czwartek, 15 sierpnia 2019

Od Zoe

Przez sen przedarł się do mnie dźwięk budzika oznajmiając wczesną porę dnia. Jak na zawołanie po chwili czułam jak dwie puszyste kulki depczą po łóżku a następnie zaczynają lizać mnie po twarzy i ręce. Otworzyłam oczy i roześmiałam się lekko patrząc na Ace'a i Ruby. 
- Dzień dobry kochani, co powiecie na śniadanie a następnie spacer?
Ruby od razu się ożywiła i niezdarnie zeszła z łóżka, a Ace, cóż on woli sobie poleżeć. Wstałam z wygodnego mebla i skierowałam się do kuchni by napełnić miski dla psiaków Jedzeniem i świeżą wodą. W ciągu kolejnych 15 minut obskoczyłam łazienkę i byłam prawie gotowa do wyjścia. Ruszyłam w stronę drzwi wejściowych i zanim przez nie przeszłam założyłam swoje różowe trampki jak i przypielam smycze do obroży najedzonych szczeniąt. Ruszyliśmy do pobliskiego małego parku, gdyż porankami nie miałam dużo czasu na dłuższe spacery, trzeba na siebie zarabiać w końcu. Spacer trwał może dwadzieścia minut po czym skierowaliśmy się z powrotem do domu. Tam zjadłam szybkie śniadanie i zabrałam kubek termiczny z herbatą przygotowany przez moją matkę. Zawsze rano zostawiała mi herbatę, a Vistorie'i śniadanie do szkoły. Kochamy ją ale widzimy jak bardzo jest przepracowana. Niestety nie możemy za dużo zrobić. Założyłam torbę na ramię i wyszłam zostawiając dom w rękach zwierząt i śpiącej jeszcze siostry. Wsiadłam do samochodu i pojechałam okrężną droga do pracy, o tej porze zawsze są korki na mieście, w sumie zawsze są. Dotarłam w końcu do kwiaciarni. Weszłam do środka i odłożyłam swoje rzeczy na zaplecze po czym wzięłam się za ustawianie wszystkiego w środku. Po kilkunastu minutach pojawiła się reszta pracowników i od razu wzięli się do roboty. Odsłonili okna i wystawili parę kwiatów na zewnątrz na parapety okien i chodnik. Podeszłam do drzwi i odwróciłam kartkę z napisem "Zamknięte" na "Otwarte". Oficjalnie rozpoczęły się godziny pracy. Niektórzy poszli na zaplecze napić się porannej kawy, a reszta, w tym ja, przygotowywała zamówienia na dzisiaj jak i następne dni, a nawet tygodnie. Po godzinie przybyli pierwsi klienci, których szybko obsłużyłam. Tak czas zleciał aż do końca mojej zmiany po czym zanim wróciłam do domu pojechałam zrobić zakupy, dzisiaj moja kolej przygotować obiad. Zaparkowałam na sporym parkingu i ruszyłam do wnętrza supermarketu biorąc po drodze koszyk. Przechodziłam z alejki do alejki szukając odpowiednich produktów, gdy nagle na zakręcie ktoś na mnie wpadł przez co upuściłam trzymaną przeze mnie paczkę makaronu, którą miałam włożyć do koszyka. 
- Ah przepraszam.
Wiem, że to nie ja na kogoś wpadłam ale nie mogłam się powstrzymać od przeproszenia. Schylilam się po opakowanie, ale wtedy zderzyłam się ponownie z tą osobą. Najwidoczniej chcieliśmy zrobić to samo. Wyprostowałam się i pomasowałam głowę.
- Jejku, naprawdę bardzo przepraszam nie chciałam..

(Tajemnicza osobo?)

Od Jodissela CD Erica

Rano obudziłem się około godziny piątej. Słońce już powoli przebijało się przez rolety w moim oknie, które zajmowało całą ścianę, więc musiałem zasłonić swoje wrażliwe na światło oczy poduszką. Dobrych kilkanaście minut siedziałem rozczochrany w pościeli, starając się zorientować, gdzie jestem, dlaczego i w ogóle KIM jestem. O dziwo nic mnie nie bolało, choć czułem tępy ucisk w lewym przedramieniu wciąż poznaczonym siniakami. Krew jeszcze nie do końca się wchłonęła, ale i tak nie zamierzałem zmieniać swoich przyzwyczajeń w związku z ubiorem koszul z długimi rękawami nawet podczas lata, także nie musiałem się tym martwić. A może raczej po prostu mi się nie chciało.
Pół godziny później stałem już przed lustrem zajmującym całe jedno skrzydło mojej szafy, usiłując przekonać samego siebie, że zwrócenie jedynego posiłku, jaki wmusiłem w siebie od ostatnich 24 godzin, jest złym pomysłem. Ostatecznie udało mi się pokonać mdłości i poprawić swój strój należycie. Przez myśl mi przeszło, że dokładnie tak samo wygląda praktycznie każdy mój poranek — nic dodać, nic ująć.
Przez moment zastanawiałem się, czy wziąć krawat, ale zrezygnowałem, ani nie czując się na siłach, aby się z nim użerać, ani nie będąc przekonanym, czy nie wyglądałbym zbyt formalnie. Bądź co bądź, byłem z Erikiem prawdopodobnie w tym samym wieku, wyśmiałby mnie chyba, jakbym się ubrał jak na galę. Zabrałem zatem ze sobą moją nieodłączną torbę, pamiętając o notatniku spod stolika do kawy, po czym wyszedłem z mieszkania, starannie zamykając za sobą drzwi na klucz. Drogę do pracy pokonałem na autopilocie, nie zastanawiając się nawet, jak się tam znalazłem, dopóki nie stanęła przede mną Gina z wielkim kubkiem kawy, który następnie wcisnęła mi w dłonie.
- Znowu na piechotę, co? - zapytała, unosząc brwi.
Powąchałem mechanicznie podarowaną mi kawę, po czym skrzywiłem się, gdy dotarło do mnie, że jest parzona. Zerknąłem w głąb kubka. Ciecz w środku była prawie wrząca, czarna jak smoła i wydawała się równie gęsta, dlatego też otrząsnąłem się i spojrzałem na Ginę.
- Najwyraźniej. Nie opłacało się jechać, bo później idę do tej kawiarni niedaleko. Mam spotkanie.
Ostatnie zdanie wyraźnie zelektryzowało rudowłosą. Poprawiła okulary, ujęła mnie pod ramię, po czym ruszyła w sobie tylko wiadomym kierunku, ciągnąc mnie za sobą.
- Spotkanie?
- Tak. - mruknąłem tylko krótko, w biegu zostawiając kubek z kawą na biurku pokazującej mi uniesionego kciuka Jeanette, a chwilę później Gina wepchnęła mnie do mojego własnego biura. Na moim krześle, gapiąc się w mój monitor, podżerając moje biurowe płatki i trzymając nogi na moim biurku — siedział Jeal. Uśmiechnął się na mój widok, przełknął kolejną garść płatków i łaskawie zdjął nogi z blatu.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę.
Jakoś nie podzielałem jego hurraoptymizmu, więc tylko założyłem ręce na piersi, czekając. Najwyraźniej Jeal miał mi coś do powiedzenia, ale zanim zdążył choćby otworzyć usta, wcięła się Gina.
- Zostaw swoje żale, czy cokolwiek nie chciałeś mu tam powiedzieć, na później, bo ja mam lepsze rewelacje. Jodi ma jakieś spotkanie w kawiarni!
- Ja tu stoję, wiesz? - mruknąłem żałośnie do siebie, ale ku zdziwieniu rudowłosej, mój przyjaciel nie podłapał jej entuzjazmu.
- Tak, wiem. Spokojnie, nie ekscytuj się tak, on jest dalej tak samo aspołeczny, jak był, po prostu teraz pracuje nie z nami, tylko obok nas. - Jeal przewrócił oczami, patrząc na mnie z góry nawet pomimo tego, że on siedział, a ja stałem.
- Czyli to tylko jakiś klient? - Gina wyraźnie się zawiodła. - Ueee, w takim wypadku nie jest to ciekawe.
Odwróciła się na pięcie, aby wyjść i zająć się ponownie swoją pracą — lub parzeniem niemożliwej do wypicia kawy — ale ją zatrzymałem.
- Obiecuję ci, że będzie to ciekawsze. Wiem, że to nie żaden duży projekt, po prostu zgłosił się do mnie młody chłopak z prośbą o pomoc, a — jak już mówiłem Jealowi — skoro nie pozwalacie mi pracować w mojej własnej firmie, bo "jest zbyt gorąco", to łaski bez, będę pracował tak, jak mi się podoba. - wbiłem w nią wzrok, ale nic nie mówiła, więc żachnąłem się. - Daj spokój, przyda mi się trochę praktyki, wariuję bez pracy, a tak to się przynajmniej czymś zajmę. Dobrze mi to zrobi. Przecież nie będę się przemęczał.
Gina wciąż się nie odzywała, kalkulując coś w myślach, więc zerknąłem na Jeala, szukając poparcia. Mlasnął co prawda z niezadowoleniem, ale po chwili wzruszył ramionami i ponownie zajął się płatkami.
- Dopóki będziesz dawał znać, czy wszystko jest w porządku, no i zawsze wtedy, gdy tak nie będzie, to dla mnie bomba. Przynajmniej nie będziesz się tu plątał bez sensu. - Wiedziałem, że już po stokroć wolałby, żebym plątał mu się pod nogami, niż żeby coś mi się stało, gdy jego nie będzie w pobliżu, ale nie zamierzałem się kłócić, bo jeszcze mógł zmienić zdanie. Nikt jednak nie wspominał o zaniechaniu negocjacji.
- Ale tylko SMS-y. Nie będę przecież dzwonił co pięć minut, szczególnie podczas spotkania. A wieczorem mogę być zajęty. - skłamałem szybko, doskonale wiedząc, że będę się tylko nudził sam w domu, ale nie miałem ochoty być znów dla odmiany dręczony ciągłymi telefonami moich przyjaciół, więc już wolałem nudę. Przynajmniej będę miał spokój. Na szczęście Jeal przełknął moje kłamstwo bez jednego mrugnięcia. Na pewno i tak mi nie uwierzył, ale chyba sam pojął, że nieco zbyt mocno mnie osacza razem z resztą i musi dać mi trochę luzu, bo wkrótce z czystej przekory bym im się urwał.
- Tak czy inaczej... - zwróciłem się ponownie do Giny po dłuższej chwili mierzenia się z Jealem wzrokiem; to ja przegrałem. - Chciałem z tobą porozmawiać jeszcze wczoraj, ale było już późno. Jaka byłaby szansa na zarezerwowanie studia fotograficznego w ciągu najbliższych trzech-czterech dni?
Rudowłosa uniosła brew z tak bazyliszkowym spojrzeniem, że aż poczułem się jak uczeń proszący nauczyciela o odrobienie za niego jego pracy domowej.
- A po co ci studio...?
- A jak myślisz, po co mogłoby mi być potrzebne studio...?
Kolejne kilka minut mierzenia się wzrokiem. Miałem ochotę uciec przez okno, ale wytrzymałem. W końcu to czwarte piętro.
- Zobaczę, co da się zrobić. Dam ci znać jeszcze dzisiaj. Ale jeśli w najbliższym czasie nie powiesz mi dokładnie, ze wszystkimi szczegółami, na jaką robotę się tak właściwie zgodziłeś, sabotuję tabelki Jane.
- Jeal ci może powiedzieć. - wymamrotałem, ale zdrajca tylko się zaśmiał.
- Tak, ale co to byłaby za zabawa. Ja wiem tylko, jak tak właściwie doszło do tego, że przyjąłeś to zlecenie, ale Gina chciałaby wiedzieć wszystko, łącznie z efektem końcowym. Poczeka, to się dowie.
Gina pokazała Jealowi wiadomy palec i wyszła.
Zerknąłem na przyjaciela niepewnie.
- A ty tak właściwie czegoś ode mnie chciałeś czy tak sobie, po prostu, zaanektowałeś moje biuro?
- Chciałem cię poinformować, że bierzesz urlop do końca tego tygodnia. - iście wężowy uśmiech pojawił się na twarzy blondyna, podczas gdy ja wpatrywałem się w niego, nie wiedząc, czy to żart, czy właśnie powinienem kogoś zwolnić.
- ...dobrze się czujesz?
Nie odzywałem się, więc Jeal na moment się zaniepokoił, ale musiał zobaczyć wściekłość w moich oczach, bo wstał, złapał mnie za ramiona i zdecydowanym ruchem zaczął prowadzić mnie do drzwi.
- Nie wściekaj się na mnie, to dla twojego dobra. Właściwie ty powinieneś tu być tylko od podejmowania decyzji, więc nawet mógłbyś pracować zdalnie, odpoczywając w domu czy gdzieś na Hawajach, a tymczasem robisz wszystko to, do czego zatrudniłeś nas. Ale żeby jeszcze tylko to. Pomoc w naprawie komputerów nie należy do twoich obowiązków, Jodi, od tego mamy Randa.
- Zawsze chciałem się tego nauczyć... - wymamrotałem, ale jako iż wciąż byłem w szoku, Jeal z łatwością wypchnął mnie na korytarz.
- Przemęczasz się, nawet jeśli tego nie zauważasz. Dlatego twoje zdrowie się pogorszyło. Nie mówię, że masz leżeć i nic nie robić, ale lepiej będzie, jeśli odpoczniesz kilka dni. Jeśli po tym czasie zrobi ci się lepiej, bez żadnych oporów z naszej strony wrócisz do pracy, zgoda? - Jeal uśmiechnął się do mnie promiennie, a choć nie popierałem jego optymizmu, niechętnie skinąłem głową. Może i miał trochę racji. Nie mnie oceniać. W gruncie rzeczy w szpitalu wmawiali mi to samo, ale miałem to do siebie, że rzadko kiedy udawało im się mnie przekonać. Przystałem jednak na propozycję Jeala, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko ruszyć z powrotem do domu.

***

Kilka wolnych godzin spędziłem w swoim apartamencie, czytając wszystko, co wpadło mi w ręce i okazjonalnie sprawdzając telefon, aby upewnić się, czy Eric nie chce przełożyć spotkania.
O trzynastej z cichym westchnieniem odłożyłem "Inwazję jaszczurów" na stolik do kawy i zerknąłem na powieszony na wieszaku strój.
Piętnaście minut później stałem już gotowy w wejściu, upewniając się, że zabrałem wszystko, czego potrzebowałem.
Za dwadzieścia czternasta siedziałem w tej samej kawiarni co wczoraj, przy tym samym stoliku, międląc w dłoniach serwetkę w oczekiwaniu na Erica. Zamówiłem tylko zieloną herbatę, choć powoli zaczynałem być głodny — ostatecznie mój ostatni posiłek składał się tylko z nieco czerstwego bajgla rano. Wolałem jednak siedzieć głodny, niż później walczyć z mdłościami, więc upiłem tylko kolejny łyk herbaty, czekając.

<Eric?>

środa, 14 sierpnia 2019

Od Michaela

Odkąd wylądowałem na nowojorskim bruku, gdy wróciłem z Kanady, trudno było z jakimkolwiek dorobkiem, by mnie było stać na, chociażby obiad i wtedy przydała się moja stara pasja. Muzyka w sumie rozpoczęła moje dłuższe bytowanie w mieście. Ja, gitara akustyczna i stanie pod jakimś w wielkim wieżowcem, zarabiając pieniądze jak zwykły grajek, od świtu do zmierzchu. Po miesiącach z gitary przerzuciłem się na łażenie po różnych opuszczonych miejscach poza Nowym Yorkiem, by zdobywać pieniądze w mniej legalny sposób. Czasem wracałem do muzyki tak jak dzisiaj, podjechałem samochodem pod wysoki budynek jakiegoś banku, ustawiając mały wzmacniacz i podpinając gitarę tym razem elektryczną. Dawno już nie dotykałem strun, pasja, która myślałem, że będzie ta, w której zabłysnę w karierze, od kilku miesięcy stała zakurzona w szafie z brakiem dostępu do świata zewnętrznego. Przewiesiłem pas gitary przez ramię i zacząłem grać swoje stare utwory, które jeszcze pamiętałem. Nie chciałem nawet grać dla pieniędzy, których po tym wszystkim akurat mi starczyło na najpotrzebniejsze rzeczy i jeszcze oszczędzałem, by pojechać do Nashville, spędzić tam kilka dni, a potem przywieźć swój stary gruchot, który zbudowałem z tatą. Wrócenie do starych śmieci to jedno z moich największych marzeń, obiecanki, że będę tam zawsze, sypnęły się jak domek z kart. Nawet nie zwracałem uwagi, jak do futerału poleciały pierwsze dolary, już minął u mnie ten czas zarabiania na muzyce jako zwykły uliczny grajek. Zanim oczywiście ludzie odchodzili, gdy rzucali mi pieniądze, szybko im je oddawałem, nie chciałem już brać od kogoś pieniędzy z ulicy. Kończyłem właśnie już piosenkę, gdy ponownie ktoś rzucił mi dolary do futerału
- Przepraszam, ale weź pieniądze - krzyknąłem do postaci, szybko podchodząc, oddając rzucone pieniądze prosto do dłoni właściciela
- To dlaczego grasz na ulicy jak nie dla zarabiania pieniędzy? - zapytał, w sumie sam nie wiem, chyba po prostu, żeby zagrać czy coś. Wzruszyłem ramionami
- Tak dla przyjemności w sumie, powracanie do starych nawyków czy coś takiego - powiedziałem. Dziwnie mi było grać już od dawna, też rozmawiać było dziwnie, bo gadanie z psami to nie to samo co z ludźmi, chyba to mogła być pora by wreszcie otworzyć się do ludzi.
(ktoś?)

wtorek, 13 sierpnia 2019

Od Anastazji CD Hero

Siedziałam na stołku przy barze i (w większości) facetach, którzy niecierpliwie pospieszali młodego barmana. Spojrzałam na kieliszek z szotem, moim pierwszym w Nowym Jorku. Podniosłam naczynko i wychyliłam alkohol, nie krzywiąc się. Już wcale się nie krzywiłam, choć nie wiem, czy takie "doświadczenie" jest powodem do dumy. 
– Chyba masz niezły gust, jeśli chodzi o alkohol – zaczepiłam bruneta. Ten wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Więc może jeszcze jednego? Na nasz koszt – nie czekając na moją odpowiedź, barman nalał kolejnego szota i podsunął mi, po czym zajął się innymi klientami. Bywały dni, kiedy sama flirtowałam z facetami, których nigdy później miałam nie zobaczyć. Teraz jednak chciałam się po prostu napić. Nie wyglądałam wyzywająco - to do mnie niepodobne - ale nieraz słyszałam, że czysta elegancja i zakolanówki pod prostą sukienką nie są wiele gorsze. 
Z zamyślenia wyrwał mnie nie kto inny, lecz barman. Podparł się łokciem o blat przede mną. 
– A co taka ładna, młoda dziewczyna robi sama w klubie? – Nonszalancki śmiech nie schodził mu z twarzy. 
– Nie mam zamiaru długo tu zostawać – wlałam w siebie drugiego szota, odstawiając kieliszek ze stukotem. Chłopak uniósł jedną brew z uznaniem. – Jeszcze jednego.
Brunet, nie odwracając się ode mnie, wyciągnął nową butelkę wódki. Mogłam mu się bardziej przyjrzeć. Lubiłam obserwować ludzi, choćby z ciekawości, chociaż popatrzeć na "ładnych chłopców", jak to określałam z moją przyjaciółką Anną, też było miło. A ten przede mną był na pewno z tych "ładnych". 
– Czekaj – wyciągnęłam trzydzieści dolarów i położyłam na ladzie, przysuwając je do barmana. Ten spojrzał na banknoty i sceptycznie zapytał:
– Jesteś pewna? To dosyć tani szot. 
– Jak będę miała dość to włożysz mi resztę do torebki i wyniesiesz na rękach – trochę nie wierzyłam, że powiedziałam to na głos. 
Chłopak zaśmiał się i zabrał pieniądze. 
Po kilku szotach nie musiałam się zmuszać do uśmiechu, facet siedzący z kolegą obok mnie zadeklarował, że mnie odprowadzi do domu, jeśli będę chciała. 
– Ona już ma towarzysza – puścił do mnie oczko z bezczelnym uśmiechem. 
Nie jestem pewna, co do mnie powiedział, bo było już głośno. Jego mina jednak dała mi do zrozumienia, że to było coś, co by mi się nie spodobało, nawet po pijaku. Raczej nie proponował mi "minutki na zapleczu", ale często uwagi, które słyszałam w Rosji, a które miały być komplementem, rewanżowałam liściem w twarz. Nie lubiłam chamstwa i bezczelności, choć po pijaku i tak było mi je łatwiej przyjąć. 
Wstałam, zachwiałam się, złapałam kieliszek, posłałam brunetowi szeroki, kpiący uśmiech i wyszłam z klubu. Nie byłam pijana. Zawsze pierwsza u mnie wysiadała koordynacja ruchowa. Przeszłam ledwie parę kroków, a drzwi klubu otworzyły się za mną. 
– Nieładnie tak uciekać bez pożegnania. 
Rozpoznałam głos barmana, który przez ostatnią godzinę poświęcił mi sporo swojej uwagi. Może że względu na fakt, że z barowego stołka wstałam tylko raz, do toalety. Odwróciłam się. Brunet uśmiechał się, a ten uśmiech znów mogłam nazwać tylko nonszalanckim. 
– Nie zapomniałaś czegoś? Może to teraz weź, nie chcę kłopotów w pracy. 
Moja torebka. 
Brawo, sieroto. Przynajmniej wyszłabyś "z klasą", ale nie, bo po co. 
Wzięłam do ręki torebkę. Zauważyłam, że ma tatuaż na nadgarstku i palcu. Nie skomentowałam tego. 
– Dzięki – odwróciłam się i poczułam, że prócz torebki mam w dłoni jeszcze kawałek papieru. Karteczkę z napisem: "Hero". Zaśmiałam się w głos. Domyśliłam się, że to jego imię. 
– Och, mój ty bohaterze. – Wcześniej, przy barze, dałam pokaż swoim wrodzonym umiejętnościom flirciarskim. Prawie nigdy jednak nie mówię niczego na poważnie w tym rodzaju rozmów. Tym razem jednak spojrzałam na chłopaka przenikliwym wzrokiem. 
– Anastazja. Teraz lepiej wracaj do swoich narwanych klientów, ja może jeszcze kiedyś wpadnę. Po takiego szota. 
Wypowiadając ostatnie zdanie, odwróciłam się i ruszyłam wolnym krokiem. 

(Hero?)

Od Anastazji CD Cassandry


Nie mogłam uznać tego dnia za zbyt pożyteczny. Wstałam, ogarnęłam się, nakarmiłam kota, wyjęłam węża z terrarium. Przy okazji starałam się nie obudzić współlokatorek. Było dosyć wcześnie, przynajmniej jak na mnie. 
– Boo, ciocia Minerwa cię dziś przypilnuje. Muszę kupić ci jedzonko – położyłam sobie węża na barku i skierowałam się do łazienki. Zawiązałam na głowie bandankę, uważając, by nie zawadzić o pupila, po czym założyłam jeden ze swoich ulubionych strojów - ciemną spódnicę w kratę, sięgającą lekko za kolana i czarny, cienki golf. Boo go uwielbiał. Szczególnie, gdy był świeżo wyprany i tak cudownie pachniał. 
Zrobiłam sobie herbaty. Tego dnia miałam zamiar poszukać jakiegoś baru, nie za daleko, z wyjątkową atmosferą, do którego mogłabym udać się nawet sama. 
– A co ty tak wcześnie?
Zaspana Anna pojawiła się nagle obok mnie, podniosła kubek z moją herbatą i upiła łyka. 
– Nie wiem, jak możesz pić taką lurę.
– I tak zawsze jej próbujesz, więc nie może być taka zła. A odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie - pochodzę sobie po okolicy. Jak się ogarniecie to po południu może wyskoczymy na pizzę czy coś. 
Dziewczyna jadła śniadanie, ja zawsze omijałam ten posiłek. Zazwyczaj ogarniałam się po prostu zbyt późno, by opłacało się go spożywać. Pograłyśmy chwilę na telefonach, wspólnie założyłyśmy ważnego teama w naszej grze online. Anna była mi najbliższa z dziewczyn, z którymi grałam w zespole. W sumie, w ogóle ze wszystkich dziewczyn. Zajmowała wszelkie rodzaje gitar, jakie były nam potrzebne i często dokładała drugi głos. Nawet jej jednak nie potrafiłam do końca zaufać, choć w wielu trudnych aspektach mojego życia okazywała się być dokładnie taka sama jak ja.
Miałyśmy dzień rozpakowywania się i zwiedzania okolicy. Wczoraj przyleciałyśmy do Nowego Jorku i na nic nie miałyśmy do tej pory czasu.
Sprzątałyśmy, dekorowałyśmy we dwie nasz pokój. Gdy pozostałe dwie dziewczyny - Wera i Iwanna wstały, zdecydowałyśmy wreszcie iść na pizzę. Wera była urodzoną flirciarką. Czasem podłapywałam u niej różne sztuczki, nie raz mi się przydały. Po miło spędzonym popołudniu, przez cały wieczór porządkowałyśmy mieszkanie.
W końcu wyszłam na zewnątrz. Pieniądze, jakie zarobiłyśmy w Rosji, i które dołożyli nam nasi rodzice (mimo naszych protestów - ceniłyśmy sobie pracę), wystarczyły na dostatecznie duże lokum dla nas wszystkich. Czasem lubiłam z niego jednak wypełznąć samotnie.
Kupiłam jedzonko Boo. Malutki gryzoń. Wyrzuty sumienia by mnie zeżarły, gdyby był żywy. W tamtej chwili było mi jednak "tylko" smutno. Usiadłam na murku pod drzewem i objęłam okolicę wzrokiem. Moją uwagę przykuła młoda, ciemnowłosa kobieta, ze dwa, trzy lata starsza ode mnie. Między palcami trzymała papierosa. Przyglądałam jej się chwilę, gdy zauważyłam, że chyba brakuje jej ognia. Nieznajoma spojrzała na mnie. Wstała z ławki i spokojnym krokiem podeszła. 
– Masz może zapalniczkę?
Przez króciutką chwilę przyglądałam się kobiecie. Nie wyglądała na pustą laskę, raczej na mądrą, silną kobietę. Momentalnie mnie przytłoczyła, ale nie dałam tego po sobie poznać. Wolałam takie niż wspomniane standardowe dziewczyny. Wyciągnęłam zapalniczkę z torebki i podałam brunetce. Ta przysiadła się na chwilę na murku, by podpalić papierosa. 
– Chcesz jednego?
– Dzięki, nie palę – pokręciłam głową.
– Po co ci w takim razie zapalniczka? – Wydawała się być nieco rozbawiona brakiem jasnej logiki w tym moim poczynaniu. 
– Nigdy nie wiadomo, kiedy może mi się przydać. Choćby do podpalenia karteczki z życzeniem na ognisku dla marzycieli. 
Dziewczyna zaciągnęła się i uśmiechnęła połowicznie. 

(Cassandra?)

Michael Boult

Imię i Nazwisko: Michael Boult
Przezwiska: Michael nie ma jakiś wielu przezwisk, cóż rzadko zdarzało mu się mieć jakieś bliższe znajomości oprócz rodziców, którzy skracali mu imię do Mike, albo wołali go po kolorze jego włosów, a mianowicie Rudy. W “swoim” świecie boksu publika woła go Żniwiarzem po jednej walce, która nie skończyła się za ciekawie dla przeciwnika.
Wiek: Już tak tuła się po świecie przez dwadzieścia jeden lat.
Płeć: Mężczyzna
Pochodzenie: Skąd pochodzi Mike? W sumie on to sam już nie wie, od początku swojego istnienia się tuła z rodzicami, ale z tego co opowiadają mu rodzice i zdradza akcent to jest z Nowej Zelandii
Głos: KJ Apa - I’ll Try
Praca: Różnie to bywa z jego pracą, bo według prawa to jest bezrobotnym, ale jakby nie patrząc na prawo to zajmuje się nielegalnymi walkami bokserskimi za które dostaje niezłe kokosy za wygrane.
Charakter: Mike jest osobą lojalną, uczciwą (jeśli nie chodzi o pracę oczywiście) oraz życzliwą. Zawsze na pierwszym miejscu stawia rodzinę oraz przyjaciół, których i tak nie posiada za wielu. Jest także dobroduszny, wiele by poświęcił by jego bliscy w ogóle nie cierpieli. Michael jednak ma niską samoocenę po wszystkich jego samotnych przygodach po lasach i innych miejscach nie za ciekawych dla młodego człowieka. Jest osobą wrażliwą, nie lubi cierpienia innych, a co dziwnego sam gdy wchodzi na ring nie sprawia dla niego żadnego problemu obijania twarzy przeciwnikom, aż do stracenia najczęściej przytomności. Potrafi perfekcyjnie już opanować emocje na zewnątrz mając zwykle to samo pełne beznamiętne spojrzenie, którym często darzy ludzi, gdy nie ma ochoty z kimkolwiek rozmawiać. Mike jest osobą dość zmienną co do swojej pasji zwłaszcza, że odkrył posiadanie swoich wielu talentów rozpoczynając od pisania piosenek, śpiewania ich, grania na gitarze aż do boksu. Co ważne u Boulta jest jego łatwowierność, gdy w odpowiedni sposób okręci się go wokół palca. Pomimo swoich pięknych cech niczym u zwykłego chłopaczka z sąsiedztwa, gdy tylko wprowadził się do Nowego Yorku nic nie było u niego tak samo jak wcześniej, mało gadatliwy, nie mówiący o sobie zbyt wiele, bo po co jeśli jego życie według niego ciekawe ni było. Jest wielkim wielbicielem burgerów i kebabów. Kocha zwierzęta, gdyby mógł miałby ich tyle, aż jego mieszkanie nie zarosłoby chodzącym futrem. Jego konikiem jest adrenalina, szybkie auta, motory, czy parkour, którego jeszcze się uczy. Często się denerwuje, zbyt często można rzec, nie lubi jak ktoś mu się sprzeciwia w jego planach, nasuwa pomysły które dla Mike stają się z automatu absurdalne, ale jeśli ta osoba jest kobietą to na pewno nie usłyszy przekleństw, a bardziej jakiś komentarz dotyczący, że stacza się, ale i tak posłucha się kobiety jeśli będzie chciała go odsunąć od którejś z walk. Co do miłości to Mike jest okropny, nigdy nie traktuje jej poważnie oprócz jednej którą stracił. Poważnie zakochał się raz, w swojej wcześniejszej miejscowości, ale po jego ucieczce i odsiadce już nie miał po co wracać do starego domu.
Wygląd: Michaela dość łatwo rozpoznać. Jego największy atut w wyglądzie to ruda czupryna oraz krzaczaste brwi na kwadratowej szczęce. Rzadko spotykany uśmiech, który od razu uwydatnia małe dołeczki na policzkach oraz białe zęby, które na szczęście pomimo walk wszystkie należą do jego. Na twarzy średnio widoczne są małe piegi, a dokładnie na policzkach i na nosie. Beznamiętne spojrzenie zamknięte w zimno czekoladowych oczach. Jest pomimo szczupłej sylwetki bardzo dobrze zbudowany, widoczne zapracowane przez spory czas mięśnie brzucha ładnie uwydatniają tak zwany sześciopak. Posiada kilka tatuaży na ramieniu i przedramionach. Waży ledwo ponad siedemdziesiąt trzy kilo, ale gdyby musiał zrobi wszystko by schudnąć czy przytyć do walk, dla zdobycia większych pieniędzy, których potrzebuje. Ma dokładnie metr osiemdziesiąt wzrostu. Na jego ciele także pojawiają się blizny, nad prawą brwią ma szramę od pałki policyjnej czy już od walnięcia głową w kamień sam już nie pamięta, wypalone znamię na biodrze za karę za chęć ucieczki, potraktowany niczym krowa na znakowaniu, oraz na lewej piersi i ramieniu pociągnięte trzy spore sznyty o których nie chwali się za dużo, bo twierdzi, że to jest jego spora tajemnica i niech tak pozostanie.
Zainteresowania/Hobby: Sporty walki rzecz jasna, muzyka, zwierzęta, adrenalina, dziewczyny oraz motoryzacja.
Rodzina
  • Fred Boult - ojciec i jedyna już osoba w rodzinie. Prowadzący własną firmę budowlaną w Nashville
  • Mary Boult - matka i prawniczka, gdy wzięła rozwód z ojcem Michaela przestała istnieć dla chłopaka, chociaż i tak przyjmuje jej pieniądze, które mu wysyła.
Partner: Brak
Zakochany/a: Kto zaintrygował twoją postać? Aktualnie nikt i prawdopodobnie się na to nie zapowiada z jego szczęściem.
Orientacja: Heteroseksualna
Inne:
 - Jest zakochany w starociach, od rzeczy które trzyma w mieszkaniu, aż do pojazdów
- Często bawi się w mechanika
- Ma słabość do słodyczy i fast-foodów
- Jak się nudzi, a zdarza mu się dość często farbuje się na ciemny brąz
- Był w poprawczaku
- Nienawidzi niedźwiedzi
- Zastanawia się czy pójść do marynarki jeśli jest mu to dane
- Nie przepada za kotami, bo ma na nie alergie
- Trenował zapasy
- Kicha, gdy tylko przekracza próg domu, sam nie wie dlaczego.
Historia: Mike pochodzi z Nowej Zelandii w której żył może z pięć lat, może ciut mniej. Był za mały by ogarnąć. Jest jedynakiem, który mieszkał prawie całe życie z kłócącymi rodzicami o jakieś pierdoły. Potem przeprowadzili się do Nashville gdzie spędził swoje najlepsze i najgorsze chwile swojego życia. Dokładnie trzy lata temu na imprezie postanowili się powygłupiać i zrobić zawody bokserskie, Mike kontra jakieś chuch

erko z młodszej klasy. Po kilku minutach chłopaczek leżał nieprzytomny na ziemi dalej okładany przez Mike, odsunięty przez swoich przyjaciół i dziewczynę, został szybko zabrany z miejsca zdarzenia. Wtedy każdy zobaczył tą “gorszą stronę” rudego chłopaka, która zniszczyła mu życie w szkole, wytykając palcami, a potem i w codziennym gdy dostał wezwanie na rozprawę za poważne uszkodzenie ciała chłopaka. Po kilku miesiącach jechał busem prosto z rozprawy do poprawczaka, gdzie spędził dokładnie rok, rok spotkań przez szybę z telefonem w uchu. Widzenia się z ojcem, przyjaciółmi i kilka razy z dziewczyną. Potem wrócił do domu, ale to był błąd, znajomi poszkodowanego nie dawali mu żyć, tak samo jak wścibska policja. Wytrwał kilka miesięcy, a potem znikł z miasta żegnając się ze wszystkimi przez telefon na jakiejś stacji w Kanadzie, blisko Toronto. Mijały miesiące i dopiero rok temu postanowił zagnieździć się gdzieś na dłużej i tak pozostał w Nowym Yorku, pod wielką tajemnicą pobytu dla przyjaciół i tylko dla rodziców wiadomo, gdzie dokładnie się znajdował. To tutaj wpadł w nieciekawe towarzystwo, lądując na prowizorycznym ringu walcząc o brudne pieniądze, próbując zapomnieć o bliskich.
Pojazd: Pontiac Firebird 1968
Pupil: Claus i Amon
Inne zdjęcia: klikklikklik
Steruje: nowicka941@gmail.com


Pupil


Imię: Claus
Wiek: Z jakiś rok, może dwa. Mike sam nie wie ile ma, bo w sumie kupił go w ciemno, a raczej wygrał.
Rasa: Owczarek Niemiecki
Charakter: Claus jest bardzo ciekawski, gdzie Mike tak i Claus nie ważne czy do kuchni, łazienki, do wanny. Lubi się uczyć, pod warunkiem, że w nagrodę dostaje smakołyk w postaci parówek na których ma obsesje. Nie chce się dzielić swoim właścicielem z nikim, żadnym innym zwierzęciem, robakiem czy ludźmi. Mike należy do Clausa i odwrotnie. Duża przytulanka, który lubi włazić na kolana czy na meble niczym kot, nawet myślano, że jest upośledzony próbując drapać meble jak kot i próbując wskakiwać na lodówkę.
Ciekawostki: Claus lubi żreć, już nawet nie można tego nazwać jedzeniem, a żarciem wszystko na czas jakby za chwile miało mu to uciec. Potrafi otwierać zamrażarkę, a jako, że jest tam pusto, bo nawet półek nie ma, to można zgadnąć, gdzie lubi siedzieć. Zawsze chce włazić Mikeowi do wanny, gdy się kompie, nie wiadomo dlaczego. Pomimo swojego małego kociego upośledzenia to naprawdę wspaniały pies stróżujący, ale nie w nocy, gdy śpi, je, czy łazi za właścicielem, czyli… przez ¼ życia jest to dobry piesek. Pomimo, że jego właściciel to niezła skorupa bez okazywania emocji, to Claus wie, kiedy trzeba przyjść, by potowarzyszyć przyjacielowi w ciszy. Kocha spacery. Jak pojawił się Amon w domu to stwierdził, że z takim psem to się chyba może podzielić właścicielem, by nie dostać w pysk.
Inne zdjęcia: klikklik





Imię: Amon
Wiek: Dwa lata maksymalnie
Rasa: Wilczak Czechosłowacki
Charakter: Totalny włóczęga, dosłownie jak właściciel. Wcześniej w sumie nie wiadomo w jakim był domu, ale jego dystans do każdego mówił, że za ciekawie to nie było. Jednak po spędzeniu czasu z Michaelem pies się otworzył i stał się stałym kompanem wspólnych wycieczek i przynajmniej nie musi chodzić na smyczy jak jego braciak Claus. Kocha wędrówki i uwielbia położyć się w nogach właściciela, by odsapnąć. Można go nazwać psem, który nie lubi gości. Zawsze szczeka, podgryza, robi wszystko by ludzie wyszli z jego terenu. Nie lubi w przeciwieństwie do Clausa łazić za właścicielem, a bardziej żyje swoim życiem, aż do spaceru.
Ciekawostki: Uwielbia wołowinę, ale tylko surową, raz na spacerze zaatakował Clausa, by ten nie wpadł pod auto jak głupi. Mike nazywa go Papciem, przez to, że strasznie pilnuję Clausa i jego samego na wyprawach jak doświadczony podróżnik.
Inne zdjęcia: klik

Od Mercedes cd. Auguste i Maximiliana

- Jedną poprawkę u mnie i jeden nowy dla Mercedesa. - Odpowiedział Archie, podchodząc do swojej znajomej i wyciągnął rękę do jej pupilka. - Merci pierwsza, ja zajmę się Muninem. Au! - Szybko cofnął dłoń, dziobniętą przez ptaka, który najwyraźniej nie miał ochoty na pieszczoty.
Gus zaśmiała się krótko, po czym odwróciła się do mnie i już chłodniej spytała:
- Co i gdzie robimy?
- Na żebrach, ale skoro to Archie wygrał zakład chyba to on powinien coś wybrać. - Spojrzałam w kierunku blondyna, który posłał mi uśmiech, sugerujący że mogę dość szybko pożałować tej decyzji, po czym podszedł do biurka, na którym leżało kilka kartek z rozpoczętymi projektami i zaczął je przeglądać.
- Ten wygląda fajnie. - Po dłuższej chwili przekładania rysunków podniósł jeden z nich.
Projekt przedstawiał uroczą, małą sowę siedzącą na kwitnącej gałęzi. 
Nie było tak źle jak mogłoby być, więc odetchnęłam z ulgą, podczas gdy właścicielka salonu dokończyła projekt i przygotowała szablon. Cóż, witaj pierwszy profesjonalnie zrobiony tatuażu. Zdjęłam koszulkę, siadając na leżance.
- Boże, kto ci to tak spieprzył? - Wzrok tatuatorki zatrzymał się na tatuażu pod obojczykiem.
- Życie? On! - Wskazałam na Archie’ego, na co Gus po raz pierwszy posłała mi lekki uśmiech.
- Chcesz znieczulenie? - Spytała, przygotowując pojemniczki na tusze.
- Dam radę. - Zapewniłam, by po chwili usłyszeć warkot silniczka maszynki.
- Jak chcesz. - Gus zanurzyła igłę w moim boku.




Gus?