środa, 28 sierpnia 2019

Od Jodissela do Alexandra

Wzdychając delikatnie, wysłuchiwałem wywodu lekarza o tym, jak to mam o siebie dbać, przyjmować elektrolity i inne w niczym mi niepomagające rzeczy oraz w razie potrzeby opychać się lekami przeciwbólowymi. Tą samą, niezmienioną gadkę słyszałem już przynajmniej trzycyfrową ilość razy, podczas każdego mojego pobytu w tym czy innym szpitalu, ale mimo wszystko każdy lekarz czuł się zobowiązany ją powtórzyć, najwyraźniej na wypadek, jakbym jednak zapomniał. A może ta ich mantra miała w pewien sposób stanowić jakiś rodzaj zaklęcia, dzięki któremu mi się polepszy? Skoro nie wiedzieli już co robić z moim ciałem, które odmawiało posłuszeństwa coraz bardziej i bardziej, z miesiąca na miesiąc, to może wreszcie postanowili wyłożyć ostatnie karty na stół i — zanim przyznają przed sobą, że nie da się już nic zrobić i jestem spisany na straty — chcą zdziałać coś poprzez słowa? Ponieważ dla mnie tym właśnie to było. Nawet nie rada, to były tylko słowa. Puste i bezużyteczne, ponieważ wszystko to, co mi zalecali, robiłem już od dawna i nic mi to nie pomagało, a oni o tym wiedzieli, ponieważ wciąż lądowałem na tym samym oddziale, z tymi samymi ludźmi, skazany na tych samych lekarzy, których zdawał się nie obchodzić mój pogarszający się stan. Gdyby rzeczywiście im zależało na dowiedzeniu się, jaka choroba toczy moje ciało, już dawno podjęliby jakieś działania, nawet jeśli miały być bardziej radykalne niż standardowe pobranie krwi, USG czy rentgen. Tymczasem po tym, jak byłem tu traktowany, mogłem śmiało stwierdzić, że ani nie wiedzą, co mi dolega, ani ich to zbytnio nie obchodzi — ot, kolejny pacjent, którym trzeba się non stop zajmować, ponieważ ma czelność chorować na coś innego niż przeziębienie, łatwe i szybkie do wyleczenia.
Ale nie mogłem zrobić nic innego, jak tylko stać przed lekarzem, międląc w dłoniach pasek mojej torby, i słuchać słów, które mówiono mi tak często, że niemal wryły mi się już w pamięć. Pozostawało mi jedynie kiwać głową ze zrozumieniem i żywić nadzieję, że kiedyś może po prostu przestaną mnie ratować, skoro i tak nie mogli zrobić nic, aby polepszyć mój stan.
W końcu lekarz wyszedł, na odchodne rzucając mi jeszcze, abym podpisał standardowo kilka papierów na recepcji. Korytarze szpitala przemierzałem tak pewnie, jakbym tu pracował — tak bardzo dobrze znałem już układ pomieszczeń. Zszedłem po kilku stopniach, mijając pielęgniarkę pchającą pacjenta na wózku inwalidzkim po pochyłej rampie, przecisnąłem się pomiędzy grupką studentów i oparłem łokcie o wysoki kontuar na recepcji, czekając, aż pracująca tam kobieta zwróci na mnie uwagę. Rozmawiała przez telefon, ale wystarczyło jedno jej spojrzenie na mnie, aby natychmiast podała mi przygotowany już plik dokumentów na podkładce, najwyraźniej doskonale pamiętając, kim jestem. Ciężko nie pamiętać, kiedy widziała mnie tu już przynajmniej pięć razy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Skrzywiłem się lekko, ale obróciłem podkładkę do siebie i zacząłem stawiać swój podpis w odpowiednich miejscach. Już nawet prawie nie musiałem patrzeć, co podpisuję. Można powiedzieć, że miałem już wprawę. Tym razem pobyt w szpitalu wyjął mnie z życia na tydzień. Tylko raz leżałem dłużej, ale naszprycowali mnie wówczas silnymi lekami przeciwbólowymi i przez większość czasu tkwiłem nieprzytomny w sali, nie mając pojęcia co się ze mną dzieje. Teraz trzymali mnie tyle czasu pod pretekstem dokładniejszych badań, ponieważ ktoś na ulicy wezwał po mnie ambulans — nie pamiętałem dokładnie, co się stało, ale najwidoczniej zasłabłem podczas powrotu z pracy. Ponownie westchnąłem, a gdy recepcjonistka uniosła brew, spoglądając na mnie zza słuchawki telefonu, posłałem jej lekki uśmiech i oddałem dokumenty.
Nie zdążyłem nawet przejść całego holu, gdy już usłyszałem, że ktoś dobija się na mój telefon. Trochę mi zajęło znalezienie go, więc aby nie stać w drzwiach, hamując ruch, odsunąłem się w cień, przysiadając na niewielkiej ławeczce pod szpitalem.
- Sykes, słucham?
- Jodi, słyszałem, że już wyszedłeś? - odezwał się głos po drugiej stronie linii, który natychmiast został zaklasyfikowany w mojej głowie jako głos mojego przyjaciela, Jeala. Oczywiście ani żadnego "cześć", ani "jak się czujesz", tylko jak zwykle wali z grubej rury. Przewróciłem oczami, choć i tak nie mógł tego zobaczyć.
- Owszem. Ty masz jakiś radar? Zdążyłem tylko jeden krok poza szpitalnym progiem zrobić i już wydzwaniasz.
- Ma się te znajomości. - zaśmiał się. - Ta sama bajka czy mamy jakiś przełom? - przez jego głos przebijał się przez chwilę jakiś dziwny smutek, ale zanim zdążyłem się nad nim bardziej zastanowić, Jeal zamaskował go nerwowym śmiechem. - Bo wiesz, wcale to nie tak, że jak cię nie było, to wszystkie komputery w firmie wysiadły...
Przymknąłem oczy, biorąc głęboki wdech. Wiedziałem, że na Jeala zawsze mogłem liczyć, nieważne co by się działo, jednak właśnie takiego go lubiłem — wiecznie niepoważnego, zachowującego się naturalnie tak, jak gdyby nigdy nic. Dlatego też pominąłem pierwszą część jego wypowiedzi, przechodząc prosto do drugiej.
- Skoro mówisz mi to ty, gość, który jako jedyny nie pozwala zmienić się całej firmie w stertę gruzów, gdy mnie nie ma, to musi być już wybitnie źle. - odprowadziłem wzrokiem staruszkę, która przeczłapała obok mnie, narzekając na gorąc, po czym zacząłem się bawić guzikiem swojej marynarki. I ja zaczynałem się powoli rozpuszczać z powodu wysokiej temperatury na zewnątrz. Ale co mogłem zrobić, skoro wypuścili mnie ze szpitala w tym, w czym tam trafiłem — to jest w jednym z moich czarnych garniturów. Podarowali mi jakąś zwykłą, bawełnianą białą bluzkę, ponieważ moja biała koszula była podobno cała we krwi i personel szpitala nie mógł mi jej oddać. Wylądowała najpewniej w jakimś pojemniku oznaczonym jako hazard.
- A skąd. Po prostu to nie tak, że przez jakieś dwa dni nie było kontaktu ze stroną, zanim Gina przytomnie nie wezwała Randa, podczas gdy reszta święcie wierzyła w to, że samo się magicznie naprawi. No i nie było tak, że trochę hajsu na to poszło. No i nie było tak, że się Jane tabelki w Wordzie rozjechały, ale to już szczegół.
- Jane i jej tabelki... - mruknąłem bardziej do siebie niż do niego. - Czyli koniec końców sytuacja opanowana czy idziemy z torbami?
- A czy jednorożce istnieją?
- Z jednym właśnie rozmawiam. Poza tym to w żadnej mierze nie była i nawet nie mogła być odpowiedź na moje pytanie.
- Dokładnie. Muszę teraz lecieć i odwalać robotę, którą powinieneś zajmować się ty, ale jak nie zadzwonisz do mnie równo za godzinę, przejmuję firmę, Dynę i spadek. Nie zjawiaj się dzisiaj w pracy. Za to możesz być pewien, że ja będę u ciebie dzisiaj wieczorem. Yo.
- Yo... - powtórzyłem bezwiednie po nim, po chwili słysząc pikanie aparatu świadczące o tym, że mój zastępca zakończył połączenie. Nie bardzo mi się uśmiechało zdawać mu co godzinę raporty z mojego samopoczucia, ale doskonale też wiedziałem, że jak sam do niego nie zadzwonię, to nie tylko on będzie mnie zamęczał telefonami, ale i pół firmy z innymi działami włącznie. Nie pozostało mi więc nic innego, jak tylko zebrać się z ławki i ruszyć przed siebie, uprzednio sprawdzając, czy mam ze sobą torbę z wszystkimi potrzebnymi mi rzeczami. Słońce potwornie prażyło, było mi gorąco w grubej, bawełnianej koszulce, o marynarce już nie mówiąc, a przy tym grzywa moich czarnych włosów, niepozwalająca się nijak ujarzmić, także w niczym nie pomagała. Nie miałem jednak innej możliwości, jak wyłowić wzrokiem spośród innych aut taksówkę, co też zresztą zrobiłem. Pewien byłem, że na piechotę do domu nie dojdę, moja Dyna została pod firmą, a samochód na podjeździe, więc pozostało mi tylko tłuc się na miejsce z jakimś obcym gościem. W dodatku mój telefon słabym pikaniem upominał się o codzienną porcję energii, wskazując na wyświetlaczu, że mam jakieś piętnaście minut, zanim nie zostanę odcięty od świata. No, może nie dosłownie. Ale jednak.
Zanim zdążyłem jednak doczłapać powoli do taksówki, nawiasem mówiąc jedynej, która stała jeszcze wolna pod szpitalem, ktoś już zdążył żwawo przebiec obok mnie, o mało na mnie nie wpadając i po chwili stałem już przed parkingiem sam. Cudownie, jeszcze mi tylko tego brakowało. Tego i udaru oczywiście.
Po raz któryś z rzędu wzdychając, przeniosłem się więc ponownie do chłodniejszego holu szpitala, czując już, że kręci mi się w głowie. Jeszcze nic dzisiaj nie jadłem ani nie piłem, a i gorąc niezbyt mi sprzyjał, więc po szybkim zorientowaniu się w zagmatwanej mapce szpitala odnalazłem sklepik i zaopatrzyłem się w butelkę wody, żeby choć nie paść z pragnienia. Dopiero wówczas odważyłem ponownie wyjść przed szpital. A właściwie spróbowałem tylko wyjść przed szpital, gdyż w wejściu ktoś przepchnął się obok mnie, powodując tym samym, że i ja na kogoś wpadłem, oblewając go dość znacznie wodą z butelki.
- Najmocniej przepraszam. - rzuciłem się natychmiast, aby pomóc, podczas gdy tamta osoba patrzyła się na mnie w osłupieniu.

<Alex?>

Od Nino cd Hero

Zatańczyć? W co mnie Mari wkopała!
- Ja z chęcią zatańczę! - rzuciła moja przyjaciółka i po chwili już wirowała z barmanem Hero na parkiecie. Odetchnęłam z ulgą, próbując uspokoić jakoś moje serce.
Najpierw mnie wkopała, a potem uratowała, Marilyn to jest niemożliwa. Z niesmakiem wpatrywałam się w kieliszki alkoholu przede mną. Mam za słabą głowę na takie rzeczy, zwłaszcza że nie dotykam alkoholu, odkąd pod jego wpływem wstawiłam jakiś głupi post na bloga. Złapałam się automatycznie za ramiona, ocierając się od dreszczy zażenowania. Nigdy więcej, przenigdy. Wyjęłam telefon z torebki wiszącej na moim ramieniu. Odblokowałam ekran i włączyłam aparat. Szybka fotka baru, po czym weszłam na stronę bloga. Kilka nowych komentarzy pod ostatnim zdjęciem sukienki, w której aktualnie byłam. „Śliczna!”, „Chciałaby cię w niej zobaczyć”, „Gdzie kupiłaś?” - na to odpisałam, że znalazłam w jednym z lumpeksów. Nie wstydziłam się takich rzeczy, a i Bakusie wiedzieli, że często odwiedzam sklepy tego typu.
Zapomniałam… Nie mam jeszcze zdjęcia z Marilyn. A więc wstawienie nowego postu okazuje się niemożliwym. No nic, muszę tylko poczekać, aż Ma…
- Co u ciebie, Słońce?
Usłyszałam męski głos po swojej lewej stronie. Niepewnie odwróciłam głowę. Ujrzałam mężczyznę, dosyć młodego, w jasnej koszuli włożonej w spodnie i ciemnymi roztrzepanymi włosami. Czułam od niego alkohol.
- Jesteś tu sama? - zapytał. Chciałam otworzyć już usta, aby zaprzeczyć, ale nieznajomy złapał mnie za rękę.
- Chodź, zatańczymy – rzekł. Próbowałam wyrwać rękę, ale jakoś mi nie wychodziło. Czego się spodziewałam po mojej sile.
No nic… jeden taniec z obcym mężczyzną, kiedy jest się całym czerwonym na twarzy, jeszcze nikogo nie zabił. Prawda?

Hero?

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Od Anastazji cd Hero

Patrzyłam na chłopaka chwilę w milczeniu, mrużąc oczy z uśmiechem.
– Nie wydaje mi się, by słońce jeszcze świeciło – udał, że się rozgląda. Zaśmiałam się cicho.
– Masz rację. Dziękuję – uśmiechnęłam się lekko. W głębi duszy przyznałam, że sama może trochę bym się bała wracać. Chłopak wyjął telefon, by sprawdzić, która godzina. Wyrwałam mu go z ręki i w kontaktach wpisałam swój numer. Nawet nie protestował.
– Tak w razie gdybyś nie miał komu polewać, chętnie wpadnę – rzuciłam, na co prychnął z uśmiechem. – I jeszcze raz dziękuję.
Hero wystawił policzek i wskazał go palcem. Zaśmiałam się, zdjęłam bluzę i wcisnęłam mu ją w ręce. Skierowałam się w stronę domu. Zatrzymałam się jednak i odwróciłam głowę.
– Dobranoc. I uważaj na siebie.
Chłopak w odpowiedzi puścił mi oczko. Weszłam do mieszkania, uśmiechając się nieświadomie.
Nie jarałam się każdym poznanym chłopakiem, ja nie z tych. Ale każdej poznanej osoby, którą uznałam za choćby w porządku - trochę. Może przez fakt, że taka osoba musiałaby również mnie uważać za taką "w porządku". Czasem ciężko mi w to było uwierzyć. W moim mniemaniu byłam raczej dosyć nudna.
– Rany, jesteś wreszcie. Dzwoniłam do ciebie – Anna wyrwała mnie z zamyślenia. Z salonu wyszła za nią Wera z talerzem pełnym gofrów.
– Chodź, nażremy się jak głupie. Jest bita śmietana, owoce i nutella.
Owoców nie lubiłam, ale słodycze zawsze mnie przyciągały. Można mnie było nimi przekupić.
Usiadłam z dziewczynami i Minerwą na kanapie. Kotka wbiła zęby w moje ramię.
– Ej, przepraszam, że tak długo mnie nie było, dobra? Daj spokój.
Futrzana kulka usiadła naburmuszona obok mojego uda.
– Kicia, pachniesz facetem.
Dziewczyny wybuchły śmiechem. Anna tylko przysunęła się bliżej z uśmiechem.
– Daj spokój, kolega tylko pożyczył mi bluzę. Zimno było. – w duchu śmiałam się z zachwytu przyjaciółek. Wcisnęłam gofra w usta.
– Ładne perfumy ma, możesz mu to powiedzieć.
– Sama mu to powiesz, jeśli pójdziecie ze mną do klubu, Wera.
Telefon na stoliku zawibrował. Wzięłam go do ręki.
Od: Nieznany
Dobranoc, Kopciuszku :)
Uśmiechnęłam się pod nosem i zapisałam numer Hero. Miałam zamiar następnym razem przyprowadzić swoje towarzyszki. Nawet jeszcze w tym tygodniu.

(Hero?)

Od Lorcana

Dzień był gorący i parny. Nie pomagało chodzenie w samych bokserkach. Chodzenie, pf. Raczej leżenie plackiem na podłodze pod wentylatorem. Nienawidziłem lata. Tak jak wiosny i jesieni. Zima nie była aż taka zła, ale za nią też jakoś specjalnie nie przepadałem. Po prostu było chłodniej. Więc w lato leżałem na podłodze w moim mieszkaniu i umierałem z każdą kolejną sekundą. Czasami coś zapaliłem, albo wypiłem, ale było tak cholernie gorąco, że nawet zwykłe papierosy mi nie smakowały. Musiało być bardzo gorąco. Jednak Lucy to nie przeszkadzało i od dobrej godziny leżała zadowolona na moim brzuchu. Gdy tylko chciałem się ruszyć, przeraźliwie miauczała i kazała mi wrócić na miejsce. Wzdychałem ciężko i dalej się nie podnosiłem. Nie wiem, co było nie tak z tym kotem, ale… to była Lucy. Nie mogłem nic zrobić. Właściwie to nie chciałem. Skoro jej to pasowało, dlaczego mi nie miało?
Jednak nic nie mogło trwać wiecznie.
- Loriiiiii, idziesz ze mną do klubu. - Głos Gin był wyjątkowo nie znoszący sprzeciwu. - Teraz!
- Chcesz żebym świecił golizną przed całym miastem? - Uniosłem lekko brew.
- Ciągle leżysz w samych gaciach na podłodze? - Prychnęła dziewczyna.
- Jest za gorąco na życie moja droga Ginevro. - Pokręciłem głową. - Nie mam zamiaru zakładać czegoś więcej.
- Ups, będziesz musiał, bo… - Usłyszałem otwierane drzwi i dźwięk zakończonego połączenia. - Ja tu jestem i idziemy na imprezę!
- Jak chcesz zaliczyć, to możesz pójść do klubu dla lesbijek. - Podrapałem Lucy za uszami.
- Nie, idziemy do najbardziej tęczowego klubu w mieście, a ty będziesz mi towarzyszył. - Pokazała na mnie palcem. - Wyrwiesz kogoś, nawet jeśli wciągniesz wyciągnięte dresy, spokojnie.
- Czy sugerujesz, że jestem łatwy? - Zaśmiałem się.
- Nie, sugeruję, że jesteś przystojny i gorący. Nawet bardziej niż dzisiejszy dzień. - Stanęła przed szafą. - Zaraz ci coś…
- To szafa Lucifera. - Rzuciłem pusto. - Ja mam ciuchy w sypialni.
- Oh. - Gin zamknęła szafę. - Chodź! Zaraz wybiorę ci coś, co zapewni ci chmarę ludzi na noc.
- Jedna noc, jeden człowiek GinGin. - Wziąłem Lucy na ręce i ruszyłem do sypialni. - No, może dwójka. Trójkąty też są wciągające.
- A inne figury? - Poruszyła sugestywnie brwiami.
- Możemy spróbować. - Zaśmiałem się.
***
Ciemność rozświetlana kolorowym, punktowym światłem, głośna muzyka, alkohol lejący się strumieniami… to był mój świat. No, może z małymi dodatkami, ale nie mam zamiaru narzekać. Gin zniknęła trzy kluby temu z jakąś laską, a ja ruszyłem dalej. W końcu nie bez powodu musiałem wcisnąć się w przylegające, czarne jeansy i koszulę z paroma rozpiętymi guzikami. Skoro się już poświęciłem, postanowiłem balować dopóki nie upatrzę jakiejś ofiary. Właśnie obczajałem tyłek jakiegoś faceta, gdy kątem oka zauważyłem, że ktoś się do mnie przysiada.
- Martini poproszę. - Rzucił niezidentyfikowany osobnik.

Ktokolwiek?

Lorcan Harley Parker

Imię i nazwisko: Lorcan Harley Parker 
Przezwiska: Groszek, Lori, Pan Destrukcja, Przeklęty Dzieciak, Czarownik
Wiek: 21 lat
Płeć: Mężczyzna
Pochodzenie: Stany Zjednoczone Ameryki
Praca: Chłopak, oprócz studiowania animacji komputerowej, czasami pojawia się w klimatycznych klubach Nowego Jorku i gra tam na pianinie.
Charakter: Lorcan jest wyobcowany. Uwielbia przebywać w tłumie, ale nienawidzi się z niego wyróżniać. Woli być cieniem, nie zwracać na siebie specjalnie uwagi. Wystarczy, że ćpa, pije, jara i nadużywa swoich psychotropów. Jest inteligentny i sprytny, ale leniwy. Jeśli na czymś mu zależy, zdobędzie to. Nie ważne jakimi środkami. Lubi rozmawiać z ludźmi, poznawać ich historie, chociaż za samymi ludźmi nie przepada. Jest czarujący i ujmujący, jeśli chce. Nie wie co to ryzyko i niebezpieczeństwo. Nie lubi myśleć o sobie jako o bad boyu, ale chyba tak jest. 
Wygląd: Kruczoczarne włosy idealnie podkreślają bladą cerę i błękitne oczy. Szczupła, umięśniona sylwetka jest chyba genetyczna, bo po tym, jak wyniszcza swoje zdrowie taka budowa ciała jest co najmniej zaskakująca. Lorcan jest przystojny i dobrze zdaje sobie z tego sprawę. Ma długie palce, stworzone do gry na pianinie. Ubiera się luźno; jeansy, koszulki, glany i skórzana kurtka. Czasami nosi skórzane bransoletki, a na szyi nosi obrączkę, którą dał mu Lucifer. Ma tatuaże projektu i wykonania Lucifera: nevermore na lewym przedramieniu klik, księżniczkę Mononoke na prawym ręku klik i kruka na lewym boku klik
Zainteresowania/Hobby: Lorcan uczył się grać na pianinie i cholernie lubi na nim grać. Dodatkowo uwielbia rysować i tworzyć animacje. Wypady do klubów, ćpanie, picie, wyrywanie numerków na jedną noc i inne przyjemności też czasem kwalifikuje jako hobby.
Rodzina:
  • Rosemary Parker - matka Lorcana, mieszka w Kalifornii, kocha syna i chciała go dobrze wychować. Lorcan ukrywa przed nią te “negatywne” strony swojego życia, bo nie chce jej martwić. Tylko ona się dla niego naprawdę liczy. Jest kochaną i miłą kobietą. To jej nazwisko nosi Lorcan.
  • Tobias Steward - ojciec chłopaka. Lori nie chce mieć z nim nic wspólnego, nawet nazwiska. Przesyła na niego alimenty, mieszka na Hawajach i ma nową rodzinę. Nie akceptuje życia, jakie prowadzi jego syn.
Partner: Od kiedy Lucy się zaćpał, Lorcan jest sam.
Zakochany/a: Jego miłość leży w grobie, nikt inny go nie zastąpi.
Orientacja: Lorcan nigdy się nad tym nie zastanawiał. Zasadniczo mało go obchodzi kogo ma w łóżku, póki dany homo sapiens gwarantuje mu dobrą zabawę. Więc prawdopodobnie jest panseksualny.
Inne
- Gra na pianinie.
- Kocha białą czekoladę.
- Nie sypia, a jak śpi, to ma koszmary.
- Umie mówić po francusku, czego nauczył go Luc.
- Uwielbia rocka i metal.
- Ma przekłute prawe ucho.
- Potrafi wbić się do każdego klubu w NY.
- Czyta filozofów i klasyki literatury
- Lubi filmy studia Ghibli.
- Jego najlepsza przyjaciółka nazywa się Ginevra.
-  Lubi obserwować ludzi.
- Zna się na samoobronie.
- Luc nauczył go gotować.
- Jest leworęczny.
- Mieszka w starym mieszkaniu Luca (które obecnie należy do niego).
- Blizny po cięciach ma na nogach, ponieważ nie chciał niszczyć dzieł Luca.
Historia: Lorcan Harley Parker pojawił się na tym świecie dwadzieścia jeden lat temu i od tamtej pory miał cholernego pecha. Jego rodzice rozwiedli się jeszcze przed jego pierwszymi urodzinami, a matka wyprowadziła się z nim do Kalifornii. Parę razy był na krawędzi życia i śmierci - a to potrącony przez motocykl, a to z wbitym w ważną żyłę gwoździem, wypadki można wymieniać. Po pewnym czasie sam stwierdził, że on ma demona, a nie anioła stróża. W podstawówce poznał Gin i to mu pomogło - ktoś w końcu go pilnował. Wypadki się zdarzały, ale rzadziej. Aż do liceum. Wtedy poznał Lucifera. To była prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia. Nie minęło cztery godziny od początku ich znajomości, a oni zdążyli się bardzo dogłębnie poznać. I tak zaczęła się przygoda z dragami, imprezowaniem i życiem na krawędzi. Luc kochał adrenalinę, a Lori kochał Luca. Byli nierozłączni. Kiedy Lucifer skończył osiemnaście lat, uciekł z domu i przeprowadził się do Nowego Jorku, kupił własne mieszkanie, rzucił szkołę i zaczął pracę w salonie tatuażu. Po tygodniu namawiania matki i wybrania w miarę dobrej szkoły, Lorcan do niego dołączył. Nic nie stało na przeszkodzie życia, które było niemal nieustanną imprezą, przeplataną głupimi i niebezpiecznymi zabawami. Wszystko zmieniło się niecałe trzy lata temu. W urodziny Lorcana Lucifer podarował mu kota, którego wspólnie nazwali Lucy (co było ich wewnętrznym żartem - Lori lubił tak nazywać Lucifera). Potem poszli na kolejną imprezę. Tym razem jednak los pokazał jak wielkim jest dupkiem, bo Lucifer rozstał się z tym światem. Wtedy Lorcan się załamał. Popadł w depresję, nie dbał o własne życie, miał wszystko gdzieś, ciął się. Stał się prawdziwym cieniem. Pewnego razu naćpał się tak bardzo, że stojąc na podwyższeniu gdzieś w okolicach drugiego piętra postanowił skoczyć - w końcu to tylko jeden krok, będzie bolało tylko chwilę. Nie przewidział tylko, że taka wysokość mocno go uszkodzi, ale nie zabije. Nie żeby po tym się ogarną. Po prostu do Nowego Jorku, na studia, przyjechała Gin i postanowiła przywrócić go do pionu. Wtedy Lorcan nieco się odbił, ale nie zmienił stylu życia. Ciągle ćpa, chleje, sypia z kim popadnie. Teraz tylko dodaje, że jak tylko trafi do piekła, skopie dupę Luciferowi (bo koleś z takim imieniem nie mógłby trafić gdzieś indziej), a potem zrobi inne, nieco ciekawsze rzeczy, których mu brakuje.
Pupil: Lucy
Inne zdjęcia: klikklikklik
Steruje: RainbowLama (chat) cottonpicking.email@gmail.com


Pupil


Imię: Lucy
Wiek: 3 lata
Rasa: Neva masquerade
Charakter: Lucy to żywy, ciekawy świata kot, który uwielbia się bawić i uczyć. Do tego stopnia, że Lorcanowi udało się nauczyć ją paru sztuczek. Jest do niego mocno przywiązana, zawsze chodzi za nim. Jest ostatnią pamiątką po Luciferze, więc Lorcan dba o nią lepiej niż o siebie. Lubi obcych, ale zazwyczaj pozwala się tylko pogłaskać, a potem wraca na kolana Lori.
Ciekawostki:
- Lorcan dostał ją od Lucifera.
- Jest z certyfikowanej hodowli.
- Kocha spać na parapecie w salonie.
- Ma mały zamek z drapakami, w którym często się bawi.
- Zrobi wszystko za przekąski.
- Nie lubi wychodzić z domu.
- Pieszczotliwie nazywana Demonicznym Kotem.
Właściciel: Lorcan Harley Parker

Od Mercedes cd Auguste i Maximiliana

- Dam sobie radę - zapewniłam, zanim Archie zniknął za drzwiami.
- Nareszcie wziął się za robotę - prychnęła Augste, na co jej współpracownik zareagował wybuchem szczerego śmiechu.
Pomogłam sprzątnąć Arrowowi stertę pudeł po Happy Mealach, podczas gdy Gus ustawiała na biurku swoje nowe zabawki, testując różne kolejności i konfiguracji. Miałam już zbierać swoje rzeczy gdy zauważyłam na biurku szefowej dość interesującą książkę. Przyjrzałam się bliżej okładce. Podręcznik chińskiego.
- Któreś z was uczy się chińskiego? - zainteresowałam się.
- Ona - Arrow wskazał na Gus.
- Wow.
- Jeśli chcesz mogę cię trochę nauczyć – zaproponowała. – Ale nie dziś, bo zaraz powinnam mieć kolejnego klienta.
- Byłoby super. – Uśmiechnęłam się, zabierając swoją torbę i podchodząc do drzwi. – Do zobaczenia.
Auguste nie zareagowała nawet, tylko Arrow rzucił mi krótkie cześć, nie odrywając wzroku od projektu, nad którym akurat pracował. Wyszłam ze studia, by po chwili znaleźć się na ruchliwej ulicy.
***
Sygnał. I kolejny. Przewróciłam oczami. Jeszcze jeden. A potem dźwięk odbieranego telefonu. Usłyszałam w słuchawce zaspany głos Archie’ego. Coś pomiędzy „hu?” a „czego?”.
- Gdzie jesteś? – spytałam. – Nie odzywałeś się cały dzień…
- Która jest godzina? – zdziwił się.
- Zaraz 21. Wciąż siedzisz w robocie?
Przez chwilę po drugiej stronie zapanowała cisza, przerwana tylko odgłosem czegoś ciężkiego spadającego na podłogę.
- Chyba zasnąłem – oznajmił Archie, teraz już jakby bardziej przytomny. – Przyjedziesz po mnie? Spróbuję wygrzebać się spod tych papierów i możemy gdzieś wyskoczyć.
W odpowiedzi westchnęłam tylko.
- Mogę cię odebrać, ale nigdzie nie idziemy. – Rozejrzałam się w poszukiwaniu kluczyków do samochodu. – Wolę nie wkurwiać twojego ojca – dodałam ze śmiechem.
Usłyszałam ciche prychnięcie i mężczyzna rozłączył się.
***
Siedziałam w domu, ze znudzeniem scrollując Instagram i głaszcząc po głowie Dutch. Archie wciąż siedział w pracy (szok), a ja miałam dziś wolne popołudnie. Sama do końca nie wiedząc jak na to wpadłam postanowiłam chwilę temu wysłać smsa na zdobyty od Maxa numer Gus. Kilkanaście postów potem dostałam odpowiedź. Auguste zgodziła się nauczyć mnie odrobiny podstaw chińskiego, jeśli przyjadę do jej studia. Bez Archera.


Gus?

Od Maximiliana cd. Mercedes i Auguste

- Ugh, kiedyś przez was umrę. - Mruknąłem, wstając z niewygodnego krzesłą, które w głównej mierze chroniło mnie przed bolesnym upadkiem. Uważając na chwiejące się nogi, ruszyłem powolnym krokiem w stronę wyjścia, gdzie być może nie panował aż tak duży ruch.
- A ty gdzie? - Gus zmarszczyła czujnie brwi. - Nie mów mi, że w takim stanie chcesz sobie pójść do domu. - Dorzuciła, nie kryjąc narastającej w głosie irytacji.
- Nie wrócę do domu, ale chce się przewietrzyć. - Wyjaśniłem, kładąc rękę na srebrzystej klamce. Miałem już zwalniać mechanizm, który pchnąłby drzwi w przeciwnym kierunku, lecz w tym samym momencie rozdzwonił się mój telefon.
- Kto dzwoni? - Zainteresowała się Merci.
- Ojciec. - Odpowiedziałem, odruchowo blednąc. - Bądźcie cicho. Nie może się dowiedzieć, że tu jestem. - Przeciągnąłem palcem po ekranie, co zezwoliło mi na odebranie przychodzącego połączenia. - Cześć tato.
- Powiesz mi gdzie jesteś, czy wolisz, abym wysłał tam swoich ludzi? - Harvey warknął do słuchawki, nie mając zamiaru udawać spokojnego baranka.
- Będę za godzinę w domu. - Próbowałem zmniejszyć jego gniew.
- Do domu? - Parsknął śmiechem. - Do pracy Max! Jesteśmy w dupę z trzema klientami, bo tobie nie chciało się przyjść do firmy! - Robił mi wyrzuty, przez które nie czułem się zbyt komfortowo. Kiwając na to głową, w lekkim zakłopotaniu przygryzłem dolną wargę ust. Nigdy nie chciałem zawieść swojego rodzica, ale czasami i ja musiałem coś odwalić, żeby odreagować monotonne dni.
- Będę za dziesięć minut. - Rozłączyłem się, a następnie spojrzałem na wszystkich obecnych w lokalu ludzi. - Muszę jechać do pracy. Są wkurzeni, więc jeśli to przeżyję to będę miał farta. - Westchnąłem, drapiąc się po karku.
- Jak umrzesz rekwiruję ci dom. - von Lothringen klasnęła w dłonie, szykując sobie plany na przyszłość. Przewracając na to oczami, zerknąłem ze współczuciem na Marię, która w obecnej chwili wyjadała z pudełka ostatnie frytki.
- Jeśli Charles nie zasiedli go jako pierwszy. - Stwierdziłem, przechodząc przez próg studia. - Odbiorę cię później Mercedesie.



Merci?