piątek, 9 sierpnia 2019

Od Nino cd Hero

Wzięłam głęboki wdech i wydech. Dobra, dam radę. Miałam zaciśniętą dłoń na telefonie, gotowa w każdej chwili zadzwonić do Marilyn, mojej przyjaciółki, która wręcz rozkazała mi wybrać się z nią do klubu. Tylko szkoda, że nie pamiętała o mnie i musiałam wybrać się tutaj sama! Nerwowo poprawiłam kołnierzyk w mojej białej sukience. Czułam, jak serce biło mi niczym oszalałe. Czym ja się tak stresuję?? Oprócz pójściem do klubu, w którym nie dość, że jest alkohol, to jeszcze wiele mężczyzn. Zagadka rozwiązana.
Weszłam w końcu do środka lokalu i wnet poczułam, jak drętwieją i trzęsą mi się nogi. Och, błagam… Jak się wywalę w nowych butach, to nigdy sobie nie wybaczę. Może jednak ubieranie butów na obcasie z platformą nie było dobrym pomysłem? Trzeba było pójść za radą Tetsu i wziąć te moje ulubione koturny z kocim pyszczkiem…
Wzięłam kolejny wdech, powoli wypuszczając powietrze. Ble, śmierdzi.
Wtem poczułam, jak ktoś szturcha moje ramię, na co odskoczyłam w bok. I się nie wywaliłam, no proszę. Od razu się obudziłam i zaczęłam szukać wzrokiem różowej głowy Marilyn. W ciemności z kolorowymi światłami to nie było takie proste, ale i tak mi się udało, moja przyjaciółka siedziała przy barze. Powoli zaczęłam iść w jej stronę, prosząc w duchu, aby nikt nie zajął obok niej wolnego miejsca. Ani jednego, ani drugiego!
Z ulgą usiadłam zaraz obok niej, niepewnie mówiąc „Hej, Mari”. Dziewczyna od razu się do mnie odwróciła, krzycząc moje imię i mocno przytulając, najwyraźniej nie bojąc, że się wywali z barowego krzesła. Ja za to się bałam. Gdy się ode mnie odkleiła, krzyknęła do chłopaka za barem „Dwa szoty!”.
- Marilyn, przecież wiesz, że nie lubię alkoholu… - wyznałam, niepewnie patrząc na barmana.
- Oj przestań! Przyjmij to jako gratulacje z mojej strony – odrzekła, szeroko się przy tym uśmiechając. Uwielbiałam jej widoczne dołeczki, a do tego biel jej zębów cudnie kontrastowała z krwistą czerwoną szminką. Dobra, może w tym świetle nie do końca wszystko to widziałam, jednak znałam Marilyn na tyle długo, że mogłam widzieć ten obraz i z zamkniętymi oczami. Była po prostu piękna. Wysoka, posiadała ciało modelki. No i często je ukazywała, ubierając się tak, aby dużo ciała odsłonić. I tym razem nie było inaczej. Sukienka obcisła, dosyć krótka i z dużym dekoltem. No i szpilki. Moje obcasy wygrywała, jeśli chodziło o wysokość, jednak to jej buty wyglądały o wiele lepiej.
Przekrzywiłam głowę, nie za bardzo wiedząc o czym mówi. Mari tylko się ze mnie zaśmiała. 
- Myślisz, że nie wiem o tym, że zainteresowała się twoim blogiem sama DrinaDri?
Kim była DrinaDri? Blogerką. Tylko jeszcze bardziej popularną. No i zajmowała się modą oraz kosmetykami. Nigdy jakoś nie interesowałam się tym pierwszym, po prostu nosząc wygodne ubrania, jednak kosmetyki, jak i sam makijaż dosyć mocno mnie fascynowały. I Marilyn o tym wiedziała.
I faktycznie. DrinaDri ostatnio napisała do mnie maila (adres miała właśnie z bloga), że zaciekawił ją mój „Świat Kotki” i chciałaby mnie poznać i być może nawiązać „współprace” - jak to określiła. Nie wiedziałam, co mogła mieć przez to na myśli, ale już od samej wiadomości od niej byłam w niebie. Tylko jeszcze nie zdążyłam się pochwalić tym na blogu, więc skąd ona…
- Czy ty znowu weszłaś na moją pocztę?! - krzyknęłam, zapewne czerwona na twarzy. Marilyn zaczęła się śmiać.
- Bingo!
Zabiję! Jestem pewna, że zmieniłam ostatnio hasło. Jak ja nienawidzę tych jej hakerskich umiejętności… Tak, Marilyn pracowała w zasadzie jako haker, często mój brat z nią współpracuje i poleca innym policjantom, czy też detektywom. Ma talent, to trzeba przyznać.
Wtem na ladzie przed nami zostały podstawione dwa kieliszki.
- Zrobić wam jeszcze jedne, czy może coś innego? - zagadał do nas barman. Przyjrzałam mu się. Ułożone ciemne włosy, być może szarawe oczy. No i wysoki. Czułam, jak krew napływa mi do policzków. Kątem oka zauważyłam, że Mari już otwiera buzie, więc musiałam szybko działać.
- Cola. Z lodem – palnęłam, tylko chwilowo wpatrując się w jego oczy, aby następnie wręcz natychmiast odwrócić wzrok.
- Jak ja uwielbiam tę twoją nieśmiałość względem mężczyzn – rzuciła Marilyn. Speszyłam się jeszcze mocniej. - Słodka jest, prawda?
Ona chyba nie spytała się o to tego barmana, nie?

Hero?

Od Jodissela CD Erica

Nieco zaskoczony przyjąłem wizytówkę, natychmiast przebiegając po niej wzrokiem. Nie sądziłem, żeby sportowcy posiadali własne wizytówki — a przynajmniej ja nic o tym nie wiedziałem, a warto dodać, że ze sportem byłem raczej na bakier. Czy to znaczyło, że Eric Perez jest także modelem? Po raz trzeci już tego dnia skierowałem wzrok na jego twarz. W zasadzie czemu nie. Urodę miał odpowiednią, widziałbym go w tej roli. Choć nawet mnie samemu nie podobał się fakt, że wszystkich oceniam pod względem przydatności w mojej pracy, moją pierwszą myślą było, że i ja mógłbym wykorzystać Erica do własnych "niecnych" celów, skoro już nadarzyła mi się taka okazja. Żal byłoby nie skorzystać, a i Eric by na tym zyskał.
- Wiesz co? - rzuciłem nagle, prostując się na całą wysokość moich 175 centymetrów i natychmiast wyławiając z torby mały notes w opalizującej, różnokolorowej oprawie. Na mój nos powędrowały okulary. - Mam dla ciebie propozycję. Co ty na to, żebyś wpadł do mojej firmy na kilka zdjęć? Poszukujesz oryginalnego stroju... Masz oryginalną urodę... Jeśli nie miałbyś nic przeciwko, mógłbyś posłużyć mi jako model na jedną sesję. Wszystkie przymiarki zostałyby później twoje. - zapewniłem natychmiast. Z podekscytowania zaczynałem mówić coraz szybciej i musiałem się powstrzymywać, żeby nie wyjść przed Erikiem na jakiegoś nawiedzonego wynalazcę. - W ten sposób miałbym większą kontrolę nad tym, jaki krój i materiał stroju pasowałby stricte do ciebie. No, i przy tym pomógłbym nieco sobie samemu, bo najważniejsze to stale zmieniać wizerunek, tylko wtedy firma utrzyma się na rynku. - ostatnie zdanie właściwie bardziej wymruczałem do siebie, niż powiedziałem do chłopaka, ale natychmiast otrząsnąłem się z marazmu, aby zapisać sobie w kajecie informacje podane przez Erica. W razie jakby nie zgodził się na zdjęcia, mógłbym wciąż spotkać się z nim, aby przeprowadzić z nim wywiad.
Skrobałem zawzięcie w notesie, jednocześnie gadając do chłopaka.
- Jeśli chodzi o włosy, to nie masz się czego obawiać. Zanim zrobimy cokolwiek, zostaniesz poproszony o zgodę, której nie jesteś zobowiązany udzielić, zatem finalnie cały twój wygląd i sposób prezentacji na gali będzie zależał od ciebie. Będziesz mi musiał tylko zaufać w przypadku garnituru, ale nie martw się, dostosuję się do twoich wymagań. Ah, Ericu...? - nie odrywając wzroku od papieru, pchnąłem swoją przedpotopową komórkę w stronę chłopaka. - Zapisz mi, proszę, swój numer. Jestem znany z gubienia wizytówek, więc numery wszystkich, z którymi robię interesy, muszę zapisywać natychmiast, gdzie się da. - to mówiąc, schowałem przezornie podarowany mi wcześniej kartonik do kieszonki koszuli, ale to, że do wieczora już jej tam nie będzie, było tak samo pewne, jak to, że jutro znów zostanę wygoniony z pracy przez współpracowników w samo południe.
<Eric?>

Od Erica cd Jodissela

Z początku wzmianka o włosach nieco mnie zaniepokoiła. Wizja jakiejkolwiek zmiany w mojej fryzurze była dla mnie wręcz niewyobrażalna. W jakby obronnym geście zawinąłem kosmyk włosów na palcu i przysunąłem go do szyi. Osobiście byłem zdania, że jak na tak częsty kontakt z chlorem, moje włosy i tak nie były w najgorszym stanie. Skoro jednak Jodissel tkwił w przekonaniu, że coś trzeba z nimi zrobić, musiałem zdać się na niego. Uśmiechowi szatyna udało się rozwiać moje największe obawy, pozostawiając po nich jedynie cień wątpliwości. 
Odetchnąłem usatysfakcjonowany, gdy finalnie uzyskałem odpowiedź. Od dziś mogłem spać spokojnie z wiedzą, że nawet jeśli trener zadzwoni do mnie w środku nocy i spyta o strój, nie będę musiał kłamać. Z lekkim uśmiechem chwyciłem kubek z kawą - mogło być to dla niektórych dziwne, gdyż był on gorący, aczkolwiek ja nie czułem spowodowanego tą temperaturą bólu.
- Bardzo Ci dziękuję - odparłem po chwili. - Co do włosów, to mam nadzieję, że obejdzie się bez dużych zmian, bo ta myśl trochę mnie przeraża.
Pozwoliłem sobie na skwitowanie tego stwierdzenia krótkim, niezbyt głośnym śmiechem, po czym upiłem kilka łyków cynamonowej kawy. Użyta przez szatyna mowa nieformalna spowodowała, że sam niekontrolowanie zacząłem jej używać. 
- Jeśli chodzi o wywiad, jestem wolny przeważnie w godzinach popołudniowych i wieczornych - dodałem następnie, sięgając dłonią do wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki. - Jeśli znajdziesz chwilę na omówienie ze mną tych wszystkich szczegółów, zadzwoń lub napisz - położyłem na blacie przed chłopakiem jedną z wizytówek, które zazwyczaj otrzymywały agencje modelingowe. Zawsze trzymałem kilka przy sobie w razie awaryjnych sytuacji. - Jeszcze raz bardzo ci dziękuję. 
Mimo że dla projektanta było to prawdopodobnie tylko kolejne zlecenie, dla mnie była to wręcz deska ratunku. Kolejny raz udało mi się uniknąć kary za niedbalstwo.
(Jodi?)

Od Jodissela CD Erica

Rozumiałem, owszem, co miał na myśli i nawet już zaczęły mi w głowie kiełkować pomysły na oryginalny, ale utrzymany w dobrym stylu strój dla tego młodego mężczyzny, jak się okazało: zawodowego pływaka. Ciemne kolory, strój robiący wrażenie, ale nie przesadzony — dało się to załatwić. Chciałem go o tym zapewnić, ale przerwała nam kelnerka, przynosząc zamówienie mojego rozmówcy, więc, zamiast się odezwać, wykorzystałem ten czas na kolejne, tym razem dokładniejsze przyjrzenie mu się. Oczywiście miał typową, szczupłą sylwetkę pływaka, a przy tym pachniał delikatnie chlorem, czego się w zasadzie spodziewałem. Raczej nie powinno być problemów z dopasowaniem garnituru, być może nawet nie musiałbym się bawić w szycie na miarę, o ile znalazłbym odpowiedni wzór, który odpowiadałby i jemu, i moim wyobrażeniom. Zerknąłem na jego twarz, kiedy uśmiechał się do kelnerki. Miał dość specyficzne rysy twarzy, powiedziałbym, że mógłby tak wyglądać Rosjanin, ale za to jego nazwisko, Perez, brzmiało nieco hiszpańsko. Nie znałem się jednak na tym, więc nie potrafiłem jednoznacznie ocenić, jakiego pochodzenia mógłby być mój potencjalny klient.
Eric przeniósł swój wzrok na mnie, więc przyssałem się do swojej kawy, żeby nie zrazić go swoim gapieniem się. Mój nawyk oceniania wszystkich pod względem wizualnym — ponieważ każda osoba była dla mnie potencjalnym modelem i klientem — bywał czasami irytujący dla ludzi, z którymi rozmawiałem.
- Raczej nie jestem zbyt wybredny i jeśli podejmie się pan mojego wyzwania, zaufam pańskiemu oku i doświadczeniu. - dodał Eric, a następnie zaczesał włosy na tył, co natychmiast przykuło moją uwagę. Zamrugałem.
- Wiem, że jeśli miałbym ci pomóc, to powinienem skupić się raczej na dobraniu odpowiedniego rozmiaru, materiału i wzoru garnituru, ale... Wybacz, nie mogę puścić cię na galę z takimi włosami. Wiem, że pływacy mają dość zniszczone włosy przez chlor i ciężko sobie poradzić z taką szopą...- tu przewróciłem oczami, bo ja nawet pływać nie potrafiłem, a włosy miałem takie same. -...ale będziemy musieli coś z tym zrobić. Choć przyznaję, że łatwo moglibyśmy zamienić to w atut — daje to niezwykły efekt, naprawdę niepowtarzalny styl, widoczny szczególnie na zawodach, co zresztą przypuszczam, że doskonale jest ci znane, gdy zawodnicy dopiero co przyjeżdżają i wchodząc na pływalnię, zdejmują czapki, ujawniając burze włosów. Można powiedzieć, że to swego rodzaju wasz znak rozpoznawczy. - uśmiechnąłem się do niego promiennie, już widząc, że ten pomysł podoba mi się coraz bardziej. Nawet przy tym nie zwróciłem uwagi, że bez żadnego ostrzeżenia przeszedłem na "ty". Zbyt bardzo byłem podekscytowany wizją nowego, ciekawego projektu, nad którym mógłbym posiedzieć dłuższą chwilę, nie będąc nękanym przez nikogo o mój wątpliwy stan zdrowia. - Tak więc... Owszem, zgadzam się. Pomogę ci. Będziemy musieli jednak obgadać jeszcze kilka kwestii, będę musiał przeprowadzić z tobą wywiad, aby wiedzieć, czego się spodziewać.
Opadłem na oparcie krzesła, posyłając Ericowi lekki uśmiech i czekając na aprobatę — lub nie — z jego strony.
<Eric?>

Od Cassandy

Otworzyłam leniwie oczy, kiedy poczułam na swojej twarzy ciepły i nie dość świeży oddech. Chwilę zajęło mi dojście do siebie. Wyciągnęłam spod kocyka rękę i położyłam na łbie mojego psa.
- Hej mały. - Mruknęłam. - Co byś chciał?
Nie spodziewałam się, że odpowie on pełnym zdaniem. Westchnęłam niechętnie.
- Daj mi jeszcze pięć minut.
Tym razem usłyszałam pomruk oraz stukot pazurów o panele. Zawsze, kiedy się niecierpliwi przestępuje z łapy na łapę.
- Nie odpuścisz? - Podparłam się na łokciach i spojrzałam mu prosto w oczy. Dante tylko chrząknął.
Zrzuciłam z siebie kocyk i zwlokłam się z łóżka. Dzień zapowiadał się naprawdę dobrze. Słońce świeciło coraz zasłaniane chmurami. W końcu chłodniejszy dzień. Zaczęłam kierować się do kuchni. Po drodze złapałam miskę mojego futrzaka. Na miejscu wrzuciłam do blaszanego pojemnika dwa małe korpusy z kurczaka. Miskę oddałam pupilowi, a sama wyciągnęłam sok. Popijając zimny napój oglądałam jak sprawnie radzi sobie z kośćmi.
Puste naczynia włożyłam do zmywarki i udałam się pod prysznic. Oczywiście wcześniej włączyłam muzykę. W końcu co to za prysznic bez śpiewania?

***

Spojrzałam na zegarek. Była dopiero piętnasta.
- Jaja sobie robisz? - Mruknęłam.
- Cass... - Westchnął. - Zrób sobie w końcu wolne. Od dwóch miesięcy codziennie przychodzisz tutaj załatwiasz papierki, odbierasz dostawy, a czasami później jeszcze stoisz za barem do późna.
- No weź.... - Jęknęłam. - Nastawiłam się na kilka darmowych drinków od klientów.
- W takim razie ubierz się i idź na miasto. Tylko jakoś stosownie. - Mocno podkreślił ostatnie słowo. Całe życie byłam i będę jego młodszą siostrą. Wiedziałam, że nie wygram.
- Niech Ci będzie. Jak nie chcesz na mnie zarobić to pójdę dać te pieniądze konkurencji. - Podniosłam się z sofy.- Dante. Idziemy. - Pies podniósł łeb i spojrzał na mnie oczami pełnymi wyrzutu. Chciał jeszcze poleżeć na tym cholernie wygodnym meblu. - Mały nie chcesz wiedzieć co dzieje się tam po godzinach. - Zażartowałam i rzuciłam tylko jednoznaczne spojrzenie bratu.
- Ej! Nie znasz prawdy to mnie nie oczerniaj.
- Dałbyś mi chociaż raz ją przetestować.
- Sp... Wyjdź już.
- Się robi szefie.
Jak ja kocham go denerwować.
Załadowaliśmy się do mojego auta i wróciliśmy do domu. Skoro mam wolny dzień może czas zająć się sobą. Wskoczyłam w dresowe krótkie spodenki i jakąś pierwszą lepszą koszulkę na ramiączka. Zaopatrzyłam się w śmieciowe żarcie znalezione w kuchni i tak wyposażona rozwaliłam się na kanapie w salonie. Złapałam pad do PlayStation i włączyłam ostatnią grę.
Kiedy już wszystkie znane chyba ludzkości wygodne pozycje do grania zostały przeze mnie wykorzystane podniosłam swoje leniwe dupsko. Czas się trochę rozciągnąć. Przebrałam brudną od chipsów koszulkę na nową. Zebrałam swoje pięćdziesiąt kilo szczęścia w nieszczęściu i wyszłam trochę pobiegać.
Przystanek zrobiliśmy po naprawdę dłuższym odcinku drogi. Usiadłam na jednej z ławek w parku. Z kieszeni spodenek wyciągnęłam paczkę papierosów. Jednak nie mogło być za łatwo. Genialna ja zapomniałam sprawdzić, czy mam zapalniczkę. Rozejrzałam się wokół. Poza mną nie było ty praktycznie nikogo. Poza jakąś postacią siedzącą kilkanaście metrów dalej. Nie zdziwiłam się w sumie było już po dwudziestej drugiej, a na dodatek piątek. Niewiele myśląc podeszłam do nieznajomej mi postaci.

Ktoś? Coś?

Od Erica cd Jodissela

- Wszystko zależy od tego, jaka to gala i w jakim charakterze się pan tam udaje, panie Perez. Musiałbym wiedzieć, czy ma pan jakieś własne pomysły na aranżację swojego stroju, abym mógł się na czymś wzorować i wiedzieć, w jaką stronę zdecydowanie nie iść. - poinformował mnie mężczyzna, gdy wysłuchał moich słów. Ulżyło mi nieco, gdy nie uzyskałem jeszcze wyraźnej odmowy. Miałem mało czasu, a ryzyko, że mój trener spyta mnie o sprawę, rosło z każdym dniem. 
- Ale zanim zdecyduję, czy podjąć pańskie wyzwanie, chciałbym wiedzieć... Skąd pan się o mnie dowiedział? - dodał Jodissel i przekrzywił głowę w bok, co spowodowało, że kilka kosmyków jego włosów zsunęło się ze swego właściwego miejsca. - Nieczęsto zdarza mi się zostać rozpoznanym na ulicy. Niech pan tylko nie mówi, że już kiedyś pana poznałem, tylko pana nie pamiętam.
W reakcji na te słowa pozwoliłem, aby mój prawy kącik ust powędrował nieco w górę. 
- Mój znajomy z pracy kiedyś napomknął o pańskiej firmie w mojej obecności, a z racji tego, że jestem z natury ciekawskim człowiekiem, tyle informacji wystarczyło mi w zupełności. Uznałem, że taka wiedza może mi się kiedyś przydać i proszę, nie pomyliłem się - wyjaśniłem, unosząc spoczywającą na blacie dłoń, aby móc oprzeć na niej podbródek.
- Wracając do sedna, będzie to gala związana z krajowymi zawodami pływackimi, na które udaję się oczywiście jako zawodnik. - oznajmiłem rzeczowo, stukając paznokciami o nawierzchnię stołu. - Co do pomysłów, wolę zdać się na profesjonalistę. Nie mam pojęcia, co mogłoby pasować na taką okazję i dobrze się na mnie prezentować. Wiem jednak na pewno, że wolałbym, aby było to coś w naturalnych, ciemnych kolorach. Coś niezbyt krzykliwego, lecz robiącego wrażenie. Raczej nie widzę siebie w stroju kanarka - ostatnie zdanie zabarwiłem nieco żartobliwym tonem, przez cały czas nie spuszczając wzroku z siedzącego naprzeciwko mnie szatyna, po czym dodałem: - Mam nadzieję, że rozumie pan, co mam na myśli?
Przybycie kelnerki na moment odciągnęło moją uwagę od mężczyzny. Odsunąłem ręce, aby dziewczyna swobodnie mogła położyć moje zamówienie na blacie. Podziękowałem jej z krótkim uśmiechem, po czym wróciłem wzrokiem do Jodissela. W międzyczasie zacząłem bezgłośnie mieszać pomarańczowy syrop w swojej kawie.
- Raczej nie jestem zbyt wybredny i jeśli podejmie się pan mojego wyzwania, zaufam pańskiemu oku i doświadczeniu - dodałem po chwili, odgarniając część nadal wilgotnych włosów do tyłu, które w irytującym nawyku lubiły przysłaniać moje oczy.
Musiałem przyznać, że formalne zwracanie się do osoby będącej prawdopodobnie w wieku podobnym do mojego było dla mnie czymś niecodziennym. Zazwyczaj nie musiałem bawić się w podobne grzeczności. 
(Jodi?)

Od Jodissela CD Erica


Z cichym westchnieniem zerknąłem na zegar wiszący na kolumnie centralnie przede mną. Dochodziła godzina, podczas której większość ludzi powinna być w pracy, jednak w moim przypadku był to czas, aby się z mojej pracy ulotnić. Nie z własnej woli oczywiście. Wokół mnie już od kilkunastu minut niczym wściekłe sępy krążyli moi współpracownicy, starając się wmówić mi, że moje samopoczucie jest gorsze, niż mi się wydaje i z całą pewnością nie mam siły pracować tak ciężko, jak pracuję — to jest, przeorganizowując wizualną część naszej strony internetowej w przerwach od odpowiadania na męczące pytania o mój stan zdrowia.
Wszystko przez ten jeden jedyny dzień w tym tygodniu, kiedy zapomniałem zabrać ze sobą butelki wody i zasłabłem przez panujący w biurze zaduch. Nic nadzwyczajnego. Nawet gdybym nie był chory, mogło mi się zdarzyć. Ale nie, moi współpracownicy odebrali to jako incydent na miarę próby samobójczej i teraz niemalże codziennie monitorowali zawartość mojej torby, a także poinformowali mnie, że mają pełne prawo wywalić mnie z mojego własnego biura, jeśli tylko stwierdzą, że poradzą sobie w pracy beze mnie.
Widząc zatem wzrok Jeanette przewiercający mnie na wskroś zza szyby, posłusznie zabrałem swoją torbę i posnułem się do drzwi, nawet nie fatygując się, by zamknąć komputer — biorąc pod uwagę fakt, że dali mi wybór: albo wychodzę o podanej mi przez nich godzinie, albo odprowadzają mnie pod same drzwi apartamentu, wolałem nie zwlekać nawet minuty dłużej. Przechodząc obok biurka Jeanette, rzuciłem jeszcze tylko:
- Znikam na twoją odpowiedzialność...
...po czym machnąłem do uśmiechającego się do mnie niewinnie Jeala i wyszedłem prosto w ścianę gorąca, jaką był świat zewnętrzny poza siedzibą naszego sklepu. Przez moment dosłownie nie mogłem oddychać. Gdy tylko wróciły mi zmysły, wygrzebałem z kieszeni okulary przeciwsłoneczne i ruszyłem szybkim krokiem wzdłuż ulicy. Myślami byłem daleko, ale na szczęście zadziałała moja pamięć mięśniowa i zamiast wylądować po kilkunastu minutach marszu pod jakimś mostem, odnalazłem siebie stojącego naprzeciwko przyjaźnie wyglądającej kawiarni. Nawet nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, gdzie jestem, ale musiałem najwyraźniej już tu kiedyś być, skoro na myśl o przyjemnie chłodnej mrożonej kawie zjawiłem się właśnie tutaj. Nie zwlekając — w końcu gorąc dawał mi się nieco we znaki, a szopa ciemnych włosów w niczym mi nie pomagała — pchnąłem drzwi, już po chwili stawiając pierwsze kroki w lokalu. Było tutaj chłodno i wszędzie unosił się lekki zapach kofeiny. Rozejrzawszy się zdawkowo, zająłem miejsce przy jednym z małych stolików, a gdy zainteresowała mnie mną kelnerka, złożyłem zamówienie. Przeglądając się w szybie, poprawiałem właśnie kołnierz białej koszuli, kiedy usłyszałem czyjś głos mówiący:
- Dzień dobry, panie Sykes.
Choć nie miałem do tego żadnego powodu, przestraszyłem się lekko, że ktoś zwraca się do mnie po nazwisku. Nie rozpoznawałem głosu, więc zaskoczony spojrzałem na mężczyznę, który do mnie zagadał i już chciałem wstać, aby się z nim przywitać, ale on zajął miejsce po drugiej stronie wybranego przeze mnie stolika.
- Nazywam się Eric Perez - przedstawił się. - I chciałbym pana o coś spytać.
Wciąż lekko zaskoczony podałem mu rękę, słuchając uważnie, co ma mi do powiedzenia.
- Potrzebuję oryginalnego stroju na galę w przyszłym miesiącu, czy nie zechciałby mi pan pomóc?
Mój rozmówca miał bardzo miły głos i w dodatku uśmiechał się delikatnie, więc stwierdziłem, że warto mu dać szansę. Raczej nie projektowałem nic dla osób prywatnych, ale w sumie co mi szkodziło spróbować?
- Wszystko zależy od tego, jaka to gala i w jakim charakterze się pan tam udaje, panie Perez. - odsunąłem nieco swoją szklankę, aby móc złożyć dłonie na blacie stołu. Czekając na odpowiedź, przyjrzałem się mężczyźnie. Wyglądał młodo, gdzieś w okolicach mojego wieku, miał dość niespotykanego, jak dla mnie, koloru włosy, lekko wilgotne, jakby chwilę wcześniej wyszedł z basenu. Był też zdecydowanie wyższy ode mnie, co już takie trudne raczej nie było.
- Musiałbym wiedzieć, czy ma pan jakieś własne pomysły na aranżację swojego stroju, abym mógł się na czymś wzorować i wiedzieć, w jaką stronę zdecydowanie nie iść. - poinformowałem go jeszcze. - Ale zanim zdecyduję, czy podjąć pańskie wyzwanie, chciałbym wiedzieć... Skąd pan się o mnie dowiedział? - bezwiednie przekrzywiłem głowę na bok niczym ciekawski zwierzak. Nie panowałem nad tym, choć z natury starałem się tego nie robić. Rzadko mi jednak wychodziło. - Nieczęsto zdarza mi się zostać rozpoznanym na ulicy. Niech pan tylko nie mówi, że już kiedyś pana poznałem, tylko pana nie pamiętam. - posłałem mu lekki uśmiech, aby pokazać, że żartuję.
<Eric?>