poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Od Maximiliana cd. Mercedes i Auguste

- Ugh, kiedyś przez was umrę. - Mruknąłem, wstając z niewygodnego krzesłą, które w głównej mierze chroniło mnie przed bolesnym upadkiem. Uważając na chwiejące się nogi, ruszyłem powolnym krokiem w stronę wyjścia, gdzie być może nie panował aż tak duży ruch.
- A ty gdzie? - Gus zmarszczyła czujnie brwi. - Nie mów mi, że w takim stanie chcesz sobie pójść do domu. - Dorzuciła, nie kryjąc narastającej w głosie irytacji.
- Nie wrócę do domu, ale chce się przewietrzyć. - Wyjaśniłem, kładąc rękę na srebrzystej klamce. Miałem już zwalniać mechanizm, który pchnąłby drzwi w przeciwnym kierunku, lecz w tym samym momencie rozdzwonił się mój telefon.
- Kto dzwoni? - Zainteresowała się Merci.
- Ojciec. - Odpowiedziałem, odruchowo blednąc. - Bądźcie cicho. Nie może się dowiedzieć, że tu jestem. - Przeciągnąłem palcem po ekranie, co zezwoliło mi na odebranie przychodzącego połączenia. - Cześć tato.
- Powiesz mi gdzie jesteś, czy wolisz, abym wysłał tam swoich ludzi? - Harvey warknął do słuchawki, nie mając zamiaru udawać spokojnego baranka.
- Będę za godzinę w domu. - Próbowałem zmniejszyć jego gniew.
- Do domu? - Parsknął śmiechem. - Do pracy Max! Jesteśmy w dupę z trzema klientami, bo tobie nie chciało się przyjść do firmy! - Robił mi wyrzuty, przez które nie czułem się zbyt komfortowo. Kiwając na to głową, w lekkim zakłopotaniu przygryzłem dolną wargę ust. Nigdy nie chciałem zawieść swojego rodzica, ale czasami i ja musiałem coś odwalić, żeby odreagować monotonne dni.
- Będę za dziesięć minut. - Rozłączyłem się, a następnie spojrzałem na wszystkich obecnych w lokalu ludzi. - Muszę jechać do pracy. Są wkurzeni, więc jeśli to przeżyję to będę miał farta. - Westchnąłem, drapiąc się po karku.
- Jak umrzesz rekwiruję ci dom. - von Lothringen klasnęła w dłonie, szykując sobie plany na przyszłość. Przewracając na to oczami, zerknąłem ze współczuciem na Marię, która w obecnej chwili wyjadała z pudełka ostatnie frytki.
- Jeśli Charles nie zasiedli go jako pierwszy. - Stwierdziłem, przechodząc przez próg studia. - Odbiorę cię później Mercedesie.



Merci?

Od Auguste cd Maximiliana i Mercedes

- Byliśmy na tej samej imprezie, w tym samym klubie i tym samym czasie. - Wzruszyłam ramionami. - Potem się przyczepił i ups. Symbioza, czy coś.
- Symbioza… ciekawe. - Kobieta popatrzyła w stronę kas. - Jesteś pewna, że zjemy osiem Happy Mealów?
- Dwa możemy zanieść Arrowowi na przerwę obiadową. - Oparłam się o stolik. - Będzie, że jestem dobrym pracodawcą.
- Na to wychodzi. - Kobieta lekko uniosła kącik ust.
- Dziewczyny, niech ktoś mi pomoże! - Archie zamachał rozpaczliwie rękami. No tak. Osiem zestawów.
- Ja dzwonię do Arrowa, a ty pomagasz tej melepecie? - Uniosłam z rozbawieniem brwi.
- Niezły plan. - Pokiwała głową i ruszyła na pomoc blondynkowi, a ja wyciągnęłam telefon.
Po chwili przeszukiwania kontaktów, w końcu znalazłam pana Greena w książce.
- Jesteś może głodny? - Zaczęłam bez zbędnych ceregieli.
- A co, zapraszasz mnie na obiad? - Odparł zaczepnie.
- Nie, potrzebuję wszystkich maskotek, więc zamówiliśmy osiem Happy Mealów. - Uniosłam zadowolona kącik ust. - Nie zjemy tego sami.
- I jak rozumiem, zabawki idą do ciebie? - Zapytał.
- Oczywiste. - Przewróciłam oczami.
- Okej, akurat miałem sobie robić przerwę. - Zaśmiał się. - Czekam.
Bez zbędnych dodatków, rozłączyłam się i podeszłam do Archiego i Marii, by pomóc im nieść nasz obiad do studia.
***
- Iron Man, Kapitan Ameryka, Czarna Wdowa, Clint, Hulk, Thor, Loki i Spider-Man. - Z dumną pacnęłam każdą z zabawek w głowę. - Pluszowe! Miękkie!
- Czy ty nie masz w domu Tsum Tsuma Iron Mana? - Arrow właśnie pochłaniał ostatnią frytkę.
- No i co z tego. - Popatrzyłam na moje zdobycze, wkładając do ust ostatni kawałek kurczaka. - Potrzebuje na nie półki. Arrow, przyjdziesz do mnie i ją zamontujesz?
- Czy to propozycja nie do odrzucenia? - Chłopak zabawnie poruszył brwiami.
- Stąpasz po cienkiej linii Green. - Pogroziłam mu palcem, aż Munin zamachał skrzydłami. - Archie, ty jeszcze żyjesz?
- Chyba nie. - Blondyn zasłonił usta ręką. - Ta cola… za dużo coli…
- Ja bym winiła te dziwnie wyglądające jabłka, które postanowiłeś zjeść, ale jak kto woli. - Maria wzruszyła ramionami. - Twoje życie, twoja decyzja.
- Ale moja łazienka, więc nie zrzygaj się. Ładnie proszę. - Pociągnęłam ostatni łyk coli i usadziłam małego boga chaosu na swoim udzie. - Loki, dla ciebie zastanowiłabym się, czy zakochanie nie jest fajne.
- Proszę, proszę, jakie radykalne stwierdzenia panno Auguste Maxence von Lothringen! - Archie wskazał na mnie palcem. - Jest ktoś, kogo lubisz.
- Ta, nordycki bóg chaosu i kłamstwa, który - jeśli wierzysz w ich mity - wisi sobie gdzieś owinięty wnętrznościami swojego syna, a jego żona trzyma miskę, coby jad mu na twarz nie kapał. Nie licząc tego, że jest rudy. - Odginałam powoli kolejne palce.
- Czekaj, czekaj, czekaj. - Maria pomachała mi rękami przed nosem. - Auguste Maxence von co?
- Lothringen. - Westchnęłam. - Bardziej znacie to nazwisko, jako Lotaryng.
- Znam skądś to nazwisko… - Zamyśliła się kobieta.
- Linia cesarska na Węgrzech i nie tylko. - Podsunął Archie, ciągle umierając na ból brzucha. - To nie bez powodu jest Cesarzowa.
- Zamknij się Hardcastle. - Wystawiłam mu język. - Taka ze mnie cesarzowa, jak z ciebie baletnica!
- Nie wiem, nigdy nie próbowałem tańczyć w balecie, w przeciwieństwie do ciebie chyba. - Zaśmiał się i od razu tego pożałował. - Ugh, ostatni raz jem w tym pieprzonym fast foodzie.
- Przypomnę ci, jak znowu będziesz jęczał, że idziemy na Nuggetsy. - Uśmiechnęłam się diabolicznie.
- Nuggetsy to nie osiem Happy Meali! - Próbował się podnieść.
- Ups? - Zaśmiałam się.



Max?

środa, 21 sierpnia 2019

Od Michaela do Anastazji

Cóż sama rozmowa z człowiekiem innym niż znajomi z klatek, było już niezłym sukcesem. Chociaż nie sprawiało mi takiej wielkiej radości odzywanie się, to jednak miłą odmianą było się do kogoś odezwać, nawet jeśli to był ktoś nieznajomy, a wspólny kontakt był wręcz znikomy, a kolejne spotkanie mogło się nawet w ogóle w przyszłości nie zdarzyć w takim mieście jak Nowy York. Nie spotkał się przynajmniej z osobą namolną, których naprawdę nie trawił zwłaszcza, gdy są to widzowie jego walk i spotkają go na mieście zwykle chcą spróbować pogadać, ale ważna zasada "Nie gadaj z ludźmi z podziemi". Dzisiaj już najważniejsze była chwila relaksu z grania na gitarze, a nie ciągłym spędzaniu czasu z psami, które potrafiły doprowadzić czasem do białej gorączki, ale nie narzekam, bo kocham te psiaki jak bym wychował od szczeniaka. Moje rozmyślanie trochę się ukróciło, gdy odezwała się w sprawie Marty'ego Robbinsa. Coś mi mówiło, ale tak dawno już nie słuchałem jakiejkolwiek muzyki oprócz "Cult To Follow", ale gdy ta na czekała na odpowiedź olśniło mnie. Delikatnie uśmiechnąłem chociaż z trudem, by wyglądać na milszego, nie lubię się uśmiechać od pewnego czasu prawie w ogóle tego nie robię i po tym spotkaniu na pewno się nie uśmiechnę, bo aż przyprawia mnie to o ból policzków. 
- Nie tym razem, ale jeśli trafisz na mnie, gdy będę miał ze sobą inną gitarę to może zagram coś na życzenie – próbowałem się uśmiechnąć trochę szerzej, ale szybko uspokoiłem się ponownie wracając do poprzedniej miny, czyli bardziej opanowanej. Dziewczyna sporo się uśmiechała, ciekawe dlaczego, możliwe, że taki typ człowieka, ale nie będę się jakoś nad tym wiecznie zastanawiać. Pokiwałem głową słysząc jej imię Anastazja, przynajmniej się przywitała i chyba należałoby zrobić to samo. Wyciągnąłem dłoń w jej kierunku próbując powiedzieć dość wyraźnie swoje imię 
- Michael -dziewczyna zareagowała jakbym ją wyrwał z jakiś myśli i nie wiele myśląc chwyciła moją dłoń delikatnie ją potrząsając 
- Miło poznać - powiedzieliśmy w tym samym momencie, co tylko prychnąłem delikatnie rozbawiony. Zawsze śmieszyło mnie to, gdy ktoś mówił w tym samym momencie, a jeszcze bardziej gdy jedną z tych osób byłem ja sam. Kiedyś dość często zdarzało mi się to z moją sympatią czy najlepszym przyjacielem, ale dawno te czasy minęły. Pokręciłem delikatnie głową, przeczesując dłonią swoje włosy
- Umiesz grać co nie? - zapytałem i machnąłem, by podeszła bliżej wzmacniacza. Ta tylko pokiwała głową, więc podałem jej swoją gitarę, chociaż na chwilę się zamachałem. Bardzo dbałem o rzeczy i próbowałem, by się nie zniszczyły, jak już to zakurzyły - Więc zagraj coś - usiadłem na murku czekając na jej występ.
(Anastazja?)

wtorek, 20 sierpnia 2019

Od Leroya

Kółka walizki grzechoczą na krzywym chodniku, ale trudno przewidzieć jakąkolwiek dziurę, bo lampy ledwo co oświetlają ulicę, a co dopiero cienką linię deptaka obok. Znajdź sobie Ubera, mówiła Sofia, będzie taniej niż taksówka. Tak, gdyby mój kierowca nie był oddalony o jakieś pół godziny od lotniska i z jakiegoś powodu nie wyglądało na to, by się do lotniska zbliżał. Z jakiegoś powodu.
Czemu wokół jednego z największych lotnisk na świecie są tak dziurawe chodniki?
– Szlag – podnoszę przewróconą walizkę. Rączka ani materiał nie ucierpiały (nie to, żeby wyglądały jakby były w dobrym stanie wcześniej, ale przynajmniej nic nie wygląda gorzej), chociaż jedno z kółek chybocze się niebezpiecznie. Świetnie, jeszcze tego mi brakowało, żeby walizka się rozwaliła. 
Sprawdzam zegarek. Dziesiąta trzydzieści w nocy, prawie równa. Czuję, jak oczy same mi się zamykają. No ale kiedyś trzeba było odwiedzić rodzinę, szczególnie gdy zorganizowali wielką imprezę rodzinną łączącą wszystkie urodziny, śluby i pogrzeby, które ominęły mnie przez ostatnie dwa lata, gdy nie było mnie w Genewie. Trzynaście godzin podróży, wraz z przesiadką i czekaniem na opóźniony lot w Londynie, o niczym nie marzę bardziej, niż o powrocie do mieszkania i rzuceniu się na łóżko. A ten cholerny Uber nie jest ani trochę blisko okolic lotniska.
Nie, spacer nie był dobrym pomysłem. Świeże powietrze jakiś cudem jeszcze bardziej miesza mi w głowie niż to klimatyzowane w hali przylotów. Odwracam się na pięcie, ale zdecydowanie zbyt szybko dla zmęczonej życiem walizki, która znowu upada. Tym razem chyboczące się kółko odpada całkowicie, sunąc po wyboistym chodniku z cichym gruchotem. Świetnie.
Wracam na lotnisko, pół nosząc, pół ciągnąc feralną walizkę. Hala jest dziwnie opustoszała (jak na tak duże miejsce, fakt, jest sporo ludzi, ale mogło być tyle więcej), podobnie, jak kiedy ją opuściłem jakieś dwadzieścia minut temu. Jedni pasażerowie kręcą się z walizkami i plecakami, inni przysypiają na krzesłach. Kilka pracowników lotniska pojawia się i znika, robiąc co jakiś czas sztuczny tłum, ze swoimi walkie-talkie i poważnymi minami. Jest dziwnie cicho.
Kasjerka w sklepiku (jednym z trzech otwartych o tej godzinie i w tej hali, bo z jakiegoś powodu na noc wszystko się zamykało) wygląda na równie zmęczoną, co ja, jak nie bardziej. Taksuje spojrzeniem paczkę chipsów, energetyka i paczkę mentoli. Wydaje się młodsza ode mnie, może mieć maksymalnie jakieś dwadzieścia parę lat, z kolczykiem w wardze i tatuażem na dłoni.
– Długa noc – wyrywa mi się, gdy ona recytuje cenę znudzonym głosem. Podnosi brwi, ale nic nie mówi. Wtedy coś przychodzi mi do głowy – Słuchaj, nie znasz się może na Uberze?
Okazuje się, że dziewczyna (Kendall, tak przynajmniej było napisane na plakietce przypiętej do jej koszulki) zna się na Uberze i to dobrze, aczkolwiek każda wiedza o tej aplikacji byłaby przeze mnie uznana za dobrą, bo ja nie wiedziałem kompletnie nic i czułem się jak emeryt, który pierwszy raz dostał telefon z dotykowym ekranem w dłoń.
– To jakiś błąd – mówi po kilku minutach grzebania w moim telefonie, z dziwnie pewnym siebie wyrazem twarzy. Błąd? A co, jak będę musiał za to wszystko zapłacić?, już chcę się jej zapytać, ale ona przerywa, zanim udaje mi się odezwać, odgarniając kruczoczarne włosy na ramię – Nie powinno ci tego naliczyć. Chyba że to jakiś oszust-haker. Usuń apkę, złap taksę i po problemie.
– Dobra, hm, dzięki – zabieram telefon z jej dłoni – Jestem bardzo wdzięczny.
– Wszystko jedno – Ona wzrusza ramionami i wraca do pracy.
Na szczęście kilka taksówek kręciło się wokół wejścia, więc bez problemu udaje mi się ściągnąć jedną z nich. Kierowca nie mówi nic, oprócz zdawkowych informacji (za co jestem mu dozgonnie wdzięczny, bo wiem, że nie miałbym siły podtrzymywać interesującej rozmowy, nie ważne, jak bardzo bym chciał) dotyczących drogi, jakbym pokonywał ją pierwszy raz, a nie setny. 
Docieram do okolic mieszkania bez problemu, poza tym przed dwunastą w nocy Nowy Jork nie jest zbyt zapchany, tym bardziej w środku tygodnia. Kilka osób kręci się po ciemnych ulicach, chociaż oświetlenie i tak jest tutaj o wiele lepsze, niż tam, przy lotnisku. Mam potrzebę wskoczenia pod kołdrę i spania przez kolejne dwa dni, ale przy szukaniu kluczy w plecaku znajduję, niby zapomnianą paczkę papierosów, no i jak już wylądowała mi pod palcami to żal ją odkładać.
Dym w płucach, ciepłe i słabe światła lamp, powietrze Nowego Jorku, które ma w sobie specyficzny posmak, wszystko to okala mnie, trochę jak ciepły koc, jakby to właśnie był mój powrót do domu, ten dziwny, miejski zapach, znany tylko nowojorczykom, a nie świeża w pamięci Genewa, którą opuściłem kilkanaście godzin temu. Może to zanieczyszczenie, ten niby-swąd-ale-jednak-nie. Jak Deborah z przeciwka zrobi rano swoje donuty, to nimi będzie pachnieć cały Manhattan, może to. Albo spaliny? Może to jest ten posmak Nowego Jorku–
Z zamyślenia wyrywa mnie pchnięcie, przez które tracę równowagę. Po ulicy rozlega się pusty stukot i walizka ląduje na chodniku, na szczęście ja w porę łapię balans i nie lecę za nią na ziemię. Po stukocie słychać jęk, choć na pewno nie wydałem go ja. Ktoś, pochylony za bagażem, trzyma się za nogę i mówi coś pod nosem.
– O cholera, przepraszam – przeskakuję walizkę, próbując złapać osobę za ramię, cokolwiek, by pokazać wsparcie, albo chociaż poczucie winy, w tym samym czasie nie gasząc na tym samym obcym ramieniu swojego dopiero co zapalonego papierosa. Wciskam go między zęby po namyśle, chociaż i tak ostatecznie nie łapię osoby za ramię. Naruszenie prywatności, czy coś – Wszystko okej?
Poturbowany przytakuje, chociaż nic nie mówi. Mam ochotę przeprosić jeszcze raz i nawet biorę oddech, żeby to zrobić, ale przez tego głupiego papierosa między zębami jedynie dostaję ataku kaszlu. Nieznajoma osoba rzuca mi dziwne spojrzenie (z drugiej strony nie dziwię się, zderzenie z walizką w środku nocy musi być niecodzienną sytuacją) wyprostowuje się i po chwili już jej nie ma. No, to nici z integracji z obcym przechodniem o dwunastej w nocy.
Klucze znajduję dość szybko i dziękuje wszystkiemu na górze i dole, że na łóżku nic nie leży i mogę od razu położyć się spać (choć ostatecznie dziękuję głównie sobie, bo gdyby nie sekunda zatrzymania się przed wyjazdem, na pościeli wciąż leżałaby masa rzeczy. Teraz większość z nich leży na podłodze, ale mniejsza z tym, tym zajmę się rano). Ustawiam budzik na ósmą, chociaż robię to bardziej dla zasady, dobrze wiedząc, że i tak go zaśpię.
– Witamy w domu – wzdycham, patrząc na stertę ubrać w rogu i wciąż nieotwartą, zmasakrowaną walizkę wciśniętą obok nich. Trudno, teraz nie mam na to czasu. Zaciskam powieki w nadziei, że ten energetyk z wcześniej nie powstrzyma mnie przed snem.
Budzi mnie dzwonek telefonu. Pierwsze dwa razy ignoruję, ale przy trzecim połączeniu wyciągam na ślepo rękę w stronę szafki przy łóżku (przy okazji zrzucając na podłogę leżące tam dwa puste kubki po herbacie), bo Chryste, jak zdesperowanym można być? Rzucam okiem na ekran. Trzynasta czterdzieści, dzwoni Priya Caldwell.
– Uhm, dzień dobry, szefie – odzywa się po chwili ciszy nieśmiały głos. Przed wyjazdem to jej zostawiłem posadę menadżera (czy czegoś innego, zależy, kto jak woli się nazywać, w każdym razie osoby dowodzącej podczas nieobecności właściciela) i według jej wiadomości, a raczej ich braku (co w tej sytuacji miało same plusy) wszystko szło zgodnie z planem. Klubokawiarnia działała bez szwanku, podobnie wieczorny klub, nie było żadnych braków w dostawach i problemów z gośćmi. Więc czemu teraz mnie wydzwaniała? – Mam nadzieję, że cię nie obudziłam.
– Nie, no co ty – mój głos jest zdecydowanie zbyt ochrypnięty, żebym mógł udawać, jakbym był od dawna na nogach. Słyszę cmoknięcie z drugiej strony połączenia, Priya od razu mnie przejrzała. Trudno – Co tam u ciebie? Jak tam twoja babcia?
– Czyli obudziłam. Babcia dobrze. Ja z resztą też – odchrząkuje, jest jakiś szelest i zamieszanie w tle. Zanim znów się odzywa mija trochę czasu – Wróciłeś już?
– Tak, wczoraj. Znaczy dzisiaj. W nocy – rzucam okiem na sypialnię. Powinienem posprzątać. Przez otwarte drzwi widzę salon i dziwnie pustą ścianę. A tak, Velvet przeniosła się na czas mojego wyjazdu do Jasmine, nawet po jej oponowaniu. Nie będę jej o tym przypominać, dopóki sama tego nie wspomni. Trochę zróżnicowania dobrze zwierzakowi zrobi. No i Josie pewnie jest wniebowzięta.
– Nie chcę ci przeszkadzać, ale – Priya wzdycha, niby ciężko, ale nie słychać w tym westchnięciu irytacji – Mówiłeś, że przyjdziesz dzisiaj do HaZy na dwunastą.
– Szlag – momentalnie podrywa się z łóżka, od razu tego żałując, bo zaczyna kręcić mi się w głowie – daj mi pół godziny, zaraz tam będę.
Cały Manhattan stał w korkach (jak zawsze zresztą, czy słońce, czy zamieć, po Nowym Jorku w ciągu dnia nie dało się ot tak jeździć. Czy sto, dwieście lat temu też tak było? Tylko wtedy na koniach jeździli, to nie– Uważaj, rowerzysta, prawie gO PRZEJECHAŁEŚ–), więc zanim dotarłem do kawiarni, było już po piętnastej.
Nie ma dużego ruchu, ale tylko kilka stolików jest wolne (co prawda tych większych, a przy trzech, może czterech mniejszych siedzą pojedyncze osoby, ale przynajmniej w lokalu są ludzie, a nie świeci pustkami). Z głośników leci cicha, spokojna muzyka, a zza lady wysuwa burza ciemnych loków, gdy tylko zamykam za sobą drzwi. Priya podchodzi do mnie żwawym krokiem.
– Hej – wygląda, jakby chciała się przytulić, przynajmniej tak wyciąga ręce, po czym chowa je za siebie, jakby była niepewna. Choć jest na wyciągnięcie ręki, pozostaję przy kiwnięciu głowy. Za półotwartymi drzwiami dla personelu widzę River i Claude. Machają mi, po czym znikają.
– Widzę, że wszystko stoi – uśmiecham się w jej stronę, a ona parska pod nosem, bawiąc się pierścionkami na jej długich palcach.
– No, à propos tego... – odwraca wzrok, zagryza wargę. O, coś jest nie tak – Jaden i Tanya wzięli urlop. Kyle jest chora, Dakota musiał wyjechać, jakaś rodzinna sprawa. Mówiąc wprost, mamy za mało ludzi dzisiaj. Nie wyrabiamy się.
Coś spada na ziemię, brzmi jak talerz. Priya krzywi się niezmiernie i rzucając przepraszające spojrzenie w moją stronę, ucieka za ladę.
– Zajmij się kuchnią, ja stanę przy kasie – rzucam jej, gdy stoi w drzwiach. Wydaje się zdziwiona, ale co miałem zrobić? Usiąść w biurze i nie pomóc, jeżeli tego potrzebują?
Udaje mi się obsłużyć może cztery osoby, kiedy wibrowanie telefonu w kieszeni staje się być nie do wytrzymania. Odsuwam się w celu sprawdzenia, kto się do mnie tak dobija, by zostać zbombardowanym kilkunastoma powiadomieniami. Jedno z nich rzuca mi się w twarz. Pobrano sto dolarów z konta. Zaraz, co?
Wtedy przypomina mi się sytuacja z wczoraj, Uber i słowa kasjerki z lotniska. Nie powinno ci tego zaliczyć, powiedziała, a i tak ktoś postanowił włamać mi się na konto i zabrać stówę. Tylko czemu tylko tyle? Czemu teraz?
– Przepraszam? – głos zza kasy przerywa mój potok myśli. No tak, teraz i tak nic nie zrobię, muszę obsłużyć tych ludzi. Głos już brzmi na poirytowany, a co dopiero, gdybym teraz miał zniknąć. Negatywne oceny to coś, czego potrzebujemy najmniej.
– Tak, zaraz – macham w stronę kasy i słyszę westchnięcie. Szybko blokuję konto w banku i gdy tylko mam pewność, że nikt już nie rzuci się na moje oszczędności, podnoszę głowę – Ciekawostka na dziś - nie ufaj Uberowi. Co mogę–
No proszę, stoję twarzą w twarz z tą samą osobą, która potknęła się o moją walizkę w nocy. Nieznajomy robi dziwną minę, jakby mnie rozpoznał. Uśmiecham się szerzej, próbując wyglądać na przyjaznego. 
– Ha, dzień dobry. Co za zbieg okoliczności, nie? – Osoba nic nie mówi, więc wracam do formułki kasjera i poważniejszej miny, no i przestaję opierać się łokciem o ladę – No, hm, nieważne. Co podać?




Ktoś?

niedziela, 18 sierpnia 2019

Od Mercedes cd Auguste i Maximiliana

- Tu jest mi bardzo wygodnie. - Gus oparła się w biurowym fotelu, na którym siedziała, lekko odpychając się stopami od podłogi. - Ale możecie mi coś przynieść.
- Nie ma takiej opcji - oznajmił Archie. - Wstajesz i wychodzimy.
Auguste posłała mu spojrzenie, po którym większość osób zapewne zebrałaby grzecznie swoje rzeczy i jak najszybciej opuściła studio. Tyle, że Max nie należał do tej większości i zamiast wyjść schylił się, podnosząc stojący obok biurkorecepcji plecak i wetknął go w ręce swojej znajomej.
- Arrow, nie puść salonu z dymem - rzucił jeszcze, otwierając drzwi i czekając aż kobieta wstanie. Ta zaś jedynie z irytacją wypuściła powietrze z płuc, by po chwili faktycznie dołączyć do blondyna. Czasem naprawdę nie mam pojęcia jak on to robi.
- Mercedes, nie będziemy na ciebie czekać - zaśmiał się jeszcze, gdy Gus go mijała.
- Idę, idę. - Dogoniłam ich.
- To gdzie idziemy? - Auguste założyła ręce na piersi, wbijając w nas wzrok.
- Przejść się? Zobaczyć co znajdziemy? - Archie wyszczerzył się w niewinnym uśmiechu. - Spieszysz się gdzieś?
- Niektórzy z nas pracują - syknęła. - Wiesz, przychodzą do pracy, żeby zarabiać pieniądze.
- W takim razie może pójdziemy gdzieś blisko? - zasugerowałam. - Kawałek stąd powinien być McDonald.
- Niech będzie. - Kobieta przewróciłą oczami.
****
Stanęłam obok szatynki, która wpatrywała się w gablotkę przeznaczoną na zabawki dodawane do zestawów dla dzieci.
- Nie żartowałaś, prawda? - upewniłam się, widząc jej skupioną minę.
- Nigdy nie żartuję, gdy w grę wchodzi pluszowy Iron Man - oznajmiła. - Chcecie oddać mi Lokiego i Czarną Wdowę. 
- Pójdę zamówić - westchnął Archie, jednak zanim zdążył się ruszyć, Gus znów się odezwała.
- Zaczekaj. - Zmrużyła oczy. - Jednak chcę wszystkie.
- Okej, okej. - Blondyn podszedł do kasy.
Auguste odwróciła się do mnie, teraz będąc w zdecydowanie lepszym nastroju niż przed wejściem do restauracji.
- To skąd znasz Maxa? - spytała, opierając się o ścianę.
- Byliśmy w tym samym czasie na wycieczce w Meksyku. - Zrobiłam dwa kroki wstecz, by umożliwić dojście do gabloty ojcu z dzieckiem. - Można powiedzieć, że mieliśmy małą sprzeczkę. A ty? - Spojrzałam w kierunku szatynki z zainteresowaniem. 


Gus?

Od Maximiliana cd. Mercedes i Auguste

- Odświeżamy jelenia. Na razie nie chce robić innych tatuaży. - Westchnąłem, podciągając rękaw swojej białej koszuli, aby móc ujrzeć podstarzałe dzieło Gus. Chociaż rogacz prezentował się imponująco, to miał już swoje pięć lat, przez co zaczął przeraźliwie blednąć.
- Spodziewałam się czegoś kreatywniejszego. - Zajęła się wymianą igły, która jeszcze nie tak dawno wbijała się w bok zadowolonej Marii.
- Kreatywniej już było. - Mruknąłem, wracając myślami do swojego miejsca pracy. Zapewne będę miał wpierdziel za opuszczony dzień pracujący, ale kto by się przejmował takimi pierdołami? Pracowałem, gdzie pracowałem, a jeden dzień nieobecności raczej nie powali firmy na kolana.
- Nie marudź. - Rzekła Cesarzowa, pochylając się nad moją ręką. - Znieczulenie? 
- Chciałabyś. Czemu ciągle o to pytasz? - Usłyszałem cichy warkot maszynki, która po chwili zanurzyła się w moim przedramieniu. Nie odczuwając ogromnego dyskomfortu, zerknąłem w stronę ubranej już Cortezy. Eh, zdecydowanie lepiej wyglądała w samym staniku.
- Bo liczę, że się kiedyś zgodzisz. Bądź cicho i się nie ruszaj. - Zarządziła, skupiając się na swojej robocie. Nie chcąc jej denerwować, postanowiłem zachować magiczne milczenie, ułatwiające pracę nie jednemu artyście.

*****
Po skończonym zabiegu odczułem lekki głód. Cóż, przygotowane przeze mnie śniadanie nie było jakieś rewelacyjne, dlatego nic dziwnego, iż starczyło to mojemu żołądkowi jedynie na kilka godzin. Mając ochotę na dobry posiłek, spojrzałem wymownie na Merci, która skinęła na to jedynie głową.
- Idziemy na obiad. - Stwierdziłem, opierając się o blat drewnianego biurka. - A ty idziesz z nami. Nie możesz siedzieć ciągle w studiu. - Zwróciłem się do Gus, która raczej nie była chętna wychodzić do innych ludzi. 


Merciiiii? :3 

Od Auguste do Maximiliana i Mercedes

Rzadko kiedy moje klientki nie chciały znieczulenia. Co prawda, małe z reguły go nie wymagały, ale tego konkretnego nie nazwałabym “małym”. Ale to jej wybór. Sama skupiłam się na pracy, chociaż Archie, jak miał w zwyczaju, zaczął coś mówić. Starałam się go ignorować, z resztą jak zawsze. Prawdopodobnie sam sobie odpowiadał. O ile skóra, którą tatuowałam się nie ruszała, nie miałam obiekcji. A to konkretne się nie ruszało, więc byłam bardziej niż zadowolona.
- Gus?! - Coś dotknęło mojego ramienia i gdyby nie to, że akurat igła nie dotykała skóry Mercedes, byłby problem.
- Nie! Dotykać! - Zagroziłam maszynką przed twarzą Archie’ego. - Bo inaczej wsadzę ci tą igłę w dupę! I mi za nią zapłacisz!
- Spokojnie, Gus! - Uniósł ręce. - Pytałem, czy chcesz tęczową, pluszową alpakę do salonu?
- Czy ten salon wygląda jakby potrzebował tęczowej lamy? - Uniosłam brwi.
- Pytam o alpakę, a nie lamę. - Archie założył ręce.
- To teraz rozejrzyj się po salonie i mi odpowiedz. - Nachyliłam się, by wrócić do tatuażu. - Nie uznaję innej odpowiedzi niż nie.
- Nie lubię cię von Lothringen! - Założył ręce.
- Lepiej dla mnie, nie uważasz? - Uniosłam brwi i wróciłam do tatuażu.
Co prawda podobno czerń pasowała do wszystkiego, ale nie bez powodu zakład nazywał się Helheim. Czy w Helheimie byly tęczowe lamy, czy tam alpaki? Odpowiedź brzmiała: nie. Myślę, że Hel, lub Hella nie gustowała w żywych, pluszowych i tęczowych maskotkach. Pokręciłam głową i powoli zaczęłam kończyć tatuaż.

***
- Chociaż jeden tatuaż masz zrobiony tak, jak powinien być. - Zakleiłam tatuaż specjalną formą. - Formułkę mam powtórzyć, czy Archie ci pomoże?
- Damy radę. - Wstała i podeszła do lustra.
- Jesteś pewna, że nie chcesz, żebym ci tego nie poprawiła? - Uniosłam brwi. - Archie potwierdzi, że dam radę.
- Nie. - Pokręciła głową. - Na pewno.
- Okej. - Uniosłam ręce w czarnych rękawiczkach. - Archer teraz, czy jutro, czy kiedy?
- Jak uważasz panno Auguste. - Zaśmiał się.
- Jeszcze jeden raz i kolejny tatuaż uniemożliwi ci rozmnażanie i czerpanie przyjemności z doznań damsko-męskich. - Pogroziłam mu igłą.
- Gus? - Arrow popatrzył na mnie. - Pani Leighton chce dzisiaj wejść na małą poprawkę.
- Jak małą? - Uniosłam brwi.
- Podobno kilka linii? - Popatrzył na mnie.
- Zapisz ją na jutro na szesnastą, w jej przypadku na paru liniach się nie skończy, a ja chcę dzisiaj mieć życie. - Oparłam się o blat. - Załatwisz to?
- A czy punkt w mojej umowie: dodatek za wytrzymanie narzekania klienta jest aktualny? - Zaśmiał się.
- I za to cię lubię. - Puściłam mu oczko. - No dobra panie prezesie, co dalej?


Maximilian?