piątek, 9 sierpnia 2019

Od Jodissela CD Erica

Rozumiałem, owszem, co miał na myśli i nawet już zaczęły mi w głowie kiełkować pomysły na oryginalny, ale utrzymany w dobrym stylu strój dla tego młodego mężczyzny, jak się okazało: zawodowego pływaka. Ciemne kolory, strój robiący wrażenie, ale nie przesadzony — dało się to załatwić. Chciałem go o tym zapewnić, ale przerwała nam kelnerka, przynosząc zamówienie mojego rozmówcy, więc, zamiast się odezwać, wykorzystałem ten czas na kolejne, tym razem dokładniejsze przyjrzenie mu się. Oczywiście miał typową, szczupłą sylwetkę pływaka, a przy tym pachniał delikatnie chlorem, czego się w zasadzie spodziewałem. Raczej nie powinno być problemów z dopasowaniem garnituru, być może nawet nie musiałbym się bawić w szycie na miarę, o ile znalazłbym odpowiedni wzór, który odpowiadałby i jemu, i moim wyobrażeniom. Zerknąłem na jego twarz, kiedy uśmiechał się do kelnerki. Miał dość specyficzne rysy twarzy, powiedziałbym, że mógłby tak wyglądać Rosjanin, ale za to jego nazwisko, Perez, brzmiało nieco hiszpańsko. Nie znałem się jednak na tym, więc nie potrafiłem jednoznacznie ocenić, jakiego pochodzenia mógłby być mój potencjalny klient.
Eric przeniósł swój wzrok na mnie, więc przyssałem się do swojej kawy, żeby nie zrazić go swoim gapieniem się. Mój nawyk oceniania wszystkich pod względem wizualnym — ponieważ każda osoba była dla mnie potencjalnym modelem i klientem — bywał czasami irytujący dla ludzi, z którymi rozmawiałem.
- Raczej nie jestem zbyt wybredny i jeśli podejmie się pan mojego wyzwania, zaufam pańskiemu oku i doświadczeniu. - dodał Eric, a następnie zaczesał włosy na tył, co natychmiast przykuło moją uwagę. Zamrugałem.
- Wiem, że jeśli miałbym ci pomóc, to powinienem skupić się raczej na dobraniu odpowiedniego rozmiaru, materiału i wzoru garnituru, ale... Wybacz, nie mogę puścić cię na galę z takimi włosami. Wiem, że pływacy mają dość zniszczone włosy przez chlor i ciężko sobie poradzić z taką szopą...- tu przewróciłem oczami, bo ja nawet pływać nie potrafiłem, a włosy miałem takie same. -...ale będziemy musieli coś z tym zrobić. Choć przyznaję, że łatwo moglibyśmy zamienić to w atut — daje to niezwykły efekt, naprawdę niepowtarzalny styl, widoczny szczególnie na zawodach, co zresztą przypuszczam, że doskonale jest ci znane, gdy zawodnicy dopiero co przyjeżdżają i wchodząc na pływalnię, zdejmują czapki, ujawniając burze włosów. Można powiedzieć, że to swego rodzaju wasz znak rozpoznawczy. - uśmiechnąłem się do niego promiennie, już widząc, że ten pomysł podoba mi się coraz bardziej. Nawet przy tym nie zwróciłem uwagi, że bez żadnego ostrzeżenia przeszedłem na "ty". Zbyt bardzo byłem podekscytowany wizją nowego, ciekawego projektu, nad którym mógłbym posiedzieć dłuższą chwilę, nie będąc nękanym przez nikogo o mój wątpliwy stan zdrowia. - Tak więc... Owszem, zgadzam się. Pomogę ci. Będziemy musieli jednak obgadać jeszcze kilka kwestii, będę musiał przeprowadzić z tobą wywiad, aby wiedzieć, czego się spodziewać.
Opadłem na oparcie krzesła, posyłając Ericowi lekki uśmiech i czekając na aprobatę — lub nie — z jego strony.
<Eric?>

Od Cassandy

Otworzyłam leniwie oczy, kiedy poczułam na swojej twarzy ciepły i nie dość świeży oddech. Chwilę zajęło mi dojście do siebie. Wyciągnęłam spod kocyka rękę i położyłam na łbie mojego psa.
- Hej mały. - Mruknęłam. - Co byś chciał?
Nie spodziewałam się, że odpowie on pełnym zdaniem. Westchnęłam niechętnie.
- Daj mi jeszcze pięć minut.
Tym razem usłyszałam pomruk oraz stukot pazurów o panele. Zawsze, kiedy się niecierpliwi przestępuje z łapy na łapę.
- Nie odpuścisz? - Podparłam się na łokciach i spojrzałam mu prosto w oczy. Dante tylko chrząknął.
Zrzuciłam z siebie kocyk i zwlokłam się z łóżka. Dzień zapowiadał się naprawdę dobrze. Słońce świeciło coraz zasłaniane chmurami. W końcu chłodniejszy dzień. Zaczęłam kierować się do kuchni. Po drodze złapałam miskę mojego futrzaka. Na miejscu wrzuciłam do blaszanego pojemnika dwa małe korpusy z kurczaka. Miskę oddałam pupilowi, a sama wyciągnęłam sok. Popijając zimny napój oglądałam jak sprawnie radzi sobie z kośćmi.
Puste naczynia włożyłam do zmywarki i udałam się pod prysznic. Oczywiście wcześniej włączyłam muzykę. W końcu co to za prysznic bez śpiewania?

***

Spojrzałam na zegarek. Była dopiero piętnasta.
- Jaja sobie robisz? - Mruknęłam.
- Cass... - Westchnął. - Zrób sobie w końcu wolne. Od dwóch miesięcy codziennie przychodzisz tutaj załatwiasz papierki, odbierasz dostawy, a czasami później jeszcze stoisz za barem do późna.
- No weź.... - Jęknęłam. - Nastawiłam się na kilka darmowych drinków od klientów.
- W takim razie ubierz się i idź na miasto. Tylko jakoś stosownie. - Mocno podkreślił ostatnie słowo. Całe życie byłam i będę jego młodszą siostrą. Wiedziałam, że nie wygram.
- Niech Ci będzie. Jak nie chcesz na mnie zarobić to pójdę dać te pieniądze konkurencji. - Podniosłam się z sofy.- Dante. Idziemy. - Pies podniósł łeb i spojrzał na mnie oczami pełnymi wyrzutu. Chciał jeszcze poleżeć na tym cholernie wygodnym meblu. - Mały nie chcesz wiedzieć co dzieje się tam po godzinach. - Zażartowałam i rzuciłam tylko jednoznaczne spojrzenie bratu.
- Ej! Nie znasz prawdy to mnie nie oczerniaj.
- Dałbyś mi chociaż raz ją przetestować.
- Sp... Wyjdź już.
- Się robi szefie.
Jak ja kocham go denerwować.
Załadowaliśmy się do mojego auta i wróciliśmy do domu. Skoro mam wolny dzień może czas zająć się sobą. Wskoczyłam w dresowe krótkie spodenki i jakąś pierwszą lepszą koszulkę na ramiączka. Zaopatrzyłam się w śmieciowe żarcie znalezione w kuchni i tak wyposażona rozwaliłam się na kanapie w salonie. Złapałam pad do PlayStation i włączyłam ostatnią grę.
Kiedy już wszystkie znane chyba ludzkości wygodne pozycje do grania zostały przeze mnie wykorzystane podniosłam swoje leniwe dupsko. Czas się trochę rozciągnąć. Przebrałam brudną od chipsów koszulkę na nową. Zebrałam swoje pięćdziesiąt kilo szczęścia w nieszczęściu i wyszłam trochę pobiegać.
Przystanek zrobiliśmy po naprawdę dłuższym odcinku drogi. Usiadłam na jednej z ławek w parku. Z kieszeni spodenek wyciągnęłam paczkę papierosów. Jednak nie mogło być za łatwo. Genialna ja zapomniałam sprawdzić, czy mam zapalniczkę. Rozejrzałam się wokół. Poza mną nie było ty praktycznie nikogo. Poza jakąś postacią siedzącą kilkanaście metrów dalej. Nie zdziwiłam się w sumie było już po dwudziestej drugiej, a na dodatek piątek. Niewiele myśląc podeszłam do nieznajomej mi postaci.

Ktoś? Coś?

Od Erica cd Jodissela

- Wszystko zależy od tego, jaka to gala i w jakim charakterze się pan tam udaje, panie Perez. Musiałbym wiedzieć, czy ma pan jakieś własne pomysły na aranżację swojego stroju, abym mógł się na czymś wzorować i wiedzieć, w jaką stronę zdecydowanie nie iść. - poinformował mnie mężczyzna, gdy wysłuchał moich słów. Ulżyło mi nieco, gdy nie uzyskałem jeszcze wyraźnej odmowy. Miałem mało czasu, a ryzyko, że mój trener spyta mnie o sprawę, rosło z każdym dniem. 
- Ale zanim zdecyduję, czy podjąć pańskie wyzwanie, chciałbym wiedzieć... Skąd pan się o mnie dowiedział? - dodał Jodissel i przekrzywił głowę w bok, co spowodowało, że kilka kosmyków jego włosów zsunęło się ze swego właściwego miejsca. - Nieczęsto zdarza mi się zostać rozpoznanym na ulicy. Niech pan tylko nie mówi, że już kiedyś pana poznałem, tylko pana nie pamiętam.
W reakcji na te słowa pozwoliłem, aby mój prawy kącik ust powędrował nieco w górę. 
- Mój znajomy z pracy kiedyś napomknął o pańskiej firmie w mojej obecności, a z racji tego, że jestem z natury ciekawskim człowiekiem, tyle informacji wystarczyło mi w zupełności. Uznałem, że taka wiedza może mi się kiedyś przydać i proszę, nie pomyliłem się - wyjaśniłem, unosząc spoczywającą na blacie dłoń, aby móc oprzeć na niej podbródek.
- Wracając do sedna, będzie to gala związana z krajowymi zawodami pływackimi, na które udaję się oczywiście jako zawodnik. - oznajmiłem rzeczowo, stukając paznokciami o nawierzchnię stołu. - Co do pomysłów, wolę zdać się na profesjonalistę. Nie mam pojęcia, co mogłoby pasować na taką okazję i dobrze się na mnie prezentować. Wiem jednak na pewno, że wolałbym, aby było to coś w naturalnych, ciemnych kolorach. Coś niezbyt krzykliwego, lecz robiącego wrażenie. Raczej nie widzę siebie w stroju kanarka - ostatnie zdanie zabarwiłem nieco żartobliwym tonem, przez cały czas nie spuszczając wzroku z siedzącego naprzeciwko mnie szatyna, po czym dodałem: - Mam nadzieję, że rozumie pan, co mam na myśli?
Przybycie kelnerki na moment odciągnęło moją uwagę od mężczyzny. Odsunąłem ręce, aby dziewczyna swobodnie mogła położyć moje zamówienie na blacie. Podziękowałem jej z krótkim uśmiechem, po czym wróciłem wzrokiem do Jodissela. W międzyczasie zacząłem bezgłośnie mieszać pomarańczowy syrop w swojej kawie.
- Raczej nie jestem zbyt wybredny i jeśli podejmie się pan mojego wyzwania, zaufam pańskiemu oku i doświadczeniu - dodałem po chwili, odgarniając część nadal wilgotnych włosów do tyłu, które w irytującym nawyku lubiły przysłaniać moje oczy.
Musiałem przyznać, że formalne zwracanie się do osoby będącej prawdopodobnie w wieku podobnym do mojego było dla mnie czymś niecodziennym. Zazwyczaj nie musiałem bawić się w podobne grzeczności. 
(Jodi?)

Od Jodissela CD Erica


Z cichym westchnieniem zerknąłem na zegar wiszący na kolumnie centralnie przede mną. Dochodziła godzina, podczas której większość ludzi powinna być w pracy, jednak w moim przypadku był to czas, aby się z mojej pracy ulotnić. Nie z własnej woli oczywiście. Wokół mnie już od kilkunastu minut niczym wściekłe sępy krążyli moi współpracownicy, starając się wmówić mi, że moje samopoczucie jest gorsze, niż mi się wydaje i z całą pewnością nie mam siły pracować tak ciężko, jak pracuję — to jest, przeorganizowując wizualną część naszej strony internetowej w przerwach od odpowiadania na męczące pytania o mój stan zdrowia.
Wszystko przez ten jeden jedyny dzień w tym tygodniu, kiedy zapomniałem zabrać ze sobą butelki wody i zasłabłem przez panujący w biurze zaduch. Nic nadzwyczajnego. Nawet gdybym nie był chory, mogło mi się zdarzyć. Ale nie, moi współpracownicy odebrali to jako incydent na miarę próby samobójczej i teraz niemalże codziennie monitorowali zawartość mojej torby, a także poinformowali mnie, że mają pełne prawo wywalić mnie z mojego własnego biura, jeśli tylko stwierdzą, że poradzą sobie w pracy beze mnie.
Widząc zatem wzrok Jeanette przewiercający mnie na wskroś zza szyby, posłusznie zabrałem swoją torbę i posnułem się do drzwi, nawet nie fatygując się, by zamknąć komputer — biorąc pod uwagę fakt, że dali mi wybór: albo wychodzę o podanej mi przez nich godzinie, albo odprowadzają mnie pod same drzwi apartamentu, wolałem nie zwlekać nawet minuty dłużej. Przechodząc obok biurka Jeanette, rzuciłem jeszcze tylko:
- Znikam na twoją odpowiedzialność...
...po czym machnąłem do uśmiechającego się do mnie niewinnie Jeala i wyszedłem prosto w ścianę gorąca, jaką był świat zewnętrzny poza siedzibą naszego sklepu. Przez moment dosłownie nie mogłem oddychać. Gdy tylko wróciły mi zmysły, wygrzebałem z kieszeni okulary przeciwsłoneczne i ruszyłem szybkim krokiem wzdłuż ulicy. Myślami byłem daleko, ale na szczęście zadziałała moja pamięć mięśniowa i zamiast wylądować po kilkunastu minutach marszu pod jakimś mostem, odnalazłem siebie stojącego naprzeciwko przyjaźnie wyglądającej kawiarni. Nawet nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, gdzie jestem, ale musiałem najwyraźniej już tu kiedyś być, skoro na myśl o przyjemnie chłodnej mrożonej kawie zjawiłem się właśnie tutaj. Nie zwlekając — w końcu gorąc dawał mi się nieco we znaki, a szopa ciemnych włosów w niczym mi nie pomagała — pchnąłem drzwi, już po chwili stawiając pierwsze kroki w lokalu. Było tutaj chłodno i wszędzie unosił się lekki zapach kofeiny. Rozejrzawszy się zdawkowo, zająłem miejsce przy jednym z małych stolików, a gdy zainteresowała mnie mną kelnerka, złożyłem zamówienie. Przeglądając się w szybie, poprawiałem właśnie kołnierz białej koszuli, kiedy usłyszałem czyjś głos mówiący:
- Dzień dobry, panie Sykes.
Choć nie miałem do tego żadnego powodu, przestraszyłem się lekko, że ktoś zwraca się do mnie po nazwisku. Nie rozpoznawałem głosu, więc zaskoczony spojrzałem na mężczyznę, który do mnie zagadał i już chciałem wstać, aby się z nim przywitać, ale on zajął miejsce po drugiej stronie wybranego przeze mnie stolika.
- Nazywam się Eric Perez - przedstawił się. - I chciałbym pana o coś spytać.
Wciąż lekko zaskoczony podałem mu rękę, słuchając uważnie, co ma mi do powiedzenia.
- Potrzebuję oryginalnego stroju na galę w przyszłym miesiącu, czy nie zechciałby mi pan pomóc?
Mój rozmówca miał bardzo miły głos i w dodatku uśmiechał się delikatnie, więc stwierdziłem, że warto mu dać szansę. Raczej nie projektowałem nic dla osób prywatnych, ale w sumie co mi szkodziło spróbować?
- Wszystko zależy od tego, jaka to gala i w jakim charakterze się pan tam udaje, panie Perez. - odsunąłem nieco swoją szklankę, aby móc złożyć dłonie na blacie stołu. Czekając na odpowiedź, przyjrzałem się mężczyźnie. Wyglądał młodo, gdzieś w okolicach mojego wieku, miał dość niespotykanego, jak dla mnie, koloru włosy, lekko wilgotne, jakby chwilę wcześniej wyszedł z basenu. Był też zdecydowanie wyższy ode mnie, co już takie trudne raczej nie było.
- Musiałbym wiedzieć, czy ma pan jakieś własne pomysły na aranżację swojego stroju, abym mógł się na czymś wzorować i wiedzieć, w jaką stronę zdecydowanie nie iść. - poinformowałem go jeszcze. - Ale zanim zdecyduję, czy podjąć pańskie wyzwanie, chciałbym wiedzieć... Skąd pan się o mnie dowiedział? - bezwiednie przekrzywiłem głowę na bok niczym ciekawski zwierzak. Nie panowałem nad tym, choć z natury starałem się tego nie robić. Rzadko mi jednak wychodziło. - Nieczęsto zdarza mi się zostać rozpoznanym na ulicy. Niech pan tylko nie mówi, że już kiedyś pana poznałem, tylko pana nie pamiętam. - posłałem mu lekki uśmiech, aby pokazać, że żartuję.
<Eric?>

Nino Bakeneko

Imię i Nazwisko: Nino Bakeneko
Przezwiska: Ma tylko jedno przezwisko, którym dosyć często posługuje się w internecie, a brzmi ono Neko.
Wiek: 18 lat
Płeć: Kobieta
Pochodzenie: Mimo posiadania rodziców pochodzenia japońskiego, to sama Nino urodziła się już w Stanach Zjednoczonych w Nowym Yorku.
Praca: Chodzi jeszcze do liceum. Jednocześnie jest też blogerką. Nagrywa krótkie i proste vlogi, wrzuca różne zdjęcia i opisuje swój dzień na swoim blogu, jak i niektórych social mediach.
Charakter: Jasnowłosa to na co dzień raczej cicha dziewczyna, prawie cały czas wpatrzona w ekran swojego telefonu. Siedzi tak na nim, odkąd tylko założyła bloga. Wie, że czasem przesadza z tym, jednak inaczej nie potrafi. Boi się, że mogłaby zawieść swoje Bakusie. Pokazuje im całą siebie, od góry do dołu, wypisz wymaluj Neko.
Jest strasznie rozgadaną dziewczynką, która w najlepsze mogłaby gadać i gadać. Nienawidzi, gdy ktoś jej przerywa i zawsze z utęsknieniem czeka, aż przestanie mówić, żeby sama mogła zabrać głos. Ponadto dużo się uśmiecha. Prawie cały czas. I łatwo ją rozśmieszyć. Wystarczy powiedzieć (nawet słaby) żart lub się potknąć, czy nawet kichnąć (nawet nie pytajcie). Może i jej śmiech na początku brzmi jak dźwięk dzwoneczków, jednak jak się weźmie i mocno ją rozśmieszy, to… świnka, traktor lub zebra – tak się opisuje jej prawdziwy śmiech. Może nawet brzmieć, jakby się dusiła, raz bibliotekarka w szkole jak to słyszała, to już chciała dzwonić po karetkę. Ale wszystko z nią w porządku! Chyba…
Jest bardzo dziecinna. Nawet nie wiecie, ile ma w szafie i na półkach rzeczy ze słodkim motywem, które mogą uchodzić za te przeznaczone dla dzieci. Ma nawet stos pluszaków, głównie leżących na łóżku lub w koszu obok. Bez przytulanki nie zaśnie, nawet jak Szprot będzie z nią spał. I to nic. Każdy jej pluszak ma imię, naprawdę. Jednak nie śpi z nimi tylko dlatego, że jest pluszakoholiczką. Brązowooka to jeden z większych tchórzów, jakich świat może znać. Nienawidzi horrorów w każdej postaci. Film, teledysk w piosence, książka, komiks – w każdej. Nie wspomnę o tym, że jak ma zrobić coś „strasznego”, to wnet lecą jej łzy z oczu. Tak naprawdę boi się bardzo wielu rzeczy, których nawet nie będę wymieniać, bo to częściowo żałosne. Jednak nie zawsze okazuje strach. Próbuje nieraz być odważna, nawet jej to wychodzi. Ale jak ma dojść co do czego, to wymięka i płacze, szkoda gadać.
No i nie potrafi rozmawiać z ludźmi płci przeciwnej. Kompletnie jej nie idzie. Ucieka wzrokiem, zakrywa twarz włosami (a przynajmniej próbuje) i jakoś kuli się w sobie (wyjątkiem jest Tetsu). Nikt nie wie, dlaczego tak dokładnie jest i jakoś nikt specjalnie nie próbował tego rozgryźć. I tak kompletnie inna wydaje się, gdy wchodzi do całego internetu. Przynajmniej w kwestii mężczyzn. 
Wygląd: Nino to niziutka i filigranowa dziewczynka. Posiada ledwo półtora metra wzrostu, przy wadze pięćdziesięciu kilo. Pyzate policzki, szczupła szyja, małe dłonie, drobne ramiona i nogi, a do tego płaski brzuch z wyraźnym wzięciem w talii i niezłym tyłkiem. O biuście lepiej nie wspominać, to dla niej drastyczny temat.
Co dziwne, jej włosy zawsze miały kolor jasnego brązu z ciemniejszym kleksem na środku głowy. Nie żartuję, ma tak od dzieciństwa, przez co była posądzana o farbowanie włosów w wieku czterech lat. Nieprzyjemna sprawa, uwierzcie. Zwykle sięgają one dziewczynie nieco za ramiona, a do ciemnobrązowych oczy wpada grzywka. Lubi się nią bawić, zwyczajnie dmuchając.
Styl jasnowłosej jest raczej luźny i wygodny. Mała ilość sukienek czy spódnic, dużo dżinsów i czarnych legginsów. A do tego szeroka, duża, najczęściej męska bluza. A ma takich pełno i to nie tylko przez podkradanie ich bratu. Jeśli chodzi o buty, to trzeba wspomnieć, że posiada bardzo dużo różnych par. Od zwykłych tenisówek przez platformy po buty na wysokim obcasie. Mają zakryć jej niski wzrost, który jest dla niej lekkim kompleksem.
Mówiąc o dodatkach, trzeba zaznaczyć, że raczej od nich stroni. Drobne kolczyki w uszach – okey. Bransoletkom i naszyjnikom mówimy raczej nie.
Jeśli o makijaż chodzi, to Neko może się trochę wypowiedzieć na ten temat. Ma niezły kuferek z różnymi tuszami, pudrami, szminkami i tym podobnymi. Co najśmieszniejsze, nigdy nie wie, jakich danego dnia użyć. Zawsze wtedy decyduje się na los ze strony Szprota. 
Zainteresowania/Hobby: Fotografia, koty, bajki, muzyka, no i jej blog oczywiście.

Rodzina:

  •  Asami i Nabuhiko Bakeneko – rodzice brązowookiej. Bardzo mili i tolerancyjni ludzie. Mimo że to dziadkowie zaaranżowali ich małżeństwo, zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Wielcy kociarze, zawsze mieli do nich słabość, więc w domu zawsze się roiło od tych zwierząt. Kiedy ich córka skończyła szesnaście lat, postanowili udać się w podróż dookoła świata, ratując zagrożone gatunki wielkich kotów. Co jakiś czas piszą do swoich dzieci listy, raczej się o nich nie martwiąc.
  •  Tetsuya „Tetsu” Bakeneko – starszy brat dziewczyny. Bardzo do niej podobny, mimo że dzieli ich pięć lat różnicy. Gdyby nie niski wzrost Nino mogliby uchodzić za bliźnięta, dosłownie. Na razie jedyny jej opiekun. Pracuje w policji, a także zajmuje się wszelkimi domowymi obowiązkami. Jego hobby? Ochrzanianie siostry, że nic nie robi. Jednak i tak ją kocha. No i strasznie jest względem niej opiekuńczy. Okropnie nie lubi, gdy używa przy nim telefonu i nagrywa coś na bloga. Rodzeństwo wbrew pozorom jest ze sobą bardzo zżyte. 

Partner: -
Zakochany/a: -

Orientacja: Heteroseksualna

Inne:

- Jej blog nosi nazwę „Świat Kotki”.
- Na wszelkich portalach społecznościowych używa nazwy „NekoNi”.
- Ma swoje „szczęśliwe” kolczyki w kształcie czterolistnych koniczynek, które były w zestawie z jednym jogurtem. Zakłada je tylko na wyjątkowe okazje.
- Uwielbia ubierać dwie różne skarpetki, które również określa mianem „przynoszących szczęście”.
- Wypija codziennie jeden kubek mleka, mając nadzieję, że jeszcze urośnie.
- Kiedy wstaje, to zwykle ma pełno sierści Szprota w buzi.
- Nazwa jej fandomu – Bakusie – wzięła się od członka „Bake” w jej nazwisku, które skojarzyło się jednemu z jej pierwszych „fanów” z nazwą jogurtu „Bakuś”. Postanowiła to wykorzystać.
- Jej nazwisko Bakeneko pochodzi od jednego z demonów z folkloru japońskiego – kota o dwóch ogonach, który po zjedzeniu człowieka mógł przybrać jego postać i żyć za niego. W dzieciństwie była straszona przez rodziców, że ich koty to skryte bakeneko, które tylko czekają, aż jasnowłosa będzie niegrzeczna, żeby ją pożreć. Wierzyła w te historie do dwunastego roku życia.
- Ma jedną wielką kolekcję bajek na DVD, które najbardziej jej się podobają.
- Miłośniczka muzyki gatunku k-pop, j-pop i j-rock.
- Potrafi płynnie mówić po japońsku, a jedzenie pałeczkami opanowała do perfekcji, przez co nieraz woli jeść właśnie nimi.
- Kompletne beztalencie, jeśli chodzi o gotowanie. Nawet nie wpuszczajcie jej do kuchni, aby zrobiła kanapki, bo skończy bez palców. 
Historia: Neko urodziła się jako drugie i ostatnie dziecko państwa Bakeneko, wielkich podróżników i dobrodusznych ludzi, prawdziwych kociarzy. Wychowywana została w pełnej rodzinie i kilkoma pupilami. Nigdy jakoś specjalnie nie była lubiana w przedszkolu, a potem w szkole. Zmieniło się, gdy w wieku szesnastu lat postanowiła prowadzić własnego bloga, który trzyma się do dzisiaj i jest dosyć popularny. Uwielbia nagrywać krótkie filmy dla swoich „fanów” lub jak ich nazywa - Bakusiów. 
Pojazd: Nigdy nie interesowało jej posiadanie prawa jazdy, dlatego też go nie posiada. Zawsze lubiła chodzić, zwłaszcza gdy muzyka grała w jej uszach.
Pupil: Szprot, Tuńczyk, Makrela i Sardynka
Steruje: ZlotyPies (howrse)

Pupile


Imię: Szprot
Wiek: 7 lat
Rasa: Kot rasy maine coon – ma nawet rodowód.
Charakter: Niezwykle mądry kocur i straszna przylepa. Niezwykle przywiązany do brązowookiej. Je wtedy, gdy ona, zawsze wita ją, gdy wraca do domu i żegna, kiedy wychodzi. Lubi towarzyszyć jej podczas kąpieli (przez co czasem wpada do wanny) i uwielbia z nią spać. Ma słabą tolerancję do mężczyzn, zdecydowanie woli kobiety (spokojnie, jest wykastrowany). Miłośnik sera i pasty do zębów. 
Ciekawostki:
- Pomaga zwykle dziewczynie w wyborze rzeczy do makijażu, losowo wskazując łapką dany przedmiot.
- Zawsze ociera się o twarz Nino i mruczy, chcąc w ten sposób ją obudzić. 




Imię: Tuńczyk
Wiek: 4 lata
Rasa: Kot, podobno z domieszką kota syjamskiego ale to nie jest pewne.
Charakter: Nie ufajcie jego przyjacielskiego wyglądowi i tym cudnym niebieskim oczom. Tak naprawdę to nieco wredny kocur. Jednak jest naprawdę nieprzyjemny dla nowych osób. Przykład: jeśli przyjdzie jakiś gość do rodzeństwa Bakeneko i ten ktoś dostanie kubek z kawą, to Tuńczyk potrafi wskoczyć na stół, a następnie przewrócić ten kubek. Dlatego zawsze, jak są goście, jest zamykany w sypialni jasnowłosej, lub Tetsu i grzecznie tam siedzi. Poza tym służy rodzinie jako śmietnik. Stary chleb? „Tuńczyk, jedzenie!”. Resztki majonezu? „Tuńczyk, jedzenie!”. Kocur zjada praktycznie wszystko, a do tego jest zdrowy jak ryba. O ironio dla jego imienia… Miłość okazuje w trzy sposoby. Pierwszy: drapie ręce, które go trzymają. Drugi: gryzie rękę, która go głaszcze. Trzeci: liże stopy. 
Ciekawostki:
- Zdecydowanie woli lizać nagie stopy, niżeli w skarpetkach.
                                                        



Imię: Makrela (często zdrabniane do Makrelki)
Wiek: Niecały rok
Rasa: Kot, zwyczajny dachowiec.
Charakter: Cicha i spokojna kotka, ułożona, woli samotność, ewentualnie towarzystwo Sardynki, której stara się nie odstępować na krok. Zdecydowanie obojętna wobec ludzi i pieszczot. W zwyczaju mruczy tylko w obecności siostry. Wbrew pozorom jest dosyć strachliwa. Ucieka na sam dźwięk otwieranych drzwi. Słabo reaguje na swoje imię.
Ciekawostki:
- Jest rodzoną siostrą Sardynki.
- Gdy nie może przez dłuższą chwilę znaleźć siostry, zaczyna miauczeć wniebogłosy.
- Uwielbia leżeć z Sardynką w pralce.






Imię: Sardynka
Wiek: Niecały rok
Rasa: Jak jej siostra – również jest kotem, a do tego dachowcem.
Charakter: Kompletne przeciwieństwo Makreli. Ciekawska kotka, której wszędzie pełno. Nie ma chyba takiego drugiego kota chętnego na pieszczoty, zabawy, który wręcz garnie się do ludzi, czasami tym przerażając. Miauczy ze szczęścia, więc prawie nigdy nie jest cicho. Uwielbia siedzieć na czyichś ramionach – na razie to nie problem, ale jak urośnie, to ojojoj… Poza tym uwielbia straszyć Makrele. Chowa się gdzieś, ta ją szuka, rozpaczliwie miaucząc i tu nagle wyskakuje taka Sardynka spod kanapy. Często przyprawia o zawał swoich właścicieli. Zwłaszcza, jak zamknie się pralkę, chcąc ją włączyć i wtedy się słyszy, jak coś ze środka stuka, a w pralce kot. Bardzo przyjacielska, uwielbia droczyć się ze Szprotem i Tuńczykiem, z którymi nie ma przez to dobrego kontaktu. 
Ciekawostki:
- Jest rodzoną siostrą Makreli.
- Ma słabość do papieru toaletowego.
                                                          - Uwielbia pchać się do zlewu, gdy z kranu leci woda.
                                                    

Od Alexandra cd Diany

W klubie było bardzo dużo ludzi, ledwo się wyrabiałem z kolegą... wszyscy tylko drinki i drinki, a potem biegli do łazienki, żeby nie zwymiotować na podłogę. Na to zachowanie ludzi, przewracałem jedynie oczami.
- Pić to trzeba umieć. - Mówi Dylan, który jakby mi czytał w myślach.
- Dokładnie. - Zgodziłem się z nim, oboje zaczęliśmy się śmiać z tego wszystkiego. - O której przychodzi zmiana dzisiaj? Bo nie pamiętam..
- O drugiej przychodzi Ronnie z Brajanem. - Odpowiedział. - A co już masz dość ? - Zapytał, śmiejąc się.
- Nie ale wiesz też bym chciał się zabawić.- Zaśmiałem się, a on razem ze mną.
Po krótkiej przerwie wróciliśmy do pracy, ludzi jakby nie ubywało, wręcz przeciwnie było ich co raz więcej, w sumie co się dziwić, jest piątek. 
W końcu na zegarze wybiła druga, a razem z nią pojawiła się Ronnie z Brajanem.  Poszedłem do pomieszczenia gospodarczego, aby zdjąć ubrania "robocze". Przebrałem się i nałożyłem moje czarne spodnie z dziurami na kolanach oraz biała koszulkę z jakimś napisem. Gdy byłem "gotowy", chciałem wyjść ale gdy otwierałem drzwi, poczułem że w kogoś uderzyłem (?).
- Co jest… - Nie skończyłem, kiedy zobaczyłem, siedząca na podłodze dziewczynę. To była ta sama, która parę godzin wcześniej ostrzegałem przed jakimś typem.
- Uderzyłeś mnie. – Syknęła, masując się po plecach.
- To po chuj tu siadasz? Tutaj nie ma wstępu dla gości, wynocha – warknąłem. Nagle zobaczyłem, ze dziewczyna zbierała maryche z podłogi.- Nie mogłaś iść z tym do kibla? – zmarszczyłem brwi – zaraz ktoś tu przyjdzie i cię wywali, i lepiej, żeby nie wezwali pał, bo dziś jest menadżerka.
- Szekaj… - wybełkotała pijacko. – Skręć mi to – poprosiła.
- Co?
- Skręć mi to – wręczyła mi zielsko
Zawahałem się, ale jednak korciło mnie to. Dziewczyna jest pijana, więc i ja bym sobie zapalił.
- Na pewno nie tutaj. - Mruknąłem.
- Niby dlaczego? - Zapytała i wydęła swoje usta, jak małe dziecko.
- Przed chwilą ci powiedziałem. - Mamrotałem. - Jak dasz radę to pójdziemy na zaplacze. - Dodałem.
Dziewczyna od razu się uśmiechnęła i próbowała wstać z zapałem. Gdy się wywróciła, zacząłem się z niej śmiać.
- Co się śmiejeszzzz? - Zapytała, marszcząc brwi. - Mógłbyś mi pomóc!
- Nic z tego. - Zachichotałem. - Ja ci miałem tylko skręcić.
Dziewczyna westchnęła i w końcu udało jej się stanąć na równe nogi, poszliśmy na zaplecze i usiedliśmy na betonowym murku. Skręciłem dziewczynie blanta i wyjąłem zapalniczkę. Przyłożyłem ogień do blanta i się zaciągnąłem.
- Ejjjjjj!! Miałeś mi tylko skręcić. - Jęknęła. - Nie pozwoliłam Ciii palccc - mamroczała 
- Coś za coś mała. - Powiedziałem i podałem jej blanta, a ona pokazała mi język. Zacząłem się śmiać. - Alex jestem. - powiedziałem, patrząc się na nią.
- Diana. - Mruknęła jedynie i się zaciągnęła.
Gdy to zrobiła, zabrałem jej blanta i po mimo jej protestów zaciągnąłem się.
Diana?

Od Erica

Spływająca z włosów na ubrania była jedną z rzeczy irytujących mnie najbardziej. Nieważne, jak wściekle pocierałbym głowę ręcznikiem, zawsze znalazłaby się chociaż jedna kropla, w każdej chwili gotowa na podrażnienie mojego karku. Ktoś mógłby przyjąć moją irytację jako głupotę, w końcu do czegoś służyły suszarki. Ale ja nigdy nie suszyłem włosów. Nawet, jeśli po treningu byłem zmuszony do wyjścia w nowojorski mróz. Na szczęście rzadko chorowałem, więc takie poczynanie raczej nie szkodziło mojemu zdrowiu.
Z przewieszoną przez ramię torbą zająłem miejsce na swoim motocyklu. Zanim jednak wyjechałem z basenowego parkingu, dobrą chwilę opierałem się łokciami o przód pojazdu, pozwalając sobie na nieco dłuższą regenerację sił. Treningi bywały męczące nawet dla mnie. Finalnie uruchomiłem maszynę i wyjechałem na zbyt ruchliwą ulicę miasta. Godziny szczytu, nie mam się czemu dziwić.
Kolejnym punktem w mojej tygodniowej rutyny było odwiedzenie kawiarni niedaleko Central Parku. Nieważne, jaka pora roku królowała, po treningu zawsze miałem ochotę na kawę z cynamonem. W pomieszczeniu zająłem swoje standardowe miejsce przy oknie najbliżej lady. Z tego miejsca miałem widok na cały lokal. Po złożeniu zamówienia u znajomej kelnerki zacząłem przyglądać się znajdującej się za szybą ulicy. Spojrzenia niektórych przechodniów były kierowane w moją stronę. Wątpię, aby większość z nich interesowała się światem sportowym, więc prawdopodobnie ich uwaga skupiała się na mojej specyficznej urodzie. Podobno miałem greckich przodków, lecz bliżej było mi chyba do Rosjanina - praktycznie nic w moim wyglądzie nie wskazywało na bałkańskie pochodzenie.
Moją uwagę od ulicy odwrócił dźwięk otwieranych drzwi. Spojrzałem w kierunku wejścia i lekko uniosłem brew na widok wchodzącego do kawiarni mężczyzny. Od razu do głowy wróciła mi sprawa, którą miałem zająć się już jakiś czas temu. Przez chwilę obserwowałem nowo przybyłego, rozważając coś zawzięcie. Finalnie wstałem z miejsca, gdy odeszła od niego kelnerka.
- Dzień dobry, panie Sykes - odezwałem się i zająłem miejsce naprzeciwko zaskoczonego szatyna. - Nazywam się Eric Perez i chciałbym pana o coś spytać.
Wątpię, aby ktoś z branży modowej znał moją godność. Poza tym, kultura raczej wymagała przedstawienia się.
- Potrzebuję oryginalnego stroju na galę w przyszłym miesiącu, czy nie zechciałby mi pan pomóc? - obdarzyłem projektanta subtelnym uśmiechem. Mój znajomy z drużyny polecał ubrania jego firmy, a los chciał, że akurat spotkałem go w kawiarni. Grzechem byłoby nie skorzystać z tej okazji.

(Jodi?)