poniedziałek, 2 września 2019

Od Leroya CD Lorcana

Wszystkie wiatraki kręcą się na maksymalnej prędkości, klimatyzacja szumi, ale i tak wciąż jest gorąco. Nie, gorąco to chyba za lekkie słowo, jest parno, upalnie, duszno, nie do zniesienia. Ciasne uliczki i wielkie budynki robią z Nowego Jorku labirynt suchego powietrza, którym wręcz nie da się oddychać. Wieczne spaliny i żar lejący się z nieba nie pomaga.
– Gorąc – burczy Priya, przeciskając się przez drzwi na zaplecze, niosąc górę talerzy. Otwieram je szerzej. Kiwa mi głową niby na podziękowanie. River wyskakuje za ladę, bezmyślnie bawiąc się swoją plakietką z imieniem. Godzina dwunasta, HaZy jest zapchane. W sumie nie dziwota, sama klimatyzacja przyciągnęła pewnie połowę tych ludzi. Dziękuję sobie za to, że wpadłem na pomysł zamontowania jej w budynku. Inaczej wszyscy już bylibyśmy martwi (choć i tak w tej temperaturze większość ludzi jest bliska śmierci). Priya wraca z zaplecza i dopiero gdy odchrząkuje, wyrywa mnie z zamyślenia – ktoś z godzinę temu przyszedł tu w kostiumie kąpielowym. Tylko kostiumie.
– A ja widzę kogoś w futrze – rzucam okiem na zapełnione kanapy. Boże, jak on wytrzymuje?
– Ja kogoś w pełnym stroju Spider-Mana – dorzuca River, nawet nie rzucając na nas oka zza kasy.
– To Nowy Jork – wzrusza ramionami Priya, zapinając włosy w wysoki kucyk. I tak loki spadają jej na twarz. Wydaje się poirytowana, ale nie dziwię się jej, ta temperatura potrafi działać na nerwy – To zbiorowisko dziwaków.
– Najlepszych – odbijam piłeczkę i Priya krzywi się w uśmiechu, który ewidentnie próbowała zatrzymać.

Oczywiście upał nie mógł być jedynym problemem, inaczej świat stanąłby na głowie. Dostawa nie dotarła, przez co musieliśmy wykreślić prawie wszystkie smoothie z menu, muzyka zacięła się nie raz, a trzy, no i ktoś przyszedł z psem, co wywołało reakcję łańcuchową, od przerażonego sytuacją właścicielki do rozjuszonej matki, chcącej dzwonić na policję. Na szczęście nie doszło do rękoczynów, choć widziałem, jak Eden zakasuje rękawy. Reszta dnia toczy się dość spokojnie, chociaż przez temperatury i tłum wiatraki zdają się szwankować i boże, kolejna rzecz, którą trzeba się zająć. Przynajmniej do zachodu w klubokawiarni jest mniej więcej tłum, co może, ewentualnie, nadrobi za straty. Po dwudziestej pierwszej ludzie już się wykruszają, jakby zmierzch zmuszał ich do wyjścia na zewnątrz, choć pewnie to jedyny czas, kiedy faktycznie da się wyjść na zewnątrz. Gość w futrze żegna się, machając prawie pełnym kubkiem z mrożoną kawą i znika za drzwiami, co czyni HaZy Dreams oficjalnie wolnym od klientów. River całkiem szybko podobnie ląduje przy wyjściu, zaciskając w dłoni firmową koszulkę. Mówi coś o czyichś urodzinach i zatrzaskuje drzwi, przy okazji odwracając plakietkę na stronę ZAMKNIĘTE. Klimatyzacja wciąż szumi, chociaż lżej. Powietrze jest dość zimne. Wskakuję na zaplecze, wciskając naczynia do zmywarki.
– River dobrze gada – odzywa się po chwili Dakota, włączając radio, przez co cichy wcześniej lokal wypełnia się jakąś dość znaną melodią. Pop, coś w tym stylu. Taylor Swift? Może coś innego, nie mam czasu się zastanowić, bo Dakota wskakuje na blat i znowu coś mówi, choć muzyka praktycznie całkowicie go zagłusza.
– Co?
Znowu coś mówi, ale go nie słychać. Chcę mu to powiedzieć, ale zanim otworzyłem usta, by krzyknąć, muzyka cichnie. Priya stoi przy głośnikach ze zmarszczonymi brwiami.
– Mówię – odzywa się znowu Dakota, brzmi na poirytowanego – że River ma rację. Ta temperatura wykańcza. Trzeba się jakoś rozluźnić.
– I co proponujesz? – Priya podnosi brwi wysoko, gdy Dakota zeskakuje z blatu, by podskoczyć do kolumny i spróbować pogłośnić muzykę. Nie udaje mu się, Priya stoi jak ściana, w dodatku jest od niego chyba o dwie głowy wyższa.
– No, imprezę. Pozwiedzamy miejscowe kluby, zobaczymy, jak tam jest–
– A co z Hydrą?
– Ej tam – Dakota macha ręką i gdy tylko Priya odsuwa się, rzuca się na głośnik i znów pop odbija się po ścianach – weź, Ri, w poniedziałki i tak jest pusto. A teraz zaczęli wszyscy pracę, to jeszcze gorzej. No chodźcie, rozluźnimy się, możemy popatrzeć, jak bardzo źle jest u innych w porównaniu z nami...
Priya rzuca mi pytające spojrzenie, jakby nie była pewna, co ma odpowiedzieć.
– W sumie Dakota nie gada głupot – mówię powoli, odkładając szklanki na ich miejsce. Widzę, że Priya przelicza pomysł w głowie. Pewnie wylicza tysiąc plusów i minusów sytuacji, które i tak wyjdą równoważne. Zwraca na mnie wzrok, choć ewidentnie głową jest gdzieś indziej – Możemy obczaić konkurencję, zobaczyć co inni robią na Manhattanie...
Zastanawia się minutę, dwie, gdy Dakota wije się wokół niej do nowej, żywszej melodii.
– Konkurencja...niech będzie – Wzdycha po chwili, niby zrezygnowana, ale widzę cień uśmiechu pojawiający się na jej ustach. Dakota momentalnie promienieje – Ale w zamian za zamknięcie dziś, jutro robimy drinki za pół ceny. Inaczej nie nadrobimy.
– Świetnie, to co, widzimy się tu za pół godziny, muszę się przebrać, to cześć! – rzuca na jednym wdechu i znika za drzwiami. Słyszę za sobą rozbawiony głos Priyi.
– W co my się wpakowaliśmy?

Punkt dziesiąta wieczorem spotkaliśmy się przy drzwiach klubokawiarni (my, jako ja, Priya w aksamitnej sukience, Dakota z czymś, co tylko w małym stopniu mogło nazywać się koszulką, Jaden, Tanya i ktoś, kto przedstawia się jako Eric). Dakota krzywi się, taksując mnie wzrokiem.
– Mogłeś się bardziej postarać.
– Hej, biała koszula to doskonały wybór na wyjś–
– Dobra, idziemy – zarządza wymalowana na bóstwo Tanya i rusza ze stukotem szpilek w głąb ulicy, nie pozwalając mi skończyć.

Wchodzimy do pięciu klubów w ciągu dwóch godzin, w każdym spędzamy mało czasu, bo albo komuś nie podoba się muzyka, albo drinki za drogie czy niedobre, albo dziwni ludzie kręcą się po lokalu. Po jakimś czasie grupka się rozpada, bo po drodze gubimy Dakotę i Erica, potem w kolejnym klubie nie możemy znaleźć Jadena, wreszcie zostaję tylko ja i Priya. Klub, w którym wylądowaliśmy, nie jest jakoś wybitnie zatłoczony, ale i tak trudno dostać się do baru bez zostania popchniętym chociaż dziesięć razy. Priyę ktoś wyciągnął na parkiet, choć nie wyglądała na tak złą, jak wcześniej tego wieczoru, gdy ktoś zaproponował jej taniec.
Muzyka łupie po uszach, światła migają, trudno skoncentrować się na czymkolwiek. Mam wrażenie, że ktoś do mnie coś mówi, ale gdy rozglądam się bacznie, nikt nie patrzy się na mnie, co wyklucza sprawę. Jezu, chyba muszę usiąść.
Na szczęście kilka stołków barowych jest wolnych, więc siadam na jednym z tych na uboczu. Rzucam okiem na bar. Dwójka barmanów kręci się jak szalona, próbując zadowolić wszystkich klientów. Obok mnie są trzy miejsca wolne, dalej ktoś siedzi. Rzucam okiem na parkiet. Priyi nie widać. W sumie co mi tam, pogadać nie zaszkodzi.
Przesuwam się na stołek obok osoby. Patrzy się gdzieś w bok, skupionym wzrokiem. Barman zbliża się do mnie z pytaniem o zamówienie wymalowanym na twarzy.
– Martini poproszę – rzucam bezmyślnie, w końcu to jeden z bardziej znanych drinków, co nie? Barman kiwa głową – I virgin Mojito do tego.
Czuję na sobie wzrok osoby obok, więc zwracam głowę w jej stronę. Chłopak, może mieć jakieś dwadzieścia lat, ciemne włosy zaczesane à la Elvis, chociaż grzywka spada mu na czoło i gdyby była przesunięta o kilka milimetrów w którąkolwiek stronę, zasłaniałaby mu widok. Chorobliwie blada skóra odbija kolorowe światła, chłopak sam przez jasność cery wygląda, jakby się świecił. Podnosi brwi, a na jego ustach tańczy drobny uśmiech, gdy przesuwam Martini w jego stronę. Oliwka tańczy w białym drinku, ja dostaję swoje Mojito i zaciskam zimną szklankę w dłoni. Jezu, jak tu jest duszno. Chcę podwinąć rękawy, ale orientuję się, że musiałem to zrobić wcześniej. I tak jest gorąco.
– Leroy – mówię do chłopaka po przełknięciu łyka napoju. On bierze swój drink do ust, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Gdy go odsuwa, oblizuje wargi. Oho.
– Lorcan.
– O, no proszę, też na L, co za zbieg okoliczności – wyrywa mi się, zanim się powstrzymałem, ale chłopak (Lorcan, podpowiada mi mózg) nie wydaje się bardzo oburzony potokiem słów, więc wyprostowuję się i mówię dalej – No, to co cię tutaj w środku tygodnia sprowadza, Lorcan?

Lorcan?
przepraszam za brak fabuły aaaa

Od Jodissela CD Alexa

Miałem dzisiaj jakieś wybitne szczęście, żeby wpadać na ludzi. Może to ta zachwiana równowaga po wypadku? Albo udar słoneczny? Kto by to wiedział. Tak czy inaczej, po tym, jak nieudolnie próbowałem pomóc oblanemu przeze mnie wodą chłopakowi, udało mi się wbić ponownie prosto w grupę zaskoczonych studentów, których o mało nie staranowałem już wcześniej, wychodząc, a teraz — gdy postanowiłem usiąść na krześle w głównym korytarzu, aby jednak zrzucić z głowy koronę i zadzwonić po Jeala, żeby po mnie przyjechał, bo tu umrę. Gdy jednak udało mi się przebić przez studentów, nie powodując uszczerbku na zdrowiu ani moim, ani ich, błyskawicznie stanęła przede mną kolejna przeszkoda. A dokładniej — ten sam gość, który po naszym ostatnim spotkaniu wciąż ociekał lekko wodą. No, może nie ociekał, ale ubranie wciąż miał wilgotne, a wiedziałem o tym, bo zanim udało mi się odzyskać równowagę, musiałem się chwycić pierwszej lepszej rzeczy, jaka znalazła się na mojej drodze, a był to akurat ten chłopak.
- Znowu ty? - usłyszałem jego zirytowany głos.
Wyprostowałem się, próbując odzyskać godność i zobaczyć z czyjej ręki przyjdzie mi zginąć. Chłopak był wyższy ode mnie o pół głowy, co nie było takie trudne, patrząc na mój wzrost, a przy tym wydawał się gdzieś tak dziesięć razy bardziej umięśniony niż ja, więc nie mówiąc przez dłuższy moment ani słowa, odsunąłem się nieco, aby nie być w razie czego w zasięgu jego ręki. Bądź co bądź, wciąż kręciło mi się w głowie i byłem nieco osłabiony dłuższym pobytem w szpitalu, więc wolałem nie ryzykować.
- Przepraszam... - mruknąłem znów, wiedząc doskonale, że brzmi to żałośnie, bo ileż można przepraszać, ale nie mogłem nic na to poradzić. Jeal i tak zawsze twierdził, że jestem typem osoby, która przeprasza, że żyje i oddycha tym samym powietrzem co inni. Nienawidziłem się z nim zgadzać, no ale miał trochę racji. - To nie było naumyślne. Proszę. - mówiąc to, odsunąłem się nieco na bok, aby przepuścić chłopaka, samemu opierając się lekko o ścianę, gdyż znów zaczęło mi się kręcić w głowie i ciemnieć przed oczami. Zacisnąłem dłoń mocniej na butelce już prawie opróżnionej z wody. Krzesło, do którego początkowo zmierzałem, znajdowało się niedaleko, ale jako ultrauprzejma osoba, wydawało mi się, że niegrzecznie byłoby olać gościa i po prostu pójść sobie usiąść, więc czekając na jego odpowiedź — jakakolwiek by ona być nie miała — po prostu opierałem się o chłodną ścianę.

<Alex?>

Od Alexa cd Jodissela

Dzisiaj miałem dość ciężki dzień, moja mama wylądowała w szpitalu, a ja nawet nie wiedziałem dlaczego... Mogę winić o to tylko mojego ojca. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i wybrałem numer ojca. Chociaż, że rzadko z nim rozmawiałem to przełamałem się, aby dowiedzieć co jest z mamą...
- Cześć - Powiedziałem do słuchawki, gdy usłyszałem głos ojca przez telefon. - W którym szpitalu leży mama? - Zapytałem. - Co jej zrobiłeś?.... Oj nie tłumacz się... Nara.
Rozłączyłem się i od razu zadzwoniłem do szefa, że dzisiaj nie pojawię się w pracy z powodu osobistych. Ubrałem się szybko, wziąłem kluczyki do motocyklu i wyszedłem z domu. Wyciągnąłem z garażu motocykl i od razu ruszyłem do szpitala. Jadąc do szpitala, mijałem bardzo dużo samochodów, które stały w korku.
- Jak dobrze, że mam motor. - Powiedziałem sam do siebie.
W końcu po około 45 minutach jazdy zjawiłem się na terenie szpitala. Zaparkowałem na wolnym miejscu i zacząłem wbiegać po schodach do drzwi ogromnego budynku. Gdy już wchodziłem do budynku, poczułem pchnięcie i zimną ciecz na sobie. 
- Najmocniej przepraszam. - Powiedział jakiś męski głos.
Złapałem równowagę i spojrzałem na swoje ubranie, które było w większości przemoczone jakąś cieczą. Na szczęście była to tylko woda.
- Spoko. - mruknąłem. - Nic mi nie jest. - Gdy chłopak próbował mi pomóc, ale nie wiem w czym. 
- Naprawdę nie chciałem, ktoś na mnie wpadł i ... - Zaczął się tłumaczyć, jakby oblał kogoś ważnego. Szybko mu przerwałem.
- Już powiedziałem spoko. - Mruknąłem.
Ominąłem chłopaka i pobiegłem szybko do recepcji, aby zapytać gdzie jest mama. Pielęgniarka, która miała na karku około piędziesiątki wskazała mi drogę. Szybko dobiegłem do maleńkiej sali, w której była tylko moja mama. Nikt przy niej nie był. 
- Cześć. - Powiedziała ledwo się uśmiechając.
- Cześć. - Odpowiedziałem.
Usiadłem obok niej na taborecie koło łóżka. Byłem lekko zdenerwowany gdy ją zobaczyłem, miała parę siniaków. Matka zaczęła tłumaczyć jak się tutaj znalazła, a potem wylewała żale że dawno mnie nie widziała.
- Przepraszam ale musimy zrobić badania. - Wtrąciła nagle pielęgniarka, która weszła do sali nie wiadomo kiedy. Kiwnąłem głową.
- Przyjadę jutro. - Pocałowałem ją w czoło i wyszedłem z sali.
Schodziłem po schodach i skierowałem się od razu na główny korytarz, nagle ktoś znowu na mnie wpadł.
- Znowu ty ? - Zapytałem z lekką irytacją, gdy okazało się, że to ta sama osoba na mnie wpadłą wcześniej.
Jodi?

Od Mercedes cd Auguste i Maximiliana

- Co tym razem zrobiłeś? - Gus odłożyła maszynkę obok pojemniczków z tuszami i przytrzymała komórkę ramieniem. - I gdzie jesteś? Archie? Odpowiadaj mi jak do ciebie mówię - warknęła zirytowana. - Maria! Gdzie jest ten nierób?
- Powinien być w pracy.
- Arrow, zadzwoń na 911, niech wyślą tam karetkę. - Auguste odłożyła swój telefon i wróciła do tatuowania.
- Jaką karetkę?! - Podniosłam głowę, przerywając na rysowanie i starając się wyczytać z twarzy Gus cokolwiek. - Co się stało?
- Nie wiem, przestał się odzywać. - Wzruszyła ramionami.
Wstałam, zgarniając zapisane kartki na jedną w miarę ogarniętą kupkę.
- Pojadę tam sprawdzić co się stało. - Wyszłam zza biurka.
- Nigdzie nie jedziesz. - Gus raz jeszcze przerwała tworzenie wzoru na skórze klientki. - Zostajesz tu, siedzisz za biurkiem i czekasz, aż Archie da znać że przyszyli mu ten odcięty palec czy cokolwiek tam sobie zrobił. Arrow, pilnuj jej.
- Gus, zaraz mam klienta! - zaprotestował.
- Potraktuj to jako test czy nadajesz się na ojca. - Auguste ponownie wróciła do swojego zajęcia. - Maria, siadaj.
Zignorowałam polecenie Auguste, mijając jej stanowisko pracy, ale wpadłam na Arrowa, który jakimś cudem zdołał znaleźć się między mną a drzwiami.
- Siadaj. I bądź cicho. - Powtórzyła, na co jej pracownik posłał mi spojrzenie proszące bym posłuchała i miała (względnie) święty spokój.
Westchnęłam z nieskrywaną irytacją i pod czujnym okiem Arrowa wróciłam za biurko. Chcąc zająć czymś ręce, wróciłam do ćwiczenia pisania, ale nie mogąc się skupić po kilku sekundach ołówek w towarzystwie moich przekleństw przemierzył w powietrzu pół studia, lądując na podłodze z charakterystycznym dźwiękiem. Podciągnęłam nogi na siedzenie krzesła i wyciągnęłam z kieszeni telefon, by spróbować dodzwonić się do Archiego. Nie odbierał, więc nadal wyklinając pod nosem cały wszechświat przerzuciłam się na pisanie smsów.
Jakieś dwie czy trzy godziny później rozległ się w końcu sygnał przychodzącej wiadomości. Błyskawicznie odblokowałam telefon.
"Żyję".
Kolejny sygnał. A potem kolejny.
"Ale dźganie nożem jest gorsze niż alko".
"Jestem w szpitalu Presbyterian na Manhattanie jeśli chcesz wpaść".
- Archie został dźgnięty nożem. Jadę do niego. - Zgarnęłam swój plecak i kask.
- Ktokolwiek to zrobił doskonale go rozumiem - Gus odezwała się pierwszy raz od kilku godzin. - Nie wpadnij pod samochód, bo oboje będziecie leżeć w szpitalu.
***
Zajrzałam do sali wskazanej mi kilka minut wcześniej przez jedną z pielęgniarek. Archie leżał z przymknętymi powiekami. Miał na sobie jeden z tych dziwnych zestawów, które dostaje się, gdy twoje ubranie nie przypomina już zbytnio ubrania.
- Dzięki Bogu żyjesz! Przestraszyłeś mnie. - Weszłam do pomieszczenia, podchodząc do jego łóżka. - Zabiję tego, kto ci to zrobił. - Przytuliłam lekko blondyna, ale mimo wszystko poczułam jak jego mięśnie się napinają. - Przepraszam. - Odsunęłam się.
- Nic się nie stało - zapewnił, przywołując na twarz słaby uśmiech. - Pytanie brzmi kiedy opijamy operację. - Zmienił temat.
- Alkoholik. - Usiadłam na brzegu jego łóżka.
- Degustator - sprostował.
- Cóż, żadnych degustacji dopóki stąd nie wyjdziesz. - Uśmiechnęłam się. Zdenerwowanie chyba zaczęło mnie opuszczać.
- To można zorganizować - zażartował. - Kilka papierów i możemy pić.
Spojrzałam w oczy mężczyzny rzucając w odpowiedzi tylko krótkie "nie", na co ten roześmiał się tylko. Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas zanim drzwi do sali znów się otworzyły, tym razem ukazując stojącą w nich Gus.

Auguste?

Od Maximiliana cd. Mercedes i Auguste

Wpatrując się w kolorowe obrazy, wyświetlane na monitorze mojego laptopa, zacząłem odczuwać ogromne zmęczenie. Była dopiero szesnasta, ale mój mózg złudnie twierdził, że zaraz na zegarze wybije północ. Nie mogąc wytrzymać ostatnich dwudziestu minut nicnierobienia, postanowiłem wstać, zwinąć swoje manatki i udać się na podziemny parking, gdzie zawsze zostawiałem jeden ze swoich samochodów. Podczas poszukiwań odpowiedniego kwadratu, zacząłem zastanawiać się nad tym, co zrobić na dzisiejszą kolację. W mojej głowie wirowało wiele wersji wyśmienitych dań, które w celu ocalenia kuchni, zostaną raczej przeze mnie zamówione. Czując w kieszeni znajome wibracje, wyjąłem z niej czarnego iPhone’a, którego wyświetlacz ukazywał jedną, nową wiadomości.
- A co my tu mamy? - Mruknąłem pod nosem, wczytując się w treść SMSa od nieznanego mi wcześniej numeru. Spójrz w górę - przeczytałem, automatycznie wykonując dane polecenie. Stety lub niestety niczego tam nie znalazłem, a moje nogi mogły ze spokojem, przyprowadzić mnie do mrocznego Range Rovera. Miałem już do niego wsiadać, gdy nagle  moje oczy zarejestrowały wygrzewającego się na masce kocura. Chcąc się go pozbyć, trąciłem palcem jego grzbiet, lecz nie przyniosło to zamierzonego skutku. Rudzielec, pacnął mnie pazurami w dłoń, pozostawiając na niej drobne rany. - Cholero jedna. - Zakląłem pod nosem, dostrzegając w oddali jego właścicielkę.
- Copper tu jesteś. - Kobieta przywołała do siebie stertę futra, która zaczęła ocierać się o jej nogi. - Przepraszam za niego! Znikł rano i szukałam go prawie cały dzień. - Zakłopotała się, wykonując w powietrzu kilka ruchów ręką.
- Spokojnie… Najważniejsze, że się znalazł. - Przyznałem, delikatnie się uśmiechając. - Jednak to parking prywatny i nie powinno tutaj pani być. - Poinformowałem, zbliżając się do niej na krok. - Prosiłbym o niezwołczne oddalenie się.
- Tak, już nas tu nie ma. - Pokiwała twierdząco głową, ale zamiast odejść, uderzyła mnie czymś w brzuch. - Miło było cię poznać Maximilianie Hardcastle. - Wyjęła ze mnie zakrwawione narzędzie zbrodni. Nie mogąc utrzymać względnej równowagi, osunąłem się na granatowy asfalt, barwiąc go coraz bardzij szkarłatną cieczą. Uciskając poważną ranę, sięgnąłem po leżący na ziemi telefon, który z nie wiadomo czemu zaczął dzwonić do Gus.
- Czego? - Warknęła po trzecim sygnale.
- Ambulans. - Rzekłem łamiącym się głosem. - Gus… Ambulans… - Komórka wypadła mi z ręki, uniemożliwiając tym samym dalszą konwersację. Eh, w co ja się znowu wpakowałem?

Meric? Halp xd

Od Auguste cd Maximiliana i Mercedes

Dzisiejszy dzień nie należał do najlepszych. Najpierw rozmowa z mamą, która skończyła się na nakazie przyjechania na jakąś galę, potem zgubione klucze, na koniec brak dostawy kolorowego tuszu. Musiałam przełożyć część klientów, a Arrow tylko się śmiał.
- Co cię tak kurwa jego mać bawi? - Warknęłam w pewnym momencie.
- Mnieeee? Niiiiiic. - Uniósł ręce w geście obrony. - Po prostu lepiej się śmiać niż płakać, prawda?
- Ugh, ludzie i ich optymizm. - Przewróciłam oczami. - Skąd ci się to bierze?
- Wystarczy, że na ciebie popatrzę. - Oberwał poduszką z kanapy. - W końcu jesteś jasnym słońcem tego studia, prawda?
- Nie przeginaj, okej? - Oparłam się tyłkiem o blat biurka. - I przynieś papier do drukarki z zaplecza.
- Aye, Gus! - Zasalutował i po chwili zniknął w odchłani zaplecza.
***
- Cześć. - W drzwiach stanęła Maria.
- Hej. - Uniosłam głowę znad kartki. - Nie wzięłaś Archera, prawda?
- To był warunek. - Meksykanka założyła ręce.
- Dobrze. - Kiwnęłam głową i wstałam. - Siadaj.
Dziewczyna nieco się zdziwiła, ale wykonała moje polecenie. Potem podsunęłam jej pod nos kartkę.
- Nie do końca wiedziałam, od czego zacząć, dlatego narysowałam ci parę podstawowych znaków, razem z instrukcją jak je rysować. - Wskazałam na górę kartki. - Tu masz całą. Tu jak po kolei ją rysować. A tu tłumaczenie. Na razie masz ołówek, ale jak się wprawisz to pobawimy się z tuszem i pędzelkiem.
- Uuuu, rysowanie. - Mercedes chwyciła kubek, w którym były ołówki, by wyjąć kawałek drewna z logiem dość znanego sklepu meblowego. - Podoba mi się.
- Cieszę się. - Uniosłam nieco lewy kącik ust. - Jakbyś miała problemy, wołaj. Co prawda mam zaraz klientkę, ale coś wykombinujemy.
- A jeśli będę robiła coś źle? - Zapytała.
- To cię poprawię. - Wzruszyłam ramionami. - Nauka polega na poprawianiu błędów, nie?
- Gdyby nauczyciele mieli takie podejście, łatwiej byłoby się czegoś nauczyć.
- Nie wiem. - Założyłam rękawiczki i zaczęłam przygotowywać maszynkę. - Nigdy nie chodziłam do szkoły.
- Jak to? - Brwi dziewczyny się uniosły.
- Prywatne lekcje. - Zadowolona, że wszystko jest dobrze złożone, popatrzyłam na projekt tatuażu. - Rodzice mieli środki i możliwości.

- Aha. - Maria pokiwała głową. - Jakieś rady, co do znaczków?
- Baw się dobrze? - Rzuciłam niepewnie, by po chwili przywitać klientkę.
***
- Archer dzwoni. - Arrow przystawił mi do ucha komórkę.
- Czego? - Warknęłam, odsuwając igłę od skóry klientki.

Maksiu? Czego chcesz?

środa, 28 sierpnia 2019

Od Jodissela do Alexandra

Wzdychając delikatnie, wysłuchiwałem wywodu lekarza o tym, jak to mam o siebie dbać, przyjmować elektrolity i inne w niczym mi niepomagające rzeczy oraz w razie potrzeby opychać się lekami przeciwbólowymi. Tą samą, niezmienioną gadkę słyszałem już przynajmniej trzycyfrową ilość razy, podczas każdego mojego pobytu w tym czy innym szpitalu, ale mimo wszystko każdy lekarz czuł się zobowiązany ją powtórzyć, najwyraźniej na wypadek, jakbym jednak zapomniał. A może ta ich mantra miała w pewien sposób stanowić jakiś rodzaj zaklęcia, dzięki któremu mi się polepszy? Skoro nie wiedzieli już co robić z moim ciałem, które odmawiało posłuszeństwa coraz bardziej i bardziej, z miesiąca na miesiąc, to może wreszcie postanowili wyłożyć ostatnie karty na stół i — zanim przyznają przed sobą, że nie da się już nic zrobić i jestem spisany na straty — chcą zdziałać coś poprzez słowa? Ponieważ dla mnie tym właśnie to było. Nawet nie rada, to były tylko słowa. Puste i bezużyteczne, ponieważ wszystko to, co mi zalecali, robiłem już od dawna i nic mi to nie pomagało, a oni o tym wiedzieli, ponieważ wciąż lądowałem na tym samym oddziale, z tymi samymi ludźmi, skazany na tych samych lekarzy, których zdawał się nie obchodzić mój pogarszający się stan. Gdyby rzeczywiście im zależało na dowiedzeniu się, jaka choroba toczy moje ciało, już dawno podjęliby jakieś działania, nawet jeśli miały być bardziej radykalne niż standardowe pobranie krwi, USG czy rentgen. Tymczasem po tym, jak byłem tu traktowany, mogłem śmiało stwierdzić, że ani nie wiedzą, co mi dolega, ani ich to zbytnio nie obchodzi — ot, kolejny pacjent, którym trzeba się non stop zajmować, ponieważ ma czelność chorować na coś innego niż przeziębienie, łatwe i szybkie do wyleczenia.
Ale nie mogłem zrobić nic innego, jak tylko stać przed lekarzem, międląc w dłoniach pasek mojej torby, i słuchać słów, które mówiono mi tak często, że niemal wryły mi się już w pamięć. Pozostawało mi jedynie kiwać głową ze zrozumieniem i żywić nadzieję, że kiedyś może po prostu przestaną mnie ratować, skoro i tak nie mogli zrobić nic, aby polepszyć mój stan.
W końcu lekarz wyszedł, na odchodne rzucając mi jeszcze, abym podpisał standardowo kilka papierów na recepcji. Korytarze szpitala przemierzałem tak pewnie, jakbym tu pracował — tak bardzo dobrze znałem już układ pomieszczeń. Zszedłem po kilku stopniach, mijając pielęgniarkę pchającą pacjenta na wózku inwalidzkim po pochyłej rampie, przecisnąłem się pomiędzy grupką studentów i oparłem łokcie o wysoki kontuar na recepcji, czekając, aż pracująca tam kobieta zwróci na mnie uwagę. Rozmawiała przez telefon, ale wystarczyło jedno jej spojrzenie na mnie, aby natychmiast podała mi przygotowany już plik dokumentów na podkładce, najwyraźniej doskonale pamiętając, kim jestem. Ciężko nie pamiętać, kiedy widziała mnie tu już przynajmniej pięć razy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Skrzywiłem się lekko, ale obróciłem podkładkę do siebie i zacząłem stawiać swój podpis w odpowiednich miejscach. Już nawet prawie nie musiałem patrzeć, co podpisuję. Można powiedzieć, że miałem już wprawę. Tym razem pobyt w szpitalu wyjął mnie z życia na tydzień. Tylko raz leżałem dłużej, ale naszprycowali mnie wówczas silnymi lekami przeciwbólowymi i przez większość czasu tkwiłem nieprzytomny w sali, nie mając pojęcia co się ze mną dzieje. Teraz trzymali mnie tyle czasu pod pretekstem dokładniejszych badań, ponieważ ktoś na ulicy wezwał po mnie ambulans — nie pamiętałem dokładnie, co się stało, ale najwidoczniej zasłabłem podczas powrotu z pracy. Ponownie westchnąłem, a gdy recepcjonistka uniosła brew, spoglądając na mnie zza słuchawki telefonu, posłałem jej lekki uśmiech i oddałem dokumenty.
Nie zdążyłem nawet przejść całego holu, gdy już usłyszałem, że ktoś dobija się na mój telefon. Trochę mi zajęło znalezienie go, więc aby nie stać w drzwiach, hamując ruch, odsunąłem się w cień, przysiadając na niewielkiej ławeczce pod szpitalem.
- Sykes, słucham?
- Jodi, słyszałem, że już wyszedłeś? - odezwał się głos po drugiej stronie linii, który natychmiast został zaklasyfikowany w mojej głowie jako głos mojego przyjaciela, Jeala. Oczywiście ani żadnego "cześć", ani "jak się czujesz", tylko jak zwykle wali z grubej rury. Przewróciłem oczami, choć i tak nie mógł tego zobaczyć.
- Owszem. Ty masz jakiś radar? Zdążyłem tylko jeden krok poza szpitalnym progiem zrobić i już wydzwaniasz.
- Ma się te znajomości. - zaśmiał się. - Ta sama bajka czy mamy jakiś przełom? - przez jego głos przebijał się przez chwilę jakiś dziwny smutek, ale zanim zdążyłem się nad nim bardziej zastanowić, Jeal zamaskował go nerwowym śmiechem. - Bo wiesz, wcale to nie tak, że jak cię nie było, to wszystkie komputery w firmie wysiadły...
Przymknąłem oczy, biorąc głęboki wdech. Wiedziałem, że na Jeala zawsze mogłem liczyć, nieważne co by się działo, jednak właśnie takiego go lubiłem — wiecznie niepoważnego, zachowującego się naturalnie tak, jak gdyby nigdy nic. Dlatego też pominąłem pierwszą część jego wypowiedzi, przechodząc prosto do drugiej.
- Skoro mówisz mi to ty, gość, który jako jedyny nie pozwala zmienić się całej firmie w stertę gruzów, gdy mnie nie ma, to musi być już wybitnie źle. - odprowadziłem wzrokiem staruszkę, która przeczłapała obok mnie, narzekając na gorąc, po czym zacząłem się bawić guzikiem swojej marynarki. I ja zaczynałem się powoli rozpuszczać z powodu wysokiej temperatury na zewnątrz. Ale co mogłem zrobić, skoro wypuścili mnie ze szpitala w tym, w czym tam trafiłem — to jest w jednym z moich czarnych garniturów. Podarowali mi jakąś zwykłą, bawełnianą białą bluzkę, ponieważ moja biała koszula była podobno cała we krwi i personel szpitala nie mógł mi jej oddać. Wylądowała najpewniej w jakimś pojemniku oznaczonym jako hazard.
- A skąd. Po prostu to nie tak, że przez jakieś dwa dni nie było kontaktu ze stroną, zanim Gina przytomnie nie wezwała Randa, podczas gdy reszta święcie wierzyła w to, że samo się magicznie naprawi. No i nie było tak, że trochę hajsu na to poszło. No i nie było tak, że się Jane tabelki w Wordzie rozjechały, ale to już szczegół.
- Jane i jej tabelki... - mruknąłem bardziej do siebie niż do niego. - Czyli koniec końców sytuacja opanowana czy idziemy z torbami?
- A czy jednorożce istnieją?
- Z jednym właśnie rozmawiam. Poza tym to w żadnej mierze nie była i nawet nie mogła być odpowiedź na moje pytanie.
- Dokładnie. Muszę teraz lecieć i odwalać robotę, którą powinieneś zajmować się ty, ale jak nie zadzwonisz do mnie równo za godzinę, przejmuję firmę, Dynę i spadek. Nie zjawiaj się dzisiaj w pracy. Za to możesz być pewien, że ja będę u ciebie dzisiaj wieczorem. Yo.
- Yo... - powtórzyłem bezwiednie po nim, po chwili słysząc pikanie aparatu świadczące o tym, że mój zastępca zakończył połączenie. Nie bardzo mi się uśmiechało zdawać mu co godzinę raporty z mojego samopoczucia, ale doskonale też wiedziałem, że jak sam do niego nie zadzwonię, to nie tylko on będzie mnie zamęczał telefonami, ale i pół firmy z innymi działami włącznie. Nie pozostało mi więc nic innego, jak tylko zebrać się z ławki i ruszyć przed siebie, uprzednio sprawdzając, czy mam ze sobą torbę z wszystkimi potrzebnymi mi rzeczami. Słońce potwornie prażyło, było mi gorąco w grubej, bawełnianej koszulce, o marynarce już nie mówiąc, a przy tym grzywa moich czarnych włosów, niepozwalająca się nijak ujarzmić, także w niczym nie pomagała. Nie miałem jednak innej możliwości, jak wyłowić wzrokiem spośród innych aut taksówkę, co też zresztą zrobiłem. Pewien byłem, że na piechotę do domu nie dojdę, moja Dyna została pod firmą, a samochód na podjeździe, więc pozostało mi tylko tłuc się na miejsce z jakimś obcym gościem. W dodatku mój telefon słabym pikaniem upominał się o codzienną porcję energii, wskazując na wyświetlaczu, że mam jakieś piętnaście minut, zanim nie zostanę odcięty od świata. No, może nie dosłownie. Ale jednak.
Zanim zdążyłem jednak doczłapać powoli do taksówki, nawiasem mówiąc jedynej, która stała jeszcze wolna pod szpitalem, ktoś już zdążył żwawo przebiec obok mnie, o mało na mnie nie wpadając i po chwili stałem już przed parkingiem sam. Cudownie, jeszcze mi tylko tego brakowało. Tego i udaru oczywiście.
Po raz któryś z rzędu wzdychając, przeniosłem się więc ponownie do chłodniejszego holu szpitala, czując już, że kręci mi się w głowie. Jeszcze nic dzisiaj nie jadłem ani nie piłem, a i gorąc niezbyt mi sprzyjał, więc po szybkim zorientowaniu się w zagmatwanej mapce szpitala odnalazłem sklepik i zaopatrzyłem się w butelkę wody, żeby choć nie paść z pragnienia. Dopiero wówczas odważyłem ponownie wyjść przed szpital. A właściwie spróbowałem tylko wyjść przed szpital, gdyż w wejściu ktoś przepchnął się obok mnie, powodując tym samym, że i ja na kogoś wpadłem, oblewając go dość znacznie wodą z butelki.
- Najmocniej przepraszam. - rzuciłem się natychmiast, aby pomóc, podczas gdy tamta osoba patrzyła się na mnie w osłupieniu.

<Alex?>