poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Od Jodissela CD Erica

O dziwo, nie zgubiłem się.
Co prawda, owszem, dojście do mieszkania zajęło mi dwa razy więcej czasu, niż wynikało z podesłanej mi przez próbującego mnie ratować Jeala mapki, ale natychmiast rozpoznałem budynek, więc jeszcze nie było tak źle ze mną. Zaciskając chłodne palce na pulsującym ostrym bólem lewym przedramieniu, otworzyłem drzwi wejściowe barkiem i wtoczyłem się do środka, natychmiast ruszając w kierunku windy i nawet nie fatygując się, aby choćby zerknąć na klatkę schodową. Gdy zasuwane drzwi zamknęły się za mną i metalowe pudło ruszyło ze zgrzytem, ostrożnie podwinąłem rękaw białej koszuli, aby zerknąć, dlaczego tym razem ból nękał mnie od kilkunastu minut. W lustrze na tylnej ścianie windy odbiły się fioletowo-zielone plamy po wewnętrznej stronie mojego przedramienia — krwawe wybroczyny, które zwiastowały kolejne problemy z kruchością moich naczyń, tym razem tych nieco większych. Gdybym nie był sobą, to pewnie bym zaklął, a tak to westchnąłem tylko i delikatnie opuściłem rękaw, starając się uważać na spinkę w mankiecie. Stałem zgarbiony, jakby zmęczenie przyginało mnie do podłogi, nadając mi kształt pytajnika. Nie była to zbyt późna godzina, ale ja byłem wiecznie zmęczony, choć pozwalałem sobie na okazanie tego dopiero wtedy, gdy nikt mnie nie widział. Jeszcze mi tylko brakowało tych współczujących spojrzeń, doprawdy...
Tak czy inaczej, nie zamierzałem się jeszcze kłaść. Musiałem się przygotować do jutrzejszego spotkania. Z tego względu wyłuskałem telefon z kieszeni torby i zerknąłem na wyświetlacz, aby upewnić się, że Eric nie zostawił mi żadnej nowej wiadomości. Okazało się jednak, że owszem, zostawił. Szybko ją odczytałem, ale jako iż winda akurat zatrzymała się na moim piętrze, zostawiłem sobie odpisanie na SMS na później. Gdy tylko drzwi rozsunęły się, dwójka moich sąsiadów, którzy akurat także chcieli skorzystać z windy, mogła zobaczyć wyprostowanego i uśmiechniętego delikatnie mnie, bez żadnych oznak wskazujących na to, że cokolwiek mogłoby być ze mną nie w porządku. Pozdrowiłem ich uprzejmie, po czym ruszyłem do drzwi swojego apartamentu, wyławiając po drodze klucze z odmętów mojej torby. Kilka minut później stałem już w dużym, cichym i ciemnym mieszkaniu, starając się zmusić do zrobienia czegokolwiek, chociażby odwieszenia torby czy zdjęcia butów, aby nie stać jak kołek w wejściu. Westchnąwszy, w końcu się ruszyłem, zapalając po drodze wszystkie światła, aby apartament wydawał się choć odrobinę mniej pusty. Lubiłem samotność, ale kiedy ogarniało mnie fizyczne złe samopoczucie, jakaś jego część wpływała także na moją psychikę. Nie chciałem jednak dzwonić do Jeala czy Jeanette, bo jak nic natychmiast by się tu pojawili, gotowi poprawić mi humor, a na to w tej chwili nie miałem najmniejszej ochoty. Postanowiłem więc, że obiecany telefon do przyjaciela wykonam bliżej wieczora, a zamiast tego zająłem się odpisywaniem na wiadomość Erica. A właściwie raczej przez większość czasu zastanawiałem się, jak odpisać, niż rzeczywiście to robiłem, ponieważ ilekroć się za to zabierałem, mój umysł podpowiadał mi, że SMS od Erica był typowym pożegnaniem niewymagającym odpowiedzi. W końcu uległem i zostawiłem telefon na stoliku, nie wysyłając wiadomości. No bo co miałem napisać? "Nie mogę się doczekać!"? Brzmiało zbyt dziecinnie według mnie, więc nie namyślając się długo, wyciszyłem aparat, aby nikt mi nie przeszkadzał. Parę chwil później siedziałem już na fotelu w zbyt wielkich jak dla mnie, długich spodniach od piżamy w biało-czarną kratkę oraz w dopasowanym szarym tank-topie i niewidzącym wzrokiem wpatrywałem się we włączony, lecz wyciszony telewizor na ścianie przede mną. Myślami byłem już daleko, planując, co założę na jutrzejsze spotkanie z Erikiem i jakie pytania najlepiej mu zadać, aby wykrystalizować sobie przynajmniej trzy pewne cechy jego idealnej, oryginalnej kreacji, która w dodatku pasowałaby do tematu gali. Wkrótce niewielki notes, jaki zawsze trzymałem pod stolikiem do kawy, był cały pokreślony i wypełniony wszelakimi pytaniami, jakie przyszły mi do głowy w związku z garderobą Erica. Z cichym westchnieniem, bardziej przypominającym niemalże bezgłośny jęk bólu, odłożyłem notes i usadowiłem się wygodniej na fotelu. Zawczasu nastawiłem budzik na godzinę piątą rano, aby zdążyć wpaść do pracy — pokazać się przyjaciołom, poinformować ich, że żyję i na razie w żadne zaświaty się nie wybieram oraz podpytać tych co bardziej zorganizowanych o wolne terminy w związku z rezerwacją studia fotograficznego. Jako iż to Gina była w tym najbardziej obeznana, ponieważ to ona zajmowała się wybieraniem najlepszych zdjęć, jakie następnie trafiały na naszą stronę, postanowiłem porozmawiać z nią kolejnego dnia. Nie chciało mi się ruszyć z mojego wygodnego fotela, ale musiałem jeszcze wybrać odpowiedni garnitur na jutro. Potykając się o zbyt długie i zbyt szerokie nogawki spodni wdreptałem na półpiętro po krętych schodach, aby następnie stanąć przed niemalże największą częścią mojego apartamentu, czyli garderobą. Właściwie nie był to nawet osobny pokój, tylko naprawdę gigantyczna szafa, zdolna pomieścić w swoich trzewiach wszystkie moje wymyślne garnitury — także i te zaprojektowane przeze mnie. I dla mnie. Oczywiście było lato, więc jutro także powinno być równie upalnie, co dzisiaj, zatem nie fatygowałem się nawet, aby szukać pełnego garnituru. Wybrałem za to jedną z lepszych, kraciastych koszul oraz jeansy, które co prawda nosiłem rzadko, ale wyjątkowo tylko one wydawały się wystarczająco eleganckie i jednocześnie nie przesadnie eleganckie — akurat tak, jaka była potrzeba. W międzyczasie od prasowania i przygotowywania ubrań zadzwoniłem do Jeala i zdałem raport, pomijając tylko tę część o nowych siniakach na moim ciele. Pominąwszy wszystkie posiłki, jakie przypuszczalnie powinienem był wmusić w siebie dzisiejszego dnia, zwinąłem się w kłębek na moim gigantycznym łóżku, znajdującym się naprzeciw garderoby, po czym szybko odpłynąłem, raz po raz będąc tylko budzonym przez pojedyncze spazmy bólu, przebiegające przez moje ciało.
<Eric?>

Od Erica cd Jodissela

Wlepiałem wzrok w ekran telewizora z niewielkim zainteresowaniem, jedynie jednym uchem słuchając nieprzerwanego monologu przyjaciela. Dopiero teraz zacząłem odczuwać spowodowane treningiem zmęczenie, a fakt, iż spałem dziś wybitnie nie najlepiej, dodatkowo pozbawiał mnie energii i chęci do przetrwania reszty dnia. Nic wręcz dziwnego, że na lecący w moją stronę pocisk zareagowałem dość ofensywnie.
- Jeśli się nudzisz, przebiegnij się dookoła bloku - syknąłem, odrzucając poduszkę w Blake'a. - Napruty byłeś do tego bardzo skłonny.
- Nie moja wina, że masz mnie w dupie - odparł z lekką urazą w głosie, wracając do głaskania spoczywającego na jego kolanach Theo, który zjawił się w pomieszczeniu dość niedawno. - Posłuchaj mnie chociaż przez chwilę.
Litościwie przeniosłem wzrok na bruneta i pytająco uniosłem brew. Musiałem znosić jego bełkot podczas kilkugodzinnego treningu, gdy tylko nie miał głowy pod wodą, a moja cierpliwość miała swoje granice.
- Z racji pierwszego, wolnego od niepamiętnych czasów wieczoru...
- Nigdzie nie idę - przerwałem mu na samym wstępie. - Nie chce mi się dziś już nie chce.
- Mój błyskotliwy umysł przewidział taką ewentualność - odparł z uśmiechem, niezrażony moim rozbawionym prychnięciem. - Dlatego też my przyjdziemy do ciebie. 
Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach na wspomnienie ostatniej wizyty członków kadry w moim biednym mieszkaniu. Następnego ranka bałem się, że konieczna będzie przeprowadzka. Takim pobojowiskiem było wtedy moje lokum. Nie miałem zbytnio ochoty znowu przez to przechodzić. Przybrałem dramatyczną pozę i westchnąłem teatralnie, przewieszając głowę przez boczne oparcie fotela.
- Po pierwsze - uniosłem dłoń i wystawiłem w kierunku młodszego chłopaka wskazujący palec - wy zajmujecie się zaopatrzeniem. Po drugie - dołączyłem środkowy palec, nie spuszczając chłodnego wzroku z chłopaka - rano nie wypuszczę was z mieszkania, dopóki nie ogarniecie syfu. Po trzecie, żadnej policji - zakończyłem dołożeniem palca serdecznego, po czym zacisnąłem dłoń i pozwoliłem swobodnie opaść jej na miękkie siedzenie. 
- Chyba da się załatwić - Blake błysnął zębami w uśmiechu i zanim zdążył dodać cokolwiek, w pokoju rozbrzmiał dźwięk powiadomienia z mojego telefonu. Skrzywiłem się, słysząc ostrą wibrację na twardej powierzchni blatu tuż przy moim uchu. Na ślepo sięgnąłem po urządzenie i odczytałem otrzymaną wiadomość. Nie umknęło mojej uwadze, że odpowiedź Jodiego przybyła z numeru, który różnił się od tego, na jaki wysłałem swój SMS. Dlatego też zapisałem nowy kontakt, zanim odpowiedziałem na wiadomość. Przez chwilę rozważałem, czy planowane spotkanie nie przeszkodzi mi w jutrzejszym wstaniu przed południem. Na szczęście należałem do grupy osób nie lubiących marnować dnia, więc jeśli wstanę wcześnie i zmobilizuję resztę do tego samego, może zdążą posprzątać, a ja udać się na spotkanie.
"Ten termin jak najbardziej mi odpowiada. Do zobaczenia jutro." Wysłałem wiadomość i odłożyłem telefon, ponownie skupiając swoją uwagę na pływaku obok.
- Kto dokładnie planuje dziś zrujnować mój spokój?
- Nie przyjdzie tylko Ian - Blake wzruszył ramionami, nie odrywając spojrzenia od mojego kota. 
Wraz z przyswojeniem owej informacji opuściły mnie resztki nadziei na to, że jakoś zdołam ogarnąć dzicz. Ian był najstarszym i najmniej problematycznym członkiem kadry, a także moim potencjalnym pomocnikiem do pilnowania pijanych kolegów. Pozostało mi chociaż wierzyć, że nasz ukochany trener Mackie nie zadzwoni z pytaniem, komu najlepiej poszło na wieczornym treningu.
(Jodi?)

Jodissela CD Erica

Wychodząc na słońce i duchotę, westchnąłem ciężko. W kawiarni było tak przyjemnie w porównaniu z "zewnętrzem". Rozejrzałem się niemrawo, wymacując telefon w torbie i orientując się, że wyciszyłem go automatycznie, gdy w kawiarni zagadał do mnie Eric. Marszcząc brwi i zasłaniając ekran dłonią, aby zobaczyć na nim cokolwiek, zdołałem odkryć, że mam nieodebrane połączenie od Jeala. Kilkanaście nieodebranych połączeń. Chorera. [Howrse cenzuruje nawet cho*erę? xd] Natychmiast naszły mnie same czarne myśli. Moja firma w ogniu. Ogólnokrajowa awaria serwerów. Ktoś z mojego zespołu wylądował w szpitalu. Jane rozjechały się tabelki w Wordzie.
Z duszą na ramieniu wybrałem numer Jeala. Zdążyłem odsłuchać tylko jeden sygnał dźwiękowy, zanim odebrał.
- Jodi, do jasnej ciasnej popielatej w kratkę, gdzież ty się szlajasz?!
Głos Jeala był nieco napięty, ale nie roztrzęsiony, czego spodziewałbym się, gdyby dzwonił do mnie z jakimś niezwykle ważnym i nieznoszącym zwłoki problemem w pracy, więc uspokoiłem się minimalnie. Jak zwykle mój zastępca i przyjaciel nie fatygował się, żeby się choćby przywitać, tylko natychmiast walił z grubej rury, jakby to nie on do mnie wcześniej wydzwaniał.
- Hej, Jeal. - pozdrowiłem go machinalnie. - Kazałeś mi wyjść, to wyszedłem. Co się stało? Coś z firmą? Czy to Jane? Dobrze się czuje? Jeśli to te tabelki, to mówiłem już, że rozjechane też ujdą, to tylko dla naszych oczu...
- Nie-... Jodi... Hej, możesz się przymknąć na sekundę? - Jeal przerwał mi wpół słowa, więc posłusznie zamilkłem. - No. A teraz się spowiadaj.
Oczami duszy widziałem, jak Jeal opiera dłoń na biodrze gestem surowej guwernantki, której podopieczny coś przeskrobał. Przystanąłem w cieniu alejki pomiędzy dwoma budynkami i rozejrzałem się bezwiednie. Spowiadać się? Z czego? Niby wiedziałem, że Jeal ma jakiś nadnaturalny radar, jeśli o mnie chodziło i zazwyczaj dzwonił do mnie, aby zapytać się, czy zabrać mnie spod szpitala sekundę po tym, jak mnie wypisywano, ale nie miałem pojęcia, co niby zrobiłem teraz takiego, że wymagało to siedmiu prób połączenia się ze mną. No i jednego od Giny, ale jeśli dzwoniła tylko raz, to pewne było, że Jeal ją do tego zmusił. Ona jako jedyna najwyraźniej rozumiała ideę prywatności.
- Halo, żyjesz czy dostaję Dynę w spadku? - zapytał Jeal, kiedy nie odzywałem się dłuższy czas. Wiedziałem, że silił się na dowcip, ale jego głos brzmiał tak, jakby umierał z niepokoju, co sprawiało, że pytanie zabrzmiało bardzo drętwo. Przełknąłem głośno ślinę i uśmiechnąłem się krzywo wbrew sobie.
- I tak ją dostajesz w spadku. Po prostu jeszcze nie teraz. Wybacz, po prostu nie rozumiem, co masz na myśli. Z czego mam się spowiadać? Nie robiłem nic nielegalnego. Co ci znowu ten twój cały radar podpowiedział?
- Żaden radar, głupku, cały poranek pytałem się, czy będzie dla ciebie w porządku, jeśli zadzwonię do ciebie, kiedy już uda nam się wypchnąć cię za drzwi Blowesome. Potakiwałeś jak to cielę, więc założyłem, że będziesz pamiętał. No to dzwonię. Nie odbierasz. Okej, może nie zdążyłeś, w końcu ta twoja torba jest jak czarna dziura nie tylko na wizytówki, ale i na tą twoją cegłę i inne rzeczy, które powinieneś mieć w zasięgu ręki, ale nie masz, bo to oczywiście cały ty. No to dzwonię drugi raz. To samo. Trzeci — nic. Zaczynam się denerwować. No jak nic zemdlałeś, umarłeś albo i gorzej. Potem straciłem już rachubę, ale kazałem też zadzwonić Ginie, bo czasem masz tego całkiem nieuzasadnionego focha na mnie i może specjalnie nie odbierasz. Ale jak już od niej nie odebrałeś, to już postradałem zmysły ze strachu, jak nic coś poważnego...

- Owszem, dość poważne. - przerwałem mu, wachlując się wizytówką Erica. Było tak gorąco. Niemalże usłyszałem, jak Jeal przestaje oddychać. Żeby go nie katować, dodałem szybko: - Ale nie w ten sposób, co myślisz. Skoro wy trzymacie mnie z daleka od pracy, którą załatwiłem wam ja, idę bawić się w CEO gdzie indziej. Innymi słowy, załatwiłem sobie klienta. Albo raczej to on załatwił sobie mnie.
Opowiedziałem przyjacielowi pokrótce całą historię z Erikiem, który rozpoznał mnie w kawiarni.
- Ma gość tupet... - wymamrotał Jeal, gdy skończyłem. - Daleko facet zajdzie...
Mruknąłem coś niezrozumiałego, czując, że moja przedpotopowa komórka wibruje, zwiastując wiadomość SMS. Zerknąłem na wyświetlacz. SMS pochodził od Jeanette, ale podpisała go jako "??? stalker?", więc wiedziałem, że przypuszczalnie to Eric pisał na podany w internecie numer firmy. Bardzo rzadko Jeanette przekazywała mi wiadomości tekstowe z głównego numeru firmy, gdyż najczęściej ludzie pod niego dzwonili. Tylko Eric mógłby chcieć ostatnio mój numer prywatny, więc to najpewniej on próbował się ze mną skontaktować.
- Oho. O wilku mowa. Odczepisz się ode mnie, jeśli przysięgnę, że zamelduję ci się, jak tylko wrócę do domu?
- Muszę znać godzinę z dokładnością do minut i sekund, wiedzieć, czy zadzwonisz od progu, czy jak już wejdziesz...
- Może jeszcze numer buta? - zirytowany przerwałem jego monolog, na co zareagował śmiechem.
- Trzydzieści dziewięć. Uwielbiam doprowadzać cię do momentu, w którym przestajesz być ultrauprzejmym Brytyjczykiem, a stajesz się niewychowanym Nowojorczykiem.
- Jesteś złym człowiekiem. - tylko na taką obelgę było mnie stać, mnie — ultrauprzejmego Brytyjczyka. - Zapomnij o tym telefonie.
- Jak nie zadzwonisz, zastaniesz mnie u siebie w mieszkaniu ze wszystkimi gratami w liczbie trzech walizek.
- Nie masz klucza.
- ...tak myślisz?
Po kilkunastu minutach w końcu udało mi się wynegocjować jeden telefon wieczorem, uspokoiłem przyjaciela na tyle, by nie myślał, że znajdzie mnie rano martwego w jakimś rowie i rozłączyłem się, mogąc nareszcie zająć się otrzymanym od Erica SMSem.
Tekst głosił: "Okazuje się, że trzy najbliższe dni mogę wykorzystać całkowicie w dowolny sposób. To chyba dobra okazja na wywiad, o ile też znajdziesz czas."
Wiedziałem, że i jutro moja ekipa nie pozwoli mi pracować, więc odnalazłem numer, jaki Eric zapisał w odmętach mojego starego aparatu i zacząłem klikać w cyferki.
"Bardzo dobrze się składa, ponieważ i ja najbliższych kilka dni będę miał wolnych. Co powiesz na spotkanie jutro o czternastej w tej samej kawiarni? Dziękuję za szybką wiadomość. Jodissel Sykes, CEO internetowej firmy odzieżowej Blowesome."
Zanim wysłałem wiadomość, patrzyłem na nią przez kilka sekund, nim po chwili namysłu nie usunąłem ostatnich kilku słów, zostawiając tylko swoje dane. Wcześniej brzmiało jakoś tak zbyt formalnie. Eric był oczywiście moim klientem, ale skontaktował się ze mną prywatnie i kiedy raz nienaumyślnie przeszedłem z nim na "ty", głupio było ponownie zgrywać ważniaka. Wysławszy wiadomość i upewniwszy się, że doszła tam, gdzie miała, schowałem telefon, tym razem przezornie w zewnętrznej kieszeni torby i ruszyłem powoli w stronę mojego apartamentu. A przynajmniej miejsca, gdzie wydawało mi się, że powinien się znajdować. Miałem kiepską orientację w terenie i jeszcze gorszą pamięć do okolicy, a moja Dyna została pod firmą. Samochód kurzył się w garażu, więc jak zwykle musiałem drałować na nogach. Zawsze jednak trafiałem, więc powinno tak być i tym razem.
Eric?

niedziela, 11 sierpnia 2019

Auguste Maxence von Lothringen

Imię i nazwisko: Auguste Maxence von Lothringen
Przezwiska: Gus, Max, rzadziej Cesarzowa
Wiek: 25 lat
Płeć: Gus określa się jako osoba niebinarna i nie definiuje się jako kobieta lub mężczyzna.
Pochodzenie: Węgry
Praca: Ponieważ rodzina Gus wywodzi się z węgierskiej linii rodziny cesarskiej, nie musi pracować, bo ma pieniędzy jak lodu podczas epoki lodowcowej. Jednak wraz z przyjazdem do USA założyła sieć swoich salonów tatuażu, więc czasami można ją spotkać w Helheim Tattoo - jednej z ośmiu filii Niflheim Tattoo America otwartej w Mitdown na Manhattanie.
Charakter: Auguste Maxence von Lothringen, jak przystało na potomkinię rodziny cesarskiej jest dobrze wychowaną, dystyngowaną i dumną młodą damą. Oczytana, mądra i błyskotliwa, to tylko kilka cech, które zawdzięcza godzinom prywatnych lekcji z najlepszymi europejskimi nauczycielami. Może porozmawiać z tobą zarówno na tematy gospodarcze, albo kłócić się o tezy Freuda, przy okazji wymieniając wszystkich badaczy, którzy bez problemu podważyli jego badania, jeszcze za jego życia. Na wszystko znajdzie argument. Najpierw myśli potem robi, w końcu jest genialnym strategiem. Z gracją lawiruje we wszystkich konwenansach. Jednak to Auguste Maxence von Lothringen, jedyna córka Huberta i Amalii von Lothringenów, która cudem nie została nazwana Maria Theresia, bo imiona szykowane były dla syna. To nie jest prawdziwa Gus. Prawdziwa Gus jest artystką, nerdem, geekiem, która uciekła za ocean do tych… nieoczytanych Amerykanów, by uniknąć życia na świeczniku. Nie przepada za ludźmi, ale jeśli musi wchodzi z nimi w interakcję. Ba, ma nawet kilku przyjaciół, ale nie jest z tego specjalnie zadowolona. Wiecznie tylko wyciągają ją z jej prywatnego Edenu i każą coś robić. Pół biedy, jeśli ma ich wytatuować. Oni lubią imprezy, a Gus nie. Auguste Maxence von Lothringen wraca tylko wtedy, gdy Gus jedzie do domu, na Węgry.
Wygląd: Gus ma krótkie, jasnobrązowe włosy, ciemnoczekoladowe oczy, ładnie wykrojone usta i jasną cerę. W duchu dziękuje Bogu za to, że jest bardzo androgyniczna, bo to oszczędza jej wielu zmartwień. Jest wysoka, bo ma aż 178 cm wzrostu. Niektórzy uważają, że jest na czym zawiesić oko. Jedyne co lubi w swoim wyglądzie, to długie i smukłe palce. Jej ubiór zależy od nastroju: czasem to skórzana kurtka, czarne spodnie i t-shirt, czasem powyciągane dresy. Jako właścicielka Niflheim Tattoo America nie może obyć się bez tatuaży. W głowie ma mnóstwo projektów, a na ciele dopiero cztery dzieła: hełm Lokiego klik na prawym przedramieniu, excelsior klik na lewej łopatce, czarną wdowę klik między łopatkami i Spider-Mana klik na lewej łydce.
Zainteresowania/Hobby: Gus uwielbia tatuować ludzi, tworzyć im projekty, lub urzeczywistniać ich marzenia. To z kolei wiąże się z jej pasją do rysowania, szkicowania i tym podobnych. Jako dziecko nauczyła się grać na fortepianie, skrzypcach, gitarze i flecie, więc całkiem często ćwiczy, żeby nie wyjść z wprawy. Dodatkowo jak maszyna połyka książki, seriale i filmy, które wpadną w jej ręce (lub specjalne aplikacje/strony/fanpage’e).
Rodzina
  • Hubert von Lothringen - bankier, potomek domu Habsbursko-Lotaryńskiego, linii węgierskiej. Dostojny, przystojny i elokwentny, jak to książę. Stara się utrzymać jak najlepszy wizerunek rodziny, przy okazji nie ograniczając córki. Wie, że jego dziecko jest… inne, ale akceptuje to. Chociaż nie chce, aby wyszło to na jaw. Kocha ją, chociaż nie jest to łatwe.
  • Amalia von Lothringen - modelka, aktorka, tancerka, wywodząca się z dalszej gałęzi Wettynów. Elegancka, z klasą, to po niej Gus odziedziczyła to coś, co sprawia, że nawet najprostsze jeansy potrafi nosić jak (nota bene) księżniczka. Ma swoją własną szkołę taneczną. Kocha córkę i nie przeszkadza jej to, jaka ona jest. To w końcu jej dziecko.
  • Może na tym poprzestańmy, bo jej rodzina jest niezliczona.
Partner: Brak, chociaż miała epizod z zaręczynami z jednym z Grimaldich.
Zakochany/a: Gus nie ma przekonania do związków romantycznych i seksualnych.
Orientacja: Aseksualna i aromantyczna, poza tym, raczej nie wierzy, że ktoś mógłby ją polubić bardziej.
Inne:
- Bardzo dobrze śpiewa.
- Jest multiinstrumentalistką.
- Ma naturalny talent do języków. Płynnie mówi po węgiersku, polsku, niemiecku, rumuńsku, angielsku, rosyjsku, grecku, ponadto rozumie starożytną grekę i łacinę. Obecnie uczy się chińskiego.
- Jej ulubionym filmem jest “W deszczowy dzień w Nowym Jorku”. Po prostu “zakochała się” w Gatsbym.
- Zawsze nosi zegarek. Zdarza się, że dobiera do niego bransoletki, najczęściej skórzane.
- Uwielbia rocka i alternatywę. Ma też sentyment do muzyki klasycznej.
- Ma pocztówki z każdego miejsca, które odwiedziła.
- Ma cztery dziurki w prawym i pięć w lewym uchu.
- Kocha słodycze. Głównie karmel i czekoladę.
- Ma uczulenie na cytrusy.
- Kocha Marvela (co widać po jej tatuażach).
- Mitologie świata to jej konik.
- Nie ma prawa jazdy.
- Jest fangirl i geekiem.
-Jest oburęczna.
- Jest agnustyczką, ale wychowała się w wierze katolickiej.
- Nie umie gotować.
- Nosi czarny pierścionek na środkowym palcu prawej ręki.
- Razem z nią w Helheim Tattoo pracuje młody chłopak - Arrow Green.
Historia: Auguste Maxence von Lothringen urodziła się dwadzieścia pięć lat temu i już wtedy wszystkich zszokowała. Jej rodzice liczyli, że będzie chłopcem (stąd imiona), a tu niespodzianka. Jednak nikt się tym nie przejął. Co za różnica, czy chłopak, czy dziewczyna i tak to było ich dziecko. Mimo zajęć rodziców i lekcji córki, rodzina miała dla siebie czas. Od samego początku von Lothringenowie byli przyzwyczajeni do życia w mediach i z kamerami, dziennikarzami i aparatami u boku. Gus nie miała nic przeciwko takiemu życiu. Zawsze z ochroniarzem, w prywatnych szkołach, albo w domu z prywatnymi nauczycielami, kochana przez rodziców. Nie mogła narzekać i nigdy nie narzekała szczególnie, że zawsze miała co chciała. Problem pojawił się wtedy, gdy odkryła, że nie identyfikuje się z żadną z płci. Oczywiście nie stwierdziła tego z dnia na dzień. Najpierw znalazła sprawdzone źródła, przeczytała artykuły, książki i wypowiedzi. Potem zdziwiła się, że to co czuje nie jest tak powszechne jak myślała. Jednak zaakceptowała to, potem powiedziała rodzicom. Wspólnie uznali, że to nic nie zmienia, tylko lepiej nie mówić o tym głośno. I wtedy media troszkę zaczęły jej przeszkadzać. Więc Gus skupiła się na rysowaniu. Potem odkryła hennę, by finalnie zakończyć z igłą i tuszem. Wtedy znowu sięgnęła po książki, specjalistyczne fora i inne pomoce. Na Węgrzech otworzyła salon Niflheim Tattoo, który o dziwo przyniósł spore zyski. Wtedy podjęła decyzję o przeprowadzce do Ameryki. Tam przynajmniej nie śledziły ją czujne oczy dziennikarzy. Na początku wylądowała w Los Angeles, potem w Chicago, skąd pojechała do Rochester i na koniec zamieszkała w Nowym Jorku. I tu zakupiła spory apartament na Manhattanie, by żyć jak tylko chce. Co jakiś czas odwiedza rodziców na Węgrzech.
Pojazd: brak
Pupil: Hugin, Munin i Fafnir
Steruje: RainbowLama (chat) cottonpicking.email@gmail.com


Pupile

Imię: Hati
Wiek: 1,5 roku
Rasa: Fenek
Charakter: Jak to pustynne lisy, Hati woli spać w dzień niż w nocy. Jest miziasty, lubi pieszczoty, ale tylko od swojej właścicielki. Potrafi podrapać i pogryźć, jeśli ktoś jej się nie spodoba. Gus kupiła go sobie będąc w Rochester i do tej pory tego nie żałuje. Uwielbia spać na Fafnirze i nogach swojej właścicielki.
Ciekawostki: Ma swoje posłanie, ale co z tego, skoro ma Fafnira.
Na początku chciał polować na Munina, ale ten go podziobał, więc rozeszło się po kościach.
Gdyby mógł, jadłby małe koty.
Gus lubi go straszyć, że przerobi go na czapkę.





Imię: Munin
Wiek: 1 rok
Rasa: Kruk
Charakter: Kruk, jak to kruk. Podobno najmądrzejszy z ptaków. Munin, tak jak jego odpowiednik, lubi wiedzieć. Często towarzyszy wszędzie Gus i zadowolony siedzi na jej ramieniu. Dziewczyna nawet nauczyła go kilku sylab. Jest spokojny i przywiązany do właścicielki, a obcym potrafi wbić się w dłoń. Całe szczęście Gus nauczyła go nie dziobać wszystkich, którzy wejdą do do pomieszczenia, w którym przez przypadek znajduje się ptak i von Lothringen.
Ciekawostki: Uwielbia orzechy, ziarna, zboże, ale kocha mięso.
Ma swoją własną, dużą klatkę.
Podąża za Gus, kiedy tylko może.
Na początku znajomości z Hatim chciał mu wydziobać oczy, gdy ten chciał go zjeść.
Jest bardzo mądry.
Na początku miał się nazywać Kerah, ale nie spodobało się to Gus.



Imię: Fafnir
Wiek: 3 lata
Rasa: Mastiff tybetański
Charakter: Fafnir jest najstarszym zwierzakiem Gus. Dostała go jeszcze jako szczeniaka i od razu pokochała. Pies jest jej oddany i wierny, broni jej kiedy może, za to nie lubi obcych. Co prawda, jeśli mama powie, że zostaw, to zostawi. Jednak jego głównym zadaniem jest ochrona Gus.
Ciekawostki: Gus miała z nim indywidualne treningi, by dobrze go wytresować.
Lubi gryźć buty, szczególnie klapki i adidasy.
Najczęściej śpi koło łóżka Gus.
Przepada za wołowiną.
Chodzi z Gus na dłuuuugie spacery.
Przy pierwszym spotkaniu wylizał Munina i Hatiego.

Mercedes Maria Carmen Sofia Corteza

Imię i Nazwisko: Mercedes Maria Carmen Sofia Corteza
Przezwiska: Jeszcze wam mało? Wystarczy, że używa imienia Maria.
Wiek: 24 lata
Płeć: kobieta
Pochodzenie: Meksyk
Praca: Jak lubi to określać, jest kobietą biznesu. Poza tym studiuje zaocznie chemię. 
Charakter: Maria przy pierwszym spotkaniu stara się zachować neutralność, czasem nawet bywa miła. W końcu po co robić sobie wrogów na każdym kroku? Potrzebuje trochę czasu, by wyrobić sobie o kimś opinię i zdecydować jak powinna się w stosunku do niego zachowywać. Wtedy zaś albo staje się zupełnie zimna i oschła, unikając jakichkolwiek kontaktów poza tymi stricte zawodowymi, albo też włącza cię do wąskiego grona przyjaciół. Jedną rzeczą, którą warto wiedzieć, jest to, że Maria jest bardzo impulsywna. Zdecydowanie zbyt często działa pod wpływem emocji, podejmując decyzje, których nie podjęłaby myśląc trzeźwa, ewentualnie rzuca groźbami w zbyt poważnym tonie. Drugie słowo, które doskonale ją opisuje to “lojalna”. Maria, wychowywana w świecie, gdzie lojalność była najważniejsza, jest wierna jak przysłowiowy pies i bardzo ceni sobie tą cechę u innych. Nie znosi słuchać poleceń osób, które w jej mniemaniu tych poleceń nie powinny jej wydawać. Potrafi być bardzo uparta, jednak jeśli uzna, że kłótnią nic nie wskóra potrafi też odpuścić. Nie będzie się przecież kopać z koniem (ani z Archie’m, bo to równie bezsensowne). Jest pewna siebie, czasem zbyt dużo czasu poświęcając na to by udowodnić, że nie znalazła się tu gdzie jest przypadkiem. Nauczyła się niczego nie żałować, zamiast tego woli zmierzyć się z konsekwencjami nawet najgłupszych decyzji, by móc o nich zapomnieć. Maria należy do osób inteligentnych, jednak nigdy nie miała szczęścia wykorzystywać swojego potencjału, przez co nie może się pochwalić żadnymi imponującymi umiejętnościami. Wbrew pozorom potrafi być odpowiedzialna i dojrzała, tyle że niewiele jest na tym świecie osób, za które mogłaby wykazać się rozsądkiem. Nagminnie natomiast ignoruje własne zdrowie i bezpieczeństwo, wychodząc z założenia, że na coś trzeba umrzeć - w jej przypadku tym czymś będzie najprawdopodobniej kula z pistoletu. Maria nie znosi kłamać, posługiwać się pół- i ćwierćprawdami, jednak jak każdy, czasem bywa zmuszona to robić. Znacznie bardziej woli jednak mówić i słyszeć prawdę niż kłamstwa "dla czyjegoś dobra". Przede wszystkim stara się pozostać szczera sama ze sobą, nie przejmując się co powiedzą inni. W jej mniemaniu zbyt często daje się wyciągnąć do klubu czy baru, choć z reguły wie kiedy przestać pić. Jak większość ludzi, po alkoholu staje się bardziej towarzyska, jeszcze bardziej impulsywna a do tego zaczyna kleić się do ludzi i (głównie) Archie'ego.
Wygląd: Maria ma klasycznie meksykański typ urody. Ciemniejsza karnacja, 160 centymetrów wzrostu, zgrabna sylwetka w kształcie tak pożądanej przez wiele kobiet klepsydry. Duży biust, płaski brzuch i szerokie biodra to w dużej mierze zasługa jej genów. Na jej ciele znaleźć można kilka tatuaży. Czarna dłoń pod lewym obojczykiem została wytatuowana w dniu przystąpienia do gangu, trzy kropki na prawej dłoni oraz napis "EME" na karku tuż pod linią włosów powstały zaś w więzieniu. Maria ma też już całkiem sporą kolekcję blizn, z których większość to pamiątki po mniej lub bardziej poważnych postrzałach, choć znajdą się wśród nich również pamiątki po dwóch kosach oraz blizna ciągnąca się mniej więcej od połowy czoła, przez lewą skroń i policzek aż do brody - ta jednak na szczęście przy odrobinie pracy daje się ukryć pod makeupem. Sęk w tym, że dziewczyna zazwyczaj odpuszcza malowanie się, mimo że nawet lubi to robić. Zazwyczaj ogranicza się tylko do pomalowania rzęs okalających jej czarne oczy. Długie, ciemnobrązowe włosy są zwykle rozpuszczone i lekko falują na wietrze. Maria ubiera się zupełnie zwyczajnie, całkowicie wtapiając się pod tym względem w tłum. Zawsze ma na szyi łańcuszek z medalikiem przedstawiającym Matkę Bożą. 
Zainteresowania/Hobby: Nigdy nie miała na to zbyt wiele czasu. Być może nigdy nie odkryła swojego hobby, być może żadnego nie ma, obecnie najwięcej radości przynosi jej zgłębianie wiedzy o otaczającym ją świecie, w szczególności zaś wszelakie zagadnienia związane z chemią i częściowo biologią. Lubi też przebywać na łonie natury, najlepiej spacerując lub biegając. Często wybiera się na strzelnicę i nie ma co ukrywać, sprawia jej to ogromną frajdę. Chyba można tu też wspomnieć o wyjściach na imprezy oraz konkursach picia i głupich zakładach z Archie’m.
Rodzina:
  • Jorge Antonio Corteza - ojciec, jest jednym z najważniejszych ludzi w La Eme. To on pokazał córce drogę do lepszego życia i wprowadził ją w świat gangów. 
  • Maria Stephania Nana Corteza - matka, mimo iż bardzo się starała, nie udało się jej uchronić dwójki najstarszych dzieci przed wstąpieniem do gangu.
  • Juan Pablo Corteza - starszy brat, ma 27 lat i obecnie odsiaduje wyrok za morderstwo w więzieniu stanowym na Florydzie.
  • Duena Marisol Lopez - młodsza siostra, ta dwudziestodwulatka wraz z mężem i trójką dzieci mieszkają w Meksyku niedaleko rodziców jej męża.
  • Anika Nana Raimunda Corteza - młodsza siostra, Nana ma 19 lat, mieszka z rodzicami w Los Angeles. 
  • Anika Daria Corteza - córka, zmarła w wieku dwóch lat, zginęła podczas strzelaniny na ulicy.
Partner: brak
Zakochana: z miłością trzeba uważać, tego jednego nauczyła się od życia 
Orientacja: heteroseksualna
Inne
- Nie ma na tym świecie rzeczy której nie można byłoby kupić, a Jorge Corteza zdołał kupić urzędnika, który przydzielił jego rodzinie wizy na stały pobyt. Maria przebywa więc na terenie Stanów Zjednoczonych Ameryki zupełnie legalnie. 
- Bardzo szybko mówi i choć stara się robić to powoli gdy używa angielskiego, często stopniowo przyspiesza, aż ktoś jej przypomni by zwolniła.
- Poza ojczystym hiszpańskim płynnie posługuje się też angielskim i portugalskim. Uczy się też chińskiego.
- Nie ćpa, czasem zapali papierosa. 
- Przy okazji pierwszego spotkania z Maxem o mały włos się nie pozabijali. 
- Może nie jest trzygwiazdkowym szefem kuchni, ale potrafi ugotować coś więcej niż wodę na herbatę i nikogo jeszcze przy tym nie otruła. 
- Jeśli istnieje na świecie osoba zdolna przekonać ją do praktycznie wszystkiego, to prawdopodobnie jest to ten wariat stojący przy białym Audi. 
- Nie rozumie większości nawiązań do popkultury, jednak Gus jest na tyle miła by cierpliwie tłumaczyć jej który superbohater należy do uniwersum Marvela, a który pochodzi z DC. 
- Nie umie pływać, w każdym zbiorniku głębszym niż 1.6 metra idzie na dno niczym kamień. 
- Nałogowo ogląda wszelakie międzynarodowe turnieje męskiej siatkówki, w których biorą udział drużyny z pierwszej dywizji. 
- Dba o kondycję nie dla zdrowego trybu życia, czy dla utrzymania figury, a raczej dlatego, że w każdym momencie może ona zaważyć na życiu lub śmierci Marii.
- Przez lata opanowała do perfekcji posługiwanie się wieloma rodzajami broni palnej. 
Historia: Mimo, że nie pochodziła z najbiedniejszej rodziny, jej życie nigdy nie było usłane różami. Do drugiego roku życia mieszkała w slumsach, jednak tuż po narodzinach Marisol, jej rodziców stać było na przeprowadzenie się do nieco lepszej dzielnicy. Nie zmieniło się jedno, ojciec bardzo często znikał na całe dnie lub przyprowadzał do domu znajomych, których łączyła czarna dłoń wytatuowana na klatce piersiowej. Maria od najmłodszych lat żyła w świecie zdominowanym przez narkotyki, przemoc i gangi. Nikogo więc nie dziwiło, gdy mając cztery lata namalowała sobie dłoń czarnym flamastrem i oznajmiła, że chce być jak tata. Wtedy Jorge jedynie zaśmiał się, oznajmiając że porozmawiają o tym za kilka lat, jednak Maria tego jednego pewna była całe życie i gdy miała czternaście lat, dwa lata po swoim bracie, otrzymała wymarzony tatuaż. Wbrew pozorom jej życie nie zmieniło się aż tak bardzo, wciąż większość czasu spędzała w slumsach, często przemierzając je po zmroku z plecakiem wypchanym heroiną. Stopniowo jej kompetencje rosły i tuż przed siedemnastymi urodzinami pierwszy raz od wstąpienia do La Eme strzeliła człowiekowi w tył głowy. Wkrótce to właśnie zabójstwa stały się domeną Marii, natomiast narkotykami zajmowała się już głównie dla rozrywki i dreszczyku emocji. Przez te dodatkowe interesy wpadła jednak w kłopoty i po imprezie z okazji osiemnastki, kiedy szła ulicami Los Angeles, do którego właśnie się przeprowadziła miała to szczęście zostać złapaną i za posiadanie dużej ilości narkotyków oraz nielegalnej broni została skazana na dwa i pół roku w więzieniu stanowym. Większość wyroku spędziła w Central California Women's Facility, a sama odsiadka nauczyła ją wielu rzeczy - z pewnością nie takich jakich w założeniu powinna - Maria nadal pracowała nad swoją reputacją w gangu, zdobywając przy okazji pobytu w placówce więzienniczej wiele przydatnych później kontaktów. Po wyjściu zaś wytrzymała bez pakowania się w kolejne kłopoty niecały tydzień, bo właśnie tyle zajął jej powrót na weekend do Meksyku i wzięcie udziału w kolejnej strzelaninie, z której zresztą ledwo uszła z życiem. Jednak tym razem, jak zwykle zresztą, szczęście jej dopisało.
Maria nigdy nie miała szczęścia w miłości. Jedyny szczęśliwy związek jaki stworzyła przyniósł jej Anikę Darię, której ojciec został niedługo potem zabity w więzieniu. Jednak ani to, ani fakt posiadania dziecka nie przemówił jej do rozsądku. Gang był nieodłączną częścią jej życia. I to gang jej życie niszczył. Pewnego dnia, Anika miała wtedy dwa lata, bawiła się na ulicy, kiedy doszło do jednej z licznych strzelanin. Daria została postrzelona w głowę, nie miała szans na przeżycie. Maria zaś zrobiła wszystko co było w jej mocy by odnaleźć zabójcę dziecka. Jak się okazało on również był członkiem La Eme. Nie mogła się nawet zemścić, nie udało jej się znaleźć trzech liczących się osób, które by się na to zgodziły. Gang przed rodziną. Maria musiała pogodzić się ze stratą i żyć dalej. Jakiś rok później przeprowadziła się do Nowego Jorku. 
Pupil: Dutchess, Fluffy, Phantom
Steruje: Merci [chat] cottonpicking.email@gmail.com

Pupil

Imię: Dutchess
Wiek: 4 lata
Rasa: Owczarek holenderski
Charakter: Przez większość czasu Dutchess jest wzorem karnego, dobrze wyszkolonego psa. Nie jest tak jednak zawsze, bo ze względu na specyfikę tegoż szkolenia w dużej mierze to sam pies ma podjąć decyzję jak się zachować, kiedy uzna, że Marii coś zagraża. Jeśli natomiast pominąć wieczną czujność Dutchess, otrzymamy bardzo energicznego, niezwykle inteligentnego psa. Strasznie nie lubi nudy, a jeśli zostawi się ją bez zajęcia lub gorzej - zmęczoną, można być pewnym, że coś w domu stanie się na tyle interesujące, by to zdobyć i zjeść. Prywatnie kocha wszystko i wszystkich, jednak jest nauczona doskonale panować nad swoimi emocjami, dzięki czemu nie podbiega do każdej żywej istoty w promieniu trzech kilometrów tylko po to, by się przywitać. 
Ciekawostki:
Dutchie była prezentem od brata z okazji wyjścia z więzienia. 
Od jedenastego miesiąca życia rozpoczęła szkolenie obrony cywilnej. 
Czy ktoś ma banany? Dajcie jej banany! 
Szaleje za piłką na sznurku. Niewiele jednak z tych zabawek jest w stanie przetrwać spotkanie z nią więcej niż trzy razy. 
Kocha zaganiać. W końcu jest owczarkiem. Obecnie udało się opanować ten problem w stosunku do wszystkiego poza dziećmi. 



Imię: Fluffy
Wiek: 3 lata
Rasa: Kangal
Charakter: Jak na dobrego psa stróżującego przystało, Fluffy większość swojego życia spędza leżąc na dachu swojej budy i obserwując wszystko, co dzieje się dookoła lub spokojnym krokiem przechodzi się wzdłuż ogrodzenia posesji. Jest spokojny, dość leniwy i zupełnie niegroźny tak długo, jak pozostajesz po odpowiedniej stronie wspomnianego ogrodzenia. Nie przepada za obcymi zwierzętami, jest psem o dużej potrzebie dominacji i kontroli wszystkiego dookoła. Akceptuje jednak wszystko i wszystkich tak długo jak akceptuje to Maria. Nie jest jednak najposłuszniejszym psem, czasem zwyczajnie wie lepiej gdzie powinien być i co robić więc nie dla niego popisywanie się milionem sztuczek. 
Ciekawostki:
- Został przywieziony z Turcji mniej więcej rok temu, co kosztowało Marię ogromną ilość czasu poświęconego na negocjacje i jeszcze więcej pieniędzy. 
- Nosi imię po pupilku Hagrida. 
- Woli przebywać na zewnątrz niż w pomieszczeniach, dlatego ma na podwórku swoją budę i kojec. 
- Zawsze gdy wychodzi na spacer nosi kaganiec. 
- Mimo swoich gabarytów jest bardzo szybki i zwinny. 



Imię: Phantom
Wiek: 2 lata
Rasa: Dog niemiecki
Charakter: Phantom przez większość ludzi byłaby uznana za psa doskonałego. No, może z jednym minusem. Jest fantastycznie zsocjalizowanym, stabilnym zwierzęciem, które jako jedyne z całej gromadki nie tylko akceptuje, ale wręcz uwielbia dzieci. Ze względu na swoją niepełnosprawność w nowych miejscach bywa lekko wycofana i trzyma się raczej blisko właścicielki. Zawsze spokojna, przyjazna, Phantom lubi wszystko co żywe. 
Ciekawostki:
- Jest głucha. 
- Posiadanie białego doga było marzeniem małej Aniki Darii, jednak dziewczynce nie było dane długo cieszyć się jego towarzystwem. 
- Nie szczeka, nigdy. 
- Wiecznie wpatrzona w Marię, czekając aż ta ją zawołała na chwilę głaskania. 

Maximilian Archie Hardcastle

Imię i Nazwisko: Maximilian Archie Hardcastle. 
Przezwiska: Max, Arch. 
Wiek: 25 lat
Płeć: Mężczyzna.
Pochodzenie: Amerykanin urodzony w Norwegii. 
Praca: Ponieważ ojciec Maxa to don jednej z najpotężniejszych mafii Nowego Jorku, chłopak nie musi martwić się o zawartość portfela. Z przyczyn osobistych zasiadł jednak na krześle prezesa w firmie swojego wujka, zajmującej się przemysłem farmaceutycznym. 
Charakter: Max nie jest z pewnością osobą, która wybacza zdrady. W razie potrzeby jest w stanie wyciągnąć na światło dzienne wiele brudów danego delikwenta tylko po to, aby go doszczętnie zniszczyć. Zwykle szczery, nie bojący się ranić innych nieprzyjemną dla duszy prawdą. Po ojcu otrzymał w genach ogromną upartość oraz zaciętość, co przydaje się we wszelkiego rodzaju kłótniach. W stosunku do nowo poznanych osobników bywa strasznie nieufny. Na samym początku znajomości, każdy twój gest będzie decydował o tym, czy dożyjesz następnego dnia. Jego zaufanie da się zdobyć dopiero po kilku tygodniach, kiedy będzie w stanie wyrobić sobie o tobie jakieś zdanie. Od małego był wychowywany wśród różnych gatunków zwierząt, dlatego nie dziwne jest to, że kocha te pocieszne, mordercze kulki. Nigdy nie wątpi w poczucie własnej wartości, a w jego wypowiedziach czuć ogromną pewność siebie. Sam określa się jako rasowego realistę, gdyż nie umie patrzeć na świat przez różowe, bądź czarne okulary. Ma mocną głowę, dlatego spicie go graniczy niemal z cudem. Zwykle działa zgodnie z planem, lecz zdarzają mu się częste odstępstwa od tej reguły. Odkąd pamięta był dość pracowitą i sumienną osobą, która nie tolerowała sprzeciwu swoich "podwładnych". Będąc zirytowanym, nie jest w stanie opanować swojej wredoty oraz oschłości, kierowanej w tej sytuacji w stronę towarzyszących mu obecnie ludzi. Archie to zdecydowanie osoba lubiąca imprezować, ale zna swoje możliwości. Jeśli jutro czeka go ciężka praca, zwinie się wcześniej do domu, a przede wszystkim mniej wypije. Kiedy poznasz jego druga stronę, jesteś w stanie stwierdzić, że Hardcastle jest odpowiedzialnym i dojrzałym mężczyzną, gotowym rozwiązać wszystkie spory międzyludzkie.
Wygląd: Arch to atrakcyjny mężczyzna mierzący równe 187 cm wzrostu. Z natury blondyn o niebieskich, wręcz błękitnych oczach, w których zakochała się już niejedna kobieta. Niewielka wada wzroku zmusza go do używania soczewek, lecz jak sam twierdzi, nie przeszkadza mu to w codziennym życiu. Oprócz kilku blizn, na jego ciele idzie odnaleźć trzy tatuaże, które wyszły spod ręki jego przyjaciółki. Pierwszy z nich przedstawia znak rodziny mafijnej Castellów klik, drugi imponującego jelenia klik , natomiast ostatni to zwykłe litery, układające się na wskazującym palcu w napis “Bella Ciao”.
Zainteresowania/Hobby: Archie od najmłodszych lat pasjonował się łucznictwem oraz bieganiem na długie dystanse. Z czasem dołączyły do tego również sporty walki, a nawet pływanie, które pielęgnuje do dziś. Nie da się ukryć, że interesują go także produkcje Marvela i książki kryminalne, które wypełniają większość półek w jego pokoju. Ciekawi go również medycyna sądowa, dlatego nie obcy jest mu widok rozkładających się zwłok. 
Rodzina: 
  • Ojciec - Harvey Rayan Hardcastle - ojciec chrzestny rodziny Castellów uważanej do dziś za najlepszych graczy. Ze swoim najstarszym potomkiem ma wspaniały kontakt, może dlatego, że chce mu kiedyś przekazać rodzinne interesy.
  • Matka - Monica Rachel Hardcastle - trzecia żona Harvey’a, która jako pierwsza dała mu potomków. Z natury jest bardzo spokojną i tolerancyjną kobietą. Hardcastle'a spotkała na ostatnim roku studiów i bez pamięci się w nim zakochała.
  • Wuj - David Nathan Hardcastle - brat Harvey’a będący podszefem nowojorskiej mafii. Posiada własną firmę farmaceutyczną, która w obecnych czasach odnosi duże sukcesy na światowym rynku. 
  • Młodszy brat - Charles Hardcastle - siedemnastoletni brat Maxa przebywający obecnie w Chicago. Od roku utrzymują ze sobą jedynie kontakt internetowy. 
Partner: Brak. 
Zakochany: Chociaż w swoim życiu miał wiele kobiet, to nigdy się w nich szczerze nie zakochał. 
Orientacja: Heteroseksualny. 
Inne: 
> Najprawdopodobniej posiada tylko dwójkę dzieci.
> Wbrew pozorom ma bardzo dobre kontakty z ojcem, który na swój sposób go wspiera.
> Potrafi komunikować się w czterech językach obcych: francuskim, norweskim, włoskim i hiszpańskim.
> Ukończył studia farmaceutyczne.
> Uwielbia seriale! Jego ulubionymi są: Kości, Dom z papieru, Lucyfer oraz Supernatural.
> Wyznaje prawosławie.
> W wieku pięciu lat ukradł Harvey’owi glocka, którym prawie zastrzelił ich kota. 
> Nagminnie pali papierosy.
> Jego pierwszy tatuaż pojawił się, gdy ten miał 15 lat. 
> Nigdy nie odmawia niczego Mercedesowi. Nawet kupienia tęczowej alpaki.
> Od zawsze chciał mieć węża, lecz posiadanie kruka, lisa i psa całkowicie mu wystarcza.
> Jest obeznany z bronią palną i białą.
Historia: Urodził się 15 marca 1994 roku, jako pierwsze dziecko państwa Hardcastle. Chociaż wpływ na jego początki miała chłodna Norwegia, to już po tygodniu tę rolę przejęły ciepłe Stany Zjednoczone. W końcu kto mógł przewidzieć, że mały Max przyjdzie na świat dwa tygodnie wcześniej niż nakazywał termin? Jego dzieciństwo było wręcz idealne. Ciągle nowe zabawki, ochrona, najlepsi nauczyciele, a przede wszystkim kochani rodzice, którzy w pierwszych latach jego życia nie spuszczali go z oczu. Mijały lata, a dojrzewający Archie, zaczął dowiadywać się coraz więcej o swojej przestępczej rodzinie. Nie chcąc zawieść ojca, przyłożył się bardziej do nauki, aby zacząć szybciej pomagać mu w sprawach, w których nie udzielali się zwykli ludzie. W swoim życiu odbył wiele podróży. Nie ważne, czy był to Meksyk, czy Brazylia, on zawsze wracał z pozałatwianymi sprawami. Poza pracą korzystał także ze swojego życia towarzyskiego, co zakończyło się przyjściem na świat dwójki jego dzieci. W międzyczasie uniknął jeszcze więzienia stanowego oraz kolejnej śmierci, w postaci strzału w głowę. A co się dzieje z nim teraz? Teraz, przesiaduje głównie w Nowym Jorku, myśląc o tym, czy dożyje błogiej trzydziestki.
Pojazd: Archie posiada wiele samochodów, ale z pewnością jego ulubionymi są: Audi R8 i Range Rover Sport .
Pupil: Lucyfer, Loki, Cerber. 
Inne zdjęciaklikklikklik
Steruje: Immortal (chat) cottonpicking.email@gmail.com


Pupil


Imię: Lucyfer.
Wiek: 2 lata. 
Rasa: Kruk.
Charakter: Lucyfer z pewnością nie należy do ptaków, które uwielbiają nowo poznanych ludzi. Na palce nieznajomego automatycznie reaguje dziobem oraz rozstawieniem czarnych skrzydeł. Lucy jak to kruk jest strasznie inteligentny. Kiedy doskwiera mu nuda, jest w stanie otworzyć bez niczyjej pomocy kilka pudełek lub dopasować kształty klocków w kostce dla dzieci. Max nauczył go kilku krótkich melodii, którymi lubi torturować jego bolącą głowę. Często siada na ramieniu swojego pana, prosząc go o przeróżne pieszczoty. 
Ciekawostki: 
Został sprowadzony z Norwegii. 
Nauczony do spacerów na smyczy. 






Imię: Loki.
Wiek: 2 lata.
Rasa: Lis marmurowy.
Charakter: Loki to zdecydowanie odworność Lucyfera. Zakochuje się w każdym napotkanym człowieku, jeśli ten podaruje mu choć trochę miłości. Lis jest dość mocno związany ze swoim właścicielem i usilnie próbuje przejąć jego całą uwagę. Kocha niszczyć zużyte opakowania oraz nurkować w koszu na śmieci, co jak idzie się domyślić, nie kończy się zbyt dobrze. Praktycznie nigdy nie jest cicho, a jego nocne gadanie denerwuje nieprzyzwyczajonych do tego ludzi. 
Ciekawostki: 
Uwielbia jeść jagody i drobne myszy. 
Kocha śnieg. 



Imię: Cerber. 
Wiek: 4 lata.
Rasa: Husky syberyjski. 
Charakter: Cerber to typowy leń lubiący wylegiwać się całymi dniami w swoim posłaniu. Zwykle wydaje się mieć gdzieś swojego właściciela, lecz jeśli chodzi mu o spacer, bądź jego obronę nigdy nie odmówi. Nie ma nic przeciwko przebywaniu wśród innych zwierząt, co jasno pokazuje tolerując Lucyfera i Lokiego. W jego przypadku ruchu nigdy za wiele, dlatego każda okazja do wyjścia na dwór wiąże się z jego ogromną aprobatą. Przy małych dzieciach przemawia przez niego agresja, więc trzeba go w ich towarzystwie bardzo pilnować. W młodości był straszną rozrabiaką, niszczącym wszystko co stanęło mu na drodze. 
Ciekawostki
Nauczony ciągnięcia zaprzęgu z innymi psami.
Jedną z jego ulubionych nagród jest jabłko. 

Od Erica cd Jodissela

Wysłuchałem słów szatyna, z delikatnym rozbawieniem obserwując, jak starał się sprawiać wrażenie nieco wyższego. Finalnie uścisnąłem jego dłoń, jednocześnie pozwalając sobie na nieco szerszy uśmiech, który skutkował nieznacznym ukazaniem moich zadbanych zębów.
- Też mam taką nadzieję - odparłem, mierząc chłopaka spojrzeniem. Odniosłem wrażenie, że coś w jego zachowaniu zdążyło się delikatnie zmienić. Nie mogłem jednak ocenić, z jakiego powodu, dlatego uznałem, że musiało mi się wydawać. - W sprawie wywiadu odezwę się, gdy tylko będę znać swoje stabilne plany na najbliższe dni. 
Po tych słowach udałem się do wyjścia, z zadowoleniem poprawiając torbę przy moim boku. Satysfakcjonował mnie fakt, że prawdopodobnie jako jedyny z kadry będę na gali w oryginalnym stroju. Reszta moich niezbyt obdarzonych kreatywnością znajomych ograniczy się zapewne to drogich, aczkolwiek niekoniecznie przyciągających uwagę kreacji. Dla mnie było to dość korzystne - lubiłem skupiać na sobie spojrzenia podczas podobnych uroczystości. 
Droga do mieszkania minęła mi na podobnych rozmyślaniach, dlatego też czas zleciał mi dość szybko. Po wjechaniu windą na szóste piętro automatycznie skierowałem się w stronę właściwych drzwi. Nie mogłem odzwyczaić się od naciskania klamki zamkniętego mieszkania - dopiero po tej czynności przypominało mi się, że warto byłoby wygrzebać klucze z kieszeni i z ich pomocą dostać się do środka. 
Dziś jednak drzwi otworzyły się bez mojego ingerowania w zabezpieczenia. Skonsternowany przez chwilę stałem w progu, ze zdziwieniem marszcząc brwi. W końcu jednak zdecydowałem się wejść do korytarza, bezgłośnie zamykając za sobą drzwi. Gdy jednak spojrzałem w kąt, odetchnąłem z ulgą. Mój niepokój ustąpił miejsca lekkiej irytacji. Zdjąłem buty i szybkim krokiem ruszyłem do salonu. Im bliżej byłem, tym wyraźniej słyszałem dobiegający z pomieszczenia głos Camili Cabello. Gdy wszedłem do środka, pretensjonalnie skrzyżowałem ramiona na piersi i spojrzałem w kierunku kanapy.
- Więc gdzie znalazłeś moje klucze? - spytałem z wyrzutem, przyglądając się siedzącemu chłopakowi. - Mogłeś chociaż do mnie napisać. 
Blake jedynie uśmiechnął się krzywo i rzucił zgubę w moją stronę. Zręcznie złapałem ją w locie.
- Na schodach koło recepcji - oznajmił czarnowłosy i lekko wzruszył ramionami. - Powinieneś mi dziękować, a nie mieć pretensje.
- Nie będę ci dziękować, skoro w tym miejscu puszczasz coś takiego - z teatralnym oburzeniem podszedłem do wieży stereo i przełączyłem utwór na kawałek wykonania Black Sabbath, który zawarty był na oryginalnej płycie zespołu. Na regale za wieżą miałem ich mnóstwo - większość z nich kwalifikowała się do rocka z okresu drugiej połowy ubiegłego wieku. 
Zająłem miejsce na fotelu i wbiłem wzrok w znajomego z kadry. Był niewiele niższy ode mnie, aczkolwiek moje nazwisko bardziej nadawało się do jego urody. Śniada karnacja, ciemne oczy u wydatne kości policzkowe nadawały mu nieco egzotycznego wyglądu. 
- Przez trzy dni nie będzie trenera - oznajmił nagle, uśmiechając się z satysfakcją. W reakcji na jego słowa lekko uniosłem brew.
- Czyżby? Jak udało ci się pozbyć go akurat teraz? - spytałem z jawną wątpliwością w głosie. Eliminacje już wkrótce, a nasz mentor postanowił wyjechać?
- Wystarczyło przypomnieć, że ważność jego ubiegłorocznego prezentu od nas wkrótce wygasa - Blake parsknął z rozbawieniem, widocznie bardzo z siebie zadowolony. - Kazał nam trenować pod jego nieobecność, ale obaj wiemy, jak to się skończy...
W tym momencie przestałem go słuchać. Wyjąłem telefon z kieszeni z zamiarem powiadomienia dziś poznanego szatyna o lukach w moim grafiku. W połowie pisania wiadomości jednak przerwałem, zdając sobie sprawę, że nie mam jego numeru. Sfrustrowany włączyłem wyszukiwarkę internetową i dość sprawnie odnalazłem numer na stronie firmy Jodissela, aczkolwiek nie miałem gwarancji, że jest tym, który aktualnie jest mi potrzebny. Postanowiłem jednak zaryzykować.

"Okazuje się, że trzy najbliższe dni mogę wykorzystać całkowicie w dowolny sposób. To chyba dobra okazja na wywiad, o ile też znajdziesz czas." 

Wysłałem wiadomość i odłożyłem telefon na blat stołu przed sobą. 
- Od kiedy ty z kimś piszesz w czasie, gdy z tobą rozmawiam? - podejrzliwie spytał Blake, który prawdopodobnie przerwał swój wywód na rzecz bacznego obserwowania moich poczynań. 
- Ważne sprawy służbowe, za które też powinieneś się w końcu zabrać - odparłem jedynie, splatając dłonie na kolanie. - W przeciwnym razie trener doda ci kilkanaście basenów, jak ostatnio. A ja nie lubię słuchać twoich narzekań, więc radzę ci się za to zabrać, przyjacielu.
(Jodi?)