegłem tylko grupę ratowników wiozącą ranną osobę, najprawdopodobniej na blok operacyjny. Odprowadziłem całe zgromadzenie wzrokiem, nawet nie zauważając, że mimowolnie wyprostowałem się i w napięciu przyglądałem się całej scenie, dopóki wszystko nie wróciło do normy. Dopiero wówczas rozluźniłem się ponownie i przeczesując palcami busz na głowie, zwróciłem się ponownie do Alexa, nie patrząc jednak na niego.
- Nie-e. Wypisali mnie jakieś piętnaście minut temu. - nie powiedziałem już nic więcej, gdyż nie czułem potrzeby spowiadać się temu wciąż prawie-że-obcemu gościowi z mojego wątpliwego zdrowia fizycznego, więc aby uniknąć jego dalszych pytań, natychmiast spojrzałem na niego, odwzajemniając jego pytanie. - A ty? Bez obrazy, ale nie wygląda pan... nie wyglądasz... jak lekarz czy pielęgniarz, więc przypuszczam, że tu nie pracujesz. Wizyta u rodziny? Czy musieli cię pozszywać po wypadku? - Choć to ostatnie  pytanie przypuszczalnie wypadało poza moją definicję grzeczności, nie mogłem się powstrzymać, żeby go nie zadać. No i żeby nie gapić się na chłopaka szeroko otwartymi oczami. Wyglądał jak motocyklista żywcem wyjęty z obrazka — tylko mu brakowało kasku pod pachą. W połowie mojej wypowiedzi zgubiłem się także, jeśli chodziło o formę, jaką zwracałem się do chłopaka. Wyglądał co prawda młodziej ode mnie, o ile było to możliwe z moją twarzą szesnastolatka, ale mimo wszystko nie byłem pewien, czy powinienem zwracać się do niego od razu na "ty", mimo iż on tak zrobił bez wahania. W końcu machnąłem na to w duchu ręką. Co się będę nad tym zastanawiał. Miałem ważniejsze rzeczy do roboty.
- Nie, odwiedzam mamę. - Alex zaśmiał się krótko, najwyraźniej zrozumiawszy moją aluzję do jego "motocyklowego" wyglądu. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdyż obok nas przebiegli ponownie ci sami ratownicy, którzy przed kilkoma minutami przywieźli zakrwawionego pacjenta na blok. Wybiegli szybko ze szpitala i po chwili znów dało się słyszeć charakterystyczny sygnał karetki. Zerknąłem na Alexa, czując jak od hałasu i gorąca pęka mi głowa.
- Ależ tu ruch dzisiaj mają...
Czarnooki uniósł brwi.
- Urlopy się kończą, to i ludzie wolą już do szpitala iść, niż do pracy.
- À propos urlopu... - uniosłem swoją komórkę, aby pokazać Alexowi, że muszę zadzwonić, po czym wstałem, starając się nie krzywić się z bólu, jaki przeszył moje biodro. Przeklęta choroba. - Muszę dać znać, że żyję i należy mnie stąd odebrać, gdyż na piechotę wracać w taki gorąc do domu to samobójstwo.
Alex zgodził się ze mną, oddreptałem więc kilka kroków w stronę wyjścia, ale czując powiew suchego, gorącego powietrza z zewnątrz uznałem, że lepiej jest jednak pozostać w środku. Przynajmniej klimatyzacja była.
Wybrałem numer Jeala, doskonale wiedząc, że jak tylko odbierze, to nie omieszka mi natychmiast wytknąć, że doskonale wiedział, iż, tak czy inaczej, w końcu po niego zadzwonię, aby przyjechał i zabrał mnie z tego piekła. Nie chciałem mu przyznawać racji, więc ułożyłem sobie formułkę, jaką powiem, by go nie dopuścić do głosu, gdy tylko będzie mi to dane, ale po ósmym sygnale dźwiękowym z rzędu uznałem, że najwyraźniej jest zajęty. Zazwyczaj odbierał już po drugim. Stałem przez chwilę w miejscu, wgapiając się w komórkę, dopóki wibracja nie oznajmiła mi, że mam wiadomość tekstową.
"Ferann jest na spotkaniu. Coś ważnego? Jean."
Był to sms od Jeanette, więc najwyraźniej Jeal musiał zostawić u niej na biurku swój telefon, jak zresztą robił każdy z nas, gdy wypadały nam ważne spotkania w siedzibie firmy. Wiedziałem, że może mu to zająć jeszcze sporo czasu, więc nie chcąc alarmować przyjaciół, wystukałem tylko szybko wiadomość zwrotną.
"Bez obaw, tylko się melduję. Zadzwonię z domu wieczorem. Pozdrów Jane i jej tabelki w Wordzie."
Wysłałem smsa i wzdychając ciężko, wróciłem na zajmowane wcześniej przeze mnie krzesło. O dziwo, Alex wciąż tam siedział, czekając na mnie, więc albo nie zajęło mi to tak dużo czasu, jak myślałem, albo nie miał nic lepszego do roboty. Widząc moją niezbyt uradowaną minę, uniósł brwi.
- Nie dali ci tego urlopu?
- Hm? - zapomniałem przez moment, o czym wcześniej rozmawialiśmy. - Oh, nie, mam urlop, choć nie do końca z własnej woli... - ostatnie kilku słów wymamrotałem do siebie pod nosem, ale szybko się otrząsnąłem. - Chciałem załatwić sobie podwózkę do domu, ale przyjaciel jest na spotkaniu i wygląda na to, że jeszcze trochę tu sobie pokoczuję. - zerknąłem przez szklane drzwi szpitala na zewnątrz i wzdrygnąłem się, widząc ocierających pot z czoła ludzi piekących się w trzydziestu-paru stopniach. - Lepiej tu niż tam...

<Alex?>

Od Alexa CD Jodissela

Spojrzałem na chłopaka, który przeprosił mnie kolejny raz. To było dla mnie dość dziwne, ponieważ, ze względu na mój wygląd, to ode mnie oczekiwano przeprosin, mimo że to nie były sytuacje z mojej winy. Chłopak oparł się o ścianę i patrzył niepewnie, jakby nie wiedział co zrobić.
- Co ty tak często przepraszasz? - Zapytałem nagle, tak jakby serio mnie to obchodziło.
- Nie wiem. - Mruknął widocznie zdziwiony moim pytaniem. - Przepraszam. - dodał po chwili, a ja się zaśmiałem pod nosem.
- Nie przepraszaj. - Przewróciłem oczami, patrząc na niego. - Zbyt częste przepraszanie jest słabe. To tak jakbyś mówił, że jesteś winien wszystkiemu i pozwalasz wszystkim cię zdeptać. - westchnąłem, skąd u mnie się biorą takie mądre zdania?
- Tak, wiem, że tak jest. - Zgodził się ze mną. - Ale nic na to nie poradzę.
- Trochę więcej pewności siebie i będzie dobrze. - wzruszyłem ramionami. - Jestem Alex, a ty to ?
- Jodissel - Wyciągnął do mnie dłoń, a ja ją uścisnąłem.
Jodi nie wyglądał najlepiej, więc zaproponowałem mu, żebyśmy usiedli na krześle. Mimo że jesteśmy w szpitalu, to raczej bym nie chciał, żeby ta osoba zemdlała. Mam w swojej głowie trochę rozsądku.
- Co tu robisz? - Zapytałem, rozglądając się po ogromnym holu. - Odwiedzasz kogoś ?
Nagle na korytarzu zrobił się wielki zamęt, ponieważ karetka przywiozła na noszach osobę, która była poważnie poobijana i miasto dużo krwi. Jodi i ja spokojnie obserwowaliśmy sytuacje. Lekarze i pacjentki szybko podbiegły do pacjenta, który ledwo żył i zaczęli krzyczeć, że trzeba jechać od razu na operacje. Gdy wszystko ucichło, spojrzałem na Jodiego czekając na odpowiedź.

Jodi?

wtorek, 3 września 2019

Od Anastazji CD Michaela

Niby byłam przyzwyczajona do grania przed ludźmi, to prawda. Jednak w momencie, gdy Michael poprosił, bym coś zagrała, poczułam dziwny, ale nie paraliżujący stres. W zasadzie stres to trochę dużo powiedziane. 
Chwilę zastanawiałam się, co mogłabym zagrać solo. Wpadła mi do głowy piosenka, którą zaczarowałam dziewczyny, właściwie nie wiem, dlaczego. Była prosta, ale to ona zadecydowała o moim przyjęciu do zespołu. Dołączyłam jako ostatnia, szukały nowej wokalistki. 
Lorde była jedną z moich ulubionych piosenkarek, a właśnie "A world alone" najchętniej słuchałam. Nie mogłam się powstrzymać i podśpiewywałam tekst. Po chwili już nie tylko cicho pod nosem. Moja wersja gitary elektrycznej była mocno wzbogacona, żeby całość nie brzmiała tak, jakby czegoś brakowało. Parę osób znów chciało wrzucić pieniądze, ale Michael zaraz je im oddawał. 
– Jaki team – zaśmiałam się, oddając mu gitarę. Jezu, czy kiedykolwiek przestanę się tak nieustannie szczerzyć? Nie miałam do tego nawet powodu.
– Nawet dobrze grasz. 
– Dzięki – uśmiechał się, choć nie byłam w stanie odgadnąć, co myśli. Mój wiecznie trwający niepokój i krytycznie niska samoocena wmawiały mi, że śmieje się w duchu z nieudolnego grania. 
Wyciągnęłam telefon i sprawdziłam godzinę, dziwiąc się, że czas tak błyskawicznie upłynął. 
– Cholera, chyba muszę wracać. Niedługo mamy z dziewczynami granie, a obiecałam, że trochę poćwiczymy. Sąsiedzi nas znienawidzą – znów zaśmiałam się, tym razem sarkastycznie. Chwilę zastanawiałam się, czy to powiedzieć, jednak Michael był jedynym do tej pory muzykiem w Nowym Jorku, którego poznałam. Przydałaby się choćby szczera opinia, choć to nie miał być przecież nasz pierwszy występ. – Właśnie, jeśli będziesz miał czas i ochotę to możesz wpaść. Chyba że to nie twoje klimaty, klasyk i Lana Del Rey, ale jeśli ci to nie przeszkadza - będziemy grać z moimi koleżankami dziś wieczorem w tym sporym pubie na ulicy obok – wskazałam wzrokiem  odpowiedni kierunek. – O, i jeśli nie masz nic przeciwko wężom.
Boo musiałam zabrać ze sobą, bo chciałam przestrzegać godzin podawania mu lekarstw, biedak się nieco zaprawił. Po graniu natomiast obiecałam dziewczynom tequilę. Znowu się zamyślałam, to chyba nigdy mnie miało nie opuścić. 
Chłopak spojrzał na mnie dziwnie, chyba po tej części z wężami. Gdy się chociaż odrobinę stresowałam, nawijałam jak katarynka. Po dłuższym poznaniu jednak mi to mijało. 
– Jeśli nie, to możesz przyjść choćby czegoś się napić, bo teraz muszę lecieć – wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. 

Michael?

Od Lorcana do Maximiliana

Chłód. Zimno przenikające aż do szpiku. Małe igiełki wbijające się w ciało. A potem oddech wyciskany z płuc. Obudziłem się zlany potem, kaszląc, jakbym ciągle się topił. Nie lubiłem spać, nie lubiłem śnić. Prochy były dobre, ale jeszcze nie ogarnąłem kiedy i z czym wchodzą w relacje i dają senny miks. Nie chciałem śnić, bo w snach wracał ten jebany sukinsyn. Debil. Dupek. Matoł. Lucy. Luc. Mój prywatny upadły anioł. Potrzebowałem go. Każdego dnia. Co z tego, że prawie trzy lata nie zmienił miejsca, będąc trzy metry pod ziemią. Z szafki nocnej, stojącej koło łóżka wyciągnąłem fajki, przy okazji sprawdzając zapas gumek. Trzeba się przejść do apteki. Może i lubiłem niebezpieczne zabawy, ale łapanie chorób wenerycznych, czy czegoś poważniejszego nie było moją pasją. Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się nikotyną. Wystarczyłoby otworzyć whiskey, zamknąć oczy i chwilę udawać, że Lucy tak właściwie się nie zaćpał. Tylko leży obok. Śpi. Gorzej, że po otworzeniu oczu ta iluzja pękłaby jak bańka mydlana.
***
Imprezy miały w sobie coś magnetyzującego i uroczego. Działo się na nich wiele rzeczy. Prawdopodobnie więcej, niż było na nich ludzi. Dlatego siedzenie za barem i sączenie drinków traktowałem raczej jako hobby niż zabawę. Nie wiadomo kogo można było spotkać. Dzisiaj jednak nie szedłem na kolejną zakrapianą imprezę w nocnym klubie, gdzie światło dawało pozory intymności i prywatności. Nie. Dzisiaj wesoło zmierzałem do jednego z klubów, żeby wieczorem zagrać ludziom na pianinie. Nawet byłem w miarę czysty. Oczywiście mówię o dragach.
Wchodząc do klubu, zauważyłem, że ktoś kręci się koło pianina. Nie żebym był silnie przywiązany, ale lubiłem mieć je tylko dla siebie. Przynajmniej przez ten jeden wieczór. Niezadowolony podszedłem z rozmachem i siadłem na siedzeniu przed instrumentem. Mężczyzna popatrzył się na mnie i usiadł gdzieś w pobliżu sceny. Postanowiłem się nim nie przejmować. Na umówiony znak zacząłem grać. I jakoś tak minął cały wieczór.
***
Powoli ruszyłem w stronę swojego mieszkania, stawiając kołnierz do góry. Zaczęło lekko siąpić, jak to w letnie wieczory.
- Jesteś cały mokry. - Rzucił z cwanym uśmiechem Lucifer.
- Leje jak z cebra, a stacja metra jest dwadzieścia metrów stąd! - Prychnąłem. - A o ile dobrze wiem, to ty kazałeś mi zostawić parasol w domu!
- Złość piękności szkodzi. - Podszedł, chyba specjalnie kręcąc biodrami. - Więc nie przesadzaj.
- Masz jakiś plan, żebym przestał się na ciebie gniewać? - Uniosłem brew.
- Nawet kilka. - Zerknął na moje usta. - A każdy zaczyna się pod prysznicem…
Potrząsnąłem głową. Ogarnij się Lori, Luc od prawie trzech lat jest zakopany w piachu i wącha kwiatki od dołu. Nie wróci. Oblizałem usta i w ostatniej chwili skierowałem się ku mojemu ulubionemu klubowi nocnemu. Kiedy stałem w kolejce (bo nie zawsze chciało mi się wchodzić tak od razu) poczułem, że ktoś mnie szturcha w ramię.
 - Czy to nie paradoksalne, że z kameralnego klubu z pianinem przychodzisz do najbardziej znanego klubu nocnego w Nowym Jorku? - Zapytał mężczyzna, który kręcił się koło pianina wieczorem.
- Cóż, podejrzewam, że w kameralnym klubie nikogo nie wyrwę. - Wyciągnąłem z kieszeni fajki i bez ceregieli odpaliłem jedną z nich. - Chyba, że mówisz o sobie. Wtedy nie wiem, czemu tu jesteś.

Max?

poniedziałek, 2 września 2019

Od Leroya CD Lorcana

Wszystkie wiatraki kręcą się na maksymalnej prędkości, klimatyzacja szumi, ale i tak wciąż jest gorąco. Nie, gorąco to chyba za lekkie słowo, jest parno, upalnie, duszno, nie do zniesienia. Ciasne uliczki i wielkie budynki robią z Nowego Jorku labirynt suchego powietrza, którym wręcz nie da się oddychać. Wieczne spaliny i żar lejący się z nieba nie pomaga.
– Gorąc – burczy Priya, przeciskając się przez drzwi na zaplecze, niosąc górę talerzy. Otwieram je szerzej. Kiwa mi głową niby na podziękowanie. River wyskakuje za ladę, bezmyślnie bawiąc się swoją plakietką z imieniem. Godzina dwunasta, HaZy jest zapchane. W sumie nie dziwota, sama klimatyzacja przyciągnęła pewnie połowę tych ludzi. Dziękuję sobie za to, że wpadłem na pomysł zamontowania jej w budynku. Inaczej wszyscy już bylibyśmy martwi (choć i tak w tej temperaturze większość ludzi jest bliska śmierci). Priya wraca z zaplecza i dopiero gdy odchrząkuje, wyrywa mnie z zamyślenia – ktoś z godzinę temu przyszedł tu w kostiumie kąpielowym. Tylko kostiumie.
– A ja widzę kogoś w futrze – rzucam okiem na zapełnione kanapy. Boże, jak on wytrzymuje?
– Ja kogoś w pełnym stroju Spider-Mana – dorzuca River, nawet nie rzucając na nas oka zza kasy.
– To Nowy Jork – wzrusza ramionami Priya, zapinając włosy w wysoki kucyk. I tak loki spadają jej na twarz. Wydaje się poirytowana, ale nie dziwię się jej, ta temperatura potrafi działać na nerwy – To zbiorowisko dziwaków.
– Najlepszych – odbijam piłeczkę i Priya krzywi się w uśmiechu, który ewidentnie próbowała zatrzymać.

Oczywiście upał nie mógł być jedynym problemem, inaczej świat stanąłby na głowie. Dostawa nie dotarła, przez co musieliśmy wykreślić prawie wszystkie smoothie z menu, muzyka zacięła się nie raz, a trzy, no i ktoś przyszedł z psem, co wywołało reakcję łańcuchową, od przerażonego sytuacją właścicielki do rozjuszonej matki, chcącej dzwonić na policję. Na szczęście nie doszło do rękoczynów, choć widziałem, jak Eden zakasuje rękawy. Reszta dnia toczy się dość spokojnie, chociaż przez temperatury i tłum wiatraki zdają się szwankować i boże, kolejna rzecz, którą trzeba się zająć. Przynajmniej do zachodu w klubokawiarni jest mniej więcej tłum, co może, ewentualnie, nadrobi za straty. Po dwudziestej pierwszej ludzie już się wykruszają, jakby zmierzch zmuszał ich do wyjścia na zewnątrz, choć pewnie to jedyny czas, kiedy faktycznie da się wyjść na zewnątrz. Gość w futrze żegna się, machając prawie pełnym kubkiem z mrożoną kawą i znika za drzwiami, co czyni HaZy Dreams oficjalnie wolnym od klientów. River całkiem szybko podobnie ląduje przy wyjściu, zaciskając w dłoni firmową koszulkę. Mówi coś o czyichś urodzinach i zatrzaskuje drzwi, przy okazji odwracając plakietkę na stronę ZAMKNIĘTE. Klimatyzacja wciąż szumi, chociaż lżej. Powietrze jest dość zimne. Wskakuję na zaplecze, wciskając naczynia do zmywarki.
– River dobrze gada – odzywa się po chwili Dakota, włączając radio, przez co cichy wcześniej lokal wypełnia się jakąś dość znaną melodią. Pop, coś w tym stylu. Taylor Swift? Może coś innego, nie mam czasu się zastanowić, bo Dakota wskakuje na blat i znowu coś mówi, choć muzyka praktycznie całkowicie go zagłusza.
– Co?
Znowu coś mówi, ale go nie słychać. Chcę mu to powiedzieć, ale zanim otworzyłem usta, by krzyknąć, muzyka cichnie. Priya stoi przy głośnikach ze zmarszczonymi brwiami.
– Mówię – odzywa się znowu Dakota, brzmi na poirytowanego – że River ma rację. Ta temperatura wykańcza. Trzeba się jakoś rozluźnić.
– I co proponujesz? – Priya podnosi brwi wysoko, gdy Dakota zeskakuje z blatu, by podskoczyć do kolumny i spróbować pogłośnić muzykę. Nie udaje mu się, Priya stoi jak ściana, w dodatku jest od niego chyba o dwie głowy wyższa.
– No, imprezę. Pozwiedzamy miejscowe kluby, zobaczymy, jak tam jest–
– A co z Hydrą?
– Ej tam – Dakota macha ręką i gdy tylko Priya odsuwa się, rzuca się na głośnik i znów pop odbija się po ścianach – weź, Ri, w poniedziałki i tak jest pusto. A teraz zaczęli wszyscy pracę, to jeszcze gorzej. No chodźcie, rozluźnimy się, możemy popatrzeć, jak bardzo źle jest u innych w porównaniu z nami...
Priya rzuca mi pytające spojrzenie, jakby nie była pewna, co ma odpowiedzieć.
– W sumie Dakota nie gada głupot – mówię powoli, odkładając szklanki na ich miejsce. Widzę, że Priya przelicza pomysł w głowie. Pewnie wylicza tysiąc plusów i minusów sytuacji, które i tak wyjdą równoważne. Zwraca na mnie wzrok, choć ewidentnie głową jest gdzieś indziej – Możemy obczaić konkurencję, zobaczyć co inni robią na Manhattanie...
Zastanawia się minutę, dwie, gdy Dakota wije się wokół niej do nowej, żywszej melodii.
– Konkurencja...niech będzie – Wzdycha po chwili, niby zrezygnowana, ale widzę cień uśmiechu pojawiający się na jej ustach. Dakota momentalnie promienieje – Ale w zamian za zamknięcie dziś, jutro robimy drinki za pół ceny. Inaczej nie nadrobimy.
– Świetnie, to co, widzimy się tu za pół godziny, muszę się przebrać, to cześć! – rzuca na jednym wdechu i znika za drzwiami. Słyszę za sobą rozbawiony głos Priyi.
– W co my się wpakowaliśmy?

Punkt dziesiąta wieczorem spotkaliśmy się przy drzwiach klubokawiarni (my, jako ja, Priya w aksamitnej sukience, Dakota z czymś, co tylko w małym stopniu mogło nazywać się koszulką, Jaden, Tanya i ktoś, kto przedstawia się jako Eric). Dakota krzywi się, taksując mnie wzrokiem.
– Mogłeś się bardziej postarać.
– Hej, biała koszula to doskonały wybór na wyjś–
– Dobra, idziemy – zarządza wymalowana na bóstwo Tanya i rusza ze stukotem szpilek w głąb ulicy, nie pozwalając mi skończyć.

Wchodzimy do pięciu klubów w ciągu dwóch godzin, w każdym spędzamy mało czasu, bo albo komuś nie podoba się muzyka, albo drinki za drogie czy niedobre, albo dziwni ludzie kręcą się po lokalu. Po jakimś czasie grupka się rozpada, bo po drodze gubimy Dakotę i Erica, potem w kolejnym klubie nie możemy znaleźć Jadena, wreszcie zostaję tylko ja i Priya. Klub, w którym wylądowaliśmy, nie jest jakoś wybitnie zatłoczony, ale i tak trudno dostać się do baru bez zostania popchniętym chociaż dziesięć razy. Priyę ktoś wyciągnął na parkiet, choć nie wyglądała na tak złą, jak wcześniej tego wieczoru, gdy ktoś zaproponował jej taniec.
Muzyka łupie po uszach, światła migają, trudno skoncentrować się na czymkolwiek. Mam wrażenie, że ktoś do mnie coś mówi, ale gdy rozglądam się bacznie, nikt nie patrzy się na mnie, co wyklucza sprawę. Jezu, chyba muszę usiąść.
Na szczęście kilka stołków barowych jest wolnych, więc siadam na jednym z tych na uboczu. Rzucam okiem na bar. Dwójka barmanów kręci się jak szalona, próbując zadowolić wszystkich klientów. Obok mnie są trzy miejsca wolne, dalej ktoś siedzi. Rzucam okiem na parkiet. Priyi nie widać. W sumie co mi tam, pogadać nie zaszkodzi.
Przesuwam się na stołek obok osoby. Patrzy się gdzieś w bok, skupionym wzrokiem. Barman zbliża się do mnie z pytaniem o zamówienie wymalowanym na twarzy.
– Martini poproszę – rzucam bezmyślnie, w końcu to jeden z bardziej znanych drinków, co nie? Barman kiwa głową – I virgin Mojito do tego.
Czuję na sobie wzrok osoby obok, więc zwracam głowę w jej stronę. Chłopak, może mieć jakieś dwadzieścia lat, ciemne włosy zaczesane à la Elvis, chociaż grzywka spada mu na czoło i gdyby była przesunięta o kilka milimetrów w którąkolwiek stronę, zasłaniałaby mu widok. Chorobliwie blada skóra odbija kolorowe światła, chłopak sam przez jasność cery wygląda, jakby się świecił. Podnosi brwi, a na jego ustach tańczy drobny uśmiech, gdy przesuwam Martini w jego stronę. Oliwka tańczy w białym drinku, ja dostaję swoje Mojito i zaciskam zimną szklankę w dłoni. Jezu, jak tu jest duszno. Chcę podwinąć rękawy, ale orientuję się, że musiałem to zrobić wcześniej. I tak jest gorąco.
– Leroy – mówię do chłopaka po przełknięciu łyka napoju. On bierze swój drink do ust, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Gdy go odsuwa, oblizuje wargi. Oho.
– Lorcan.
– O, no proszę, też na L, co za zbieg okoliczności – wyrywa mi się, zanim się powstrzymałem, ale chłopak (Lorcan, podpowiada mi mózg) nie wydaje się bardzo oburzony potokiem słów, więc wyprostowuję się i mówię dalej – No, to co cię tutaj w środku tygodnia sprowadza, Lorcan?

Lorcan?
przepraszam za brak fabuły aaaa

Od Jodissela CD Alexa

Miałem dzisiaj jakieś wybitne szczęście, żeby wpadać na ludzi. Może to ta zachwiana równowaga po wypadku? Albo udar słoneczny? Kto by to wiedział. Tak czy inaczej, po tym, jak nieudolnie próbowałem pomóc oblanemu przeze mnie wodą chłopakowi, udało mi się wbić ponownie prosto w grupę zaskoczonych studentów, których o mało nie staranowałem już wcześniej, wychodząc, a teraz — gdy postanowiłem usiąść na krześle w głównym korytarzu, aby jednak zrzucić z głowy koronę i zadzwonić po Jeala, żeby po mnie przyjechał, bo tu umrę. Gdy jednak udało mi się przebić przez studentów, nie powodując uszczerbku na zdrowiu ani moim, ani ich, błyskawicznie stanęła przede mną kolejna przeszkoda. A dokładniej — ten sam gość, który po naszym ostatnim spotkaniu wciąż ociekał lekko wodą. No, może nie ociekał, ale ubranie wciąż miał wilgotne, a wiedziałem o tym, bo zanim udało mi się odzyskać równowagę, musiałem się chwycić pierwszej lepszej rzeczy, jaka znalazła się na mojej drodze, a był to akurat ten chłopak.
- Znowu ty? - usłyszałem jego zirytowany głos.
Wyprostowałem się, próbując odzyskać godność i zobaczyć z czyjej ręki przyjdzie mi zginąć. Chłopak był wyższy ode mnie o pół głowy, co nie było takie trudne, patrząc na mój wzrost, a przy tym wydawał się gdzieś tak dziesięć razy bardziej umięśniony niż ja, więc nie mówiąc przez dłuższy moment ani słowa, odsunąłem się nieco, aby nie być w razie czego w zasięgu jego ręki. Bądź co bądź, wciąż kręciło mi się w głowie i byłem nieco osłabiony dłuższym pobytem w szpitalu, więc wolałem nie ryzykować.
- Przepraszam... - mruknąłem znów, wiedząc doskonale, że brzmi to żałośnie, bo ileż można przepraszać, ale nie mogłem nic na to poradzić. Jeal i tak zawsze twierdził, że jestem typem osoby, która przeprasza, że żyje i oddycha tym samym powietrzem co inni. Nienawidziłem się z nim zgadzać, no ale miał trochę racji. - To nie było naumyślne. Proszę. - mówiąc to, odsunąłem się nieco na bok, aby przepuścić chłopaka, samemu opierając się lekko o ścianę, gdyż znów zaczęło mi się kręcić w głowie i ciemnieć przed oczami. Zacisnąłem dłoń mocniej na butelce już prawie opróżnionej z wody. Krzesło, do którego początkowo zmierzałem, znajdowało się niedaleko, ale jako ultrauprzejma osoba, wydawało mi się, że niegrzecznie byłoby olać gościa i po prostu pójść sobie usiąść, więc czekając na jego odpowiedź — jakakolwiek by ona być nie miała — po prostu opierałem się o chłodną ścianę.

<Alex?>

Od Alexa cd Jodissela

Dzisiaj miałem dość ciężki dzień, moja mama wylądowała w szpitalu, a ja nawet nie wiedziałem dlaczego... Mogę winić o to tylko mojego ojca. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i wybrałem numer ojca. Chociaż, że rzadko z nim rozmawiałem to przełamałem się, aby dowiedzieć co jest z mamą...
- Cześć - Powiedziałem do słuchawki, gdy usłyszałem głos ojca przez telefon. - W którym szpitalu leży mama? - Zapytałem. - Co jej zrobiłeś?.... Oj nie tłumacz się... Nara.
Rozłączyłem się i od razu zadzwoniłem do szefa, że dzisiaj nie pojawię się w pracy z powodu osobistych. Ubrałem się szybko, wziąłem kluczyki do motocyklu i wyszedłem z domu. Wyciągnąłem z garażu motocykl i od razu ruszyłem do szpitala. Jadąc do szpitala, mijałem bardzo dużo samochodów, które stały w korku.
- Jak dobrze, że mam motor. - Powiedziałem sam do siebie.
W końcu po około 45 minutach jazdy zjawiłem się na terenie szpitala. Zaparkowałem na wolnym miejscu i zacząłem wbiegać po schodach do drzwi ogromnego budynku. Gdy już wchodziłem do budynku, poczułem pchnięcie i zimną ciecz na sobie. 
- Najmocniej przepraszam. - Powiedział jakiś męski głos.
Złapałem równowagę i spojrzałem na swoje ubranie, które było w większości przemoczone jakąś cieczą. Na szczęście była to tylko woda.
- Spoko. - mruknąłem. - Nic mi nie jest. - Gdy chłopak próbował mi pomóc, ale nie wiem w czym. 
- Naprawdę nie chciałem, ktoś na mnie wpadł i ... - Zaczął się tłumaczyć, jakby oblał kogoś ważnego. Szybko mu przerwałem.
- Już powiedziałem spoko. - Mruknąłem.
Ominąłem chłopaka i pobiegłem szybko do recepcji, aby zapytać gdzie jest mama. Pielęgniarka, która miała na karku około piędziesiątki wskazała mi drogę. Szybko dobiegłem do maleńkiej sali, w której była tylko moja mama. Nikt przy niej nie był. 
- Cześć. - Powiedziała ledwo się uśmiechając.
- Cześć. - Odpowiedziałem.
Usiadłem obok niej na taborecie koło łóżka. Byłem lekko zdenerwowany gdy ją zobaczyłem, miała parę siniaków. Matka zaczęła tłumaczyć jak się tutaj znalazła, a potem wylewała żale że dawno mnie nie widziała.
- Przepraszam ale musimy zrobić badania. - Wtrąciła nagle pielęgniarka, która weszła do sali nie wiadomo kiedy. Kiwnąłem głową.
- Przyjadę jutro. - Pocałowałem ją w czoło i wyszedłem z sali.
Schodziłem po schodach i skierowałem się od razu na główny korytarz, nagle ktoś znowu na mnie wpadł.
- Znowu ty ? - Zapytałem z lekką irytacją, gdy okazało się, że to ta sama osoba na mnie wpadłą wcześniej.
Jodi?